niedziela, 16 września 2018
VENUS NATURE Błoto termalne z zieloną glinką i organiczną siarką
Będąc niedawno w Rossmannie zauważyłam na jednej z półek produkty polskiej marki VENUS NATURE. Były to półprodukty i skusiłam się na trzy z nich. Kupiłam tytułowe błoto termalne oraz wodę z płatków róży i olej z pestek moreli. Wody i oleju jeszcze nie używałam, dotychczas zapoznałam się tylko z błotem termalnym.
Producent tak pisze o tym błotku:
Naturalne błota termalne są bogatym źródłem minerałów takich jak: krzem, magnez, wapń, tytan, żelazo, siarka, sód oraz potas. Dzięki ich właściwościom skóra odzyskuje elastyczność. Błota stymulują naturalny system regeneracji naskórka, oczyszczają, łagodzą zaczerwienienia i stany zapalne oraz zapobiegają ich powstawaniu. Dodatkowo błota mają wysoką zdolność absorpcyjną, a dzięki wysokiej zawartości siarczanu glinu, działają zabliźniająco na rany i inne dolegliwości skórne. Chcąc wzmocnić ich działanie produkty zostały wzbogacone o zieloną glinkę wykazującą właściwości antyseptyczne i odżywcze. Stosowana na skórę wchłania zanieczyszczenia, usuwa z niej toksyny, wygładza naskórek delikatnie go złuszczając. Produkt może być używany do wszystkich typów cery zwłaszcza tłustej, trądzikowej i zanieczyszczonej.
50 g sproszkowanego błota i glinki zamknięto w plastikowym słoiczku z metalowym wieczkiem. Słoiczek wyposażono w jeszcze jedno, dodatkowe wieczko plastikowe chroniące produkt przed rozsypaniem np. przy zbyt energicznym odkręcaniem wieczka metalowego. Całość zapakowano w kartonik.
Producent zaleca używanie błota termalnego do wykonywania własnych masek do ciała i do twarzy. Ja robię z niego tylko maseczki do twarzy. Do miseczki wsypuję 2-2,5 łyżeczki błota i dodaję hydrolat w takiej ilości, żeby po wymieszaniu uzyskać papkę, do której dodaję jeszcze żel aloesowy i olej. Często robię maseczki z glinek i zawsze dodaję do nich trochę oleju. Dzięki temu maseczka nie zasycha na twarzy i jednocześnie jest wzbogacona o pielęgnacyjne właściwości oleju. Nakładam maskę na oczyszczoną twarz i trzymam ok. 15 minut.
Do maseczki widocznej na zdjęciu dodałam oleju arganowego. Mimo to maseczka, w przeciwieństwie do tych glinkowych, zasycha na twarzy. W ciągu 15 minut spryskuję ją hydrolatem lub tonikiem 2-3 razy. A jak działa? Mimo iż nie mam cery tłustej ani trądzikowej, to ta maseczka całkiem dobrze się u mnie sprawdza. Świetnie oczyszcza pory skóry i pozostawia ją w bardzo dobrym stanie. Cera jest gładka i delikatna, nawilżona i odżywiona. Prawdę mówiąc bardzo podobne efekty uzyskuję dzięki samorobionym maseczkom glinkowym. Być może na cerze tłustej lub trądzikowej efekty byłyby bardziej spektakularne ale ja jestem zadowolona z jej działania.
Skład produktu jest bardzo krótki. Oto on (INCI): Illite, Silt.
Jak już pisałam wyżej błoto termalne i glinka są sproszkowane, a właściwie to mają postać pudru. Pomyślałam więc, że ciekawe jakby się ten produkt spisał w charakterze pudru sypkiego do twarzy. Nie pozostało mi więc nic innego jak to wypróbować. Tak też zrobiłam i okazało się, że jest to bardzo fajny puder. Idealnie matuje twarz. Obawiałam się, że może cera będzie wyglądała na zszarzałą ale tak nie jest, a jeśli jest, to w bardzo niewielkim i prawie niezauważalnym stopniu. Żeby tego wrażenia uniknąć zmieszałam odrobinę błotnego proszku z taką samą ilością pudru bambusowego i wyszedł bardzo fajny, dobrze matujący puder do twarzy. Zupełnie przypadkiem znalazłam dla błota termalnego z zieloną glinką zupełnie inne zastosowanie niż przewidział producent. Ale to tylko taki eksperyment dla zaspokojenia ciekawości. Z błotka przede wszystkim robię maseczki do twarzy.
Znacie kosmetyki Venus Nature?
poniedziałek, 3 września 2018
DWORZYSK Mydło lawendowe
W naszym kraju powstaje coraz więcej małych, rodzinnych mydlarni. Przybywa ich niczym grzybów po deszczu. Jako zdeklarowaną mydłomaniaczkę bardzo mnie to cieszy gdyż jest coraz większy wybór naturalnych mydeł w kostkach. Jedną z takich mydlarni jest Dworzysk. Powstała w Puszczy Knyszyńskiej na Podlasiu, a jej nazwa pochodzi od nazwy miejscowości, w której się znajduje.
Będąc na warszawskich targach Ekocuda w kwietniu ubiegłego roku kupiłam Mydło lawendowe marki Dworzysk. Leżało w zapasach długo, bo prawie półtora roku ale w końcu doczekało się miejsca na łazienkowej mydelniczce.
Producent tak pisze o tym mydełku:
Mydło przygotowane z najwyższej jakości naturalnych składników. Ekstrakt z lawendy działa na skórę odmładzająco i odprężająco. Ma on silne właściwości antyseptyczne i przeciwbakteryjne. Olejek lawendowy jest polecany do każdego rodzaju skóry. Oczyszczające właściwości lawendy uzupełniliśmy łagodzącym działaniem różowej glinki francuskiej.
Mydło lawendowe Dworzysk to niewielka, ważąca 110 g, kostka opakowana w szary papier i przewiązana cienkim sznureczkiem. Podoba mi się takie ekologiczne opakowanie. Znajdziemy na nim, oczywiście, wszystkie potrzebne informacje.
Mydełko ma kolor zbliżony do tego na zdjęciach, a w jednym z boków kostki zatopione są suszone kwiaty, a właściwie pąki kwiatów lawendy. Wygląda to interesująco ale w trakcie zużywania kostki pączki stopniowo wypadają, co jest zjawiskiem naturalnym.
Mydło wspaniale się pieni. A jak pachnie? Pachnie lawendą ale jest to zapach lawendy w duecie z wonią mydła. Takiego prawdziwego, naturalnego mydła. To połączenie zapachów bardzo mi się podoba i, po prostu, kojarzy mi się z czystością. Uwielbiam te chwile gdy ta pachnąca, kremowa i niemal gęsta piana otula moją skórę. Po takiej kąpieli skóra jest dobrze oczyszczona ale nie przesuszona. Myję tym mydłem całe ciało ale i twarz. W charakterze myjadła do twarzy ta lawendowa kostka też spisuje się bez zarzutu. Nie wysusza cery i nie powoduje uczucia ściągnięcia. Jest też świetnym środkiem do higieny intymnej.
Skład mydła: olej kokosowy, oliwa z oliwek, masło shea, olej lniany, olejek eteryczny lawendowy, glinka różowa, kwiat lawendy wąskolistnej.
Nie spodziewałam się, że ta lawendowa kostka tak mnie zauroczy. W przeciwnym wypadku nie leżałaby tak długo w zapasach. Teraz mam ochotę na wypróbowanie pozostałych mydełek z mydlarni Dworzysk. A Wy znacie mydełka tej marki?
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
OnlyBio Szampon do włosów przetłuszczających się
Kosmetyki OnlyBio znałam tylko z widzenia tzn. widziałam je w niektórych sklepach internetowych i czytałam ich recenzje na kilku blogach. Pewnego razu byłam w stacjonarnym sklepie zielarskim i tam zobaczyłam produkty tej marki. Skusiłam się na Szampon do włosów przetłuszczających się.
Kosmetyki OnlyBio produkuje polska firma Laboratorium Naturella. Bardzo ważnym składnikiem kosmetyków oraz środków czystości tej marki jest biorafinowana surfaktyna z rzepaku. Biosurfaktyna jest całkowicie naturalną i wysoko wydajną substancją myjącą. Ważną rolę w składzie tych produktów odgrywa też olej słonecznikowy. Zawarte w nim antyoksydanty zapobiegają starzeniu się skóry, wzmacnia włosy i dodaje im blasku. Reguluje też pracę gruczołów łojowych. Wszystkie produkty OnlyBio są całkowicie biodegradowalne, a więc bezpieczne dla środowiska i większość z nich posiada certyfikat ECOCERT.
Producent tak pisze o szamponie:
Wytwarzana przez mikroorganizmy, naturalna biosurfaktyna z rzepaku skutecznie i delikatnie myje skórę i włosy, wytwarza pianę działa antyseptycznie. Fitosterole odżywiają i chronią włosy przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, łagodzą podrażnienia i pomagają zatrzymać wilgoć w skórze głowy. Olej ze słonecznika ogranicza wydzielanie sebum przez gruczoły łojowe skóry głowy, przyspiesza regenerację i gojenie mikrouszkodzeń oraz stymuluje wzrost włosów i uelastycznia, przez co stają się puszyste i miękkie. Bez niepożądanych: SLS, SLES, parabenów, PEG-ów, silikonów, parafin, olejów mineralnych, barwników, syntetycznych kompozycji zapachowych, fosforanów, substancji petrochemicznych i zwierzęcych. Testowany dermatologicznie. Biodegradowalny. Produkt wegański.
98,95 % składników pochodzenia naturalnego.
250 ml szamponu zamknięto w butelce z grubego, ciemnego, matowego szkła. Butelka wyposażona jest w pompkę. Po raz pierwszy trafiłam na szampon w szklanej butelce, dotychczas wszystkie były w plastikowych.
Szampon jest przezroczysty jak woda i dosyć gęsty ale nie jest to przesadna gęstość. Zapach ma dosyć delikatny, owocowy. Obficie się pieni i dobrze oczyszcza włosy i skórę. Jednocześnie, co dla mnie jest bardzo ważne, jest delikatny. Nie drażni skalpu i nie powoduje uciążliwego swędzenia ani pieczenia. Byłam przekonana, że skoro ten szampon jest taki delikatny, to pewnie nie poradzi sobie ze zmyciem oleju z włosów. Okazało się, że się myliłam. Dwukrotne umycie szamponem wystarczyło do całkowitego usunięcia oleju. Jak większość szamponów tak i ten plącze włosy, chociaż mam wrażenie, że plącze je w mniejszym stopniu niż inne, a więc często używam go solo czyli bez odżywki. Po wyschnięciu włosy ładnie się błyszczą, są leciutko uniesione u nasady i dobrze się układają. Moje włosy go polubiły i myślę, że warto do niego wracać.

Jednak nie wszystko było tak pięknie. Szampon spisał się świetnie ale zawiodło opakowanie, a konkretnie pompka przy butelce. Pompka w ogóle nie dała się uruchomić. Można było tylko odkręcić zakrętkę razem z pompką i wylewać szampon bezpośrednio z butelki. Nie skorzystałam z tego rozwiązania gdyż butelka ma dosyć duży otwór i w miarę precyzyjne dozowanie szamponu byłoby mało prawdopodobne. W tej sytuacji przelałam go do butelki po innym szamponie ale, niestety, już plastikowej. Mam nadzieję, że jeśli za jakiś czas kupię następną butelkę tego szamponu, to takich niespodzianek z pompką nie będzie.
Skład szamponu:
niedziela, 19 sierpnia 2018
BIOLOVE Krem do rąk miód i mleko
Zużywam dosyć dużo kremów do rąk, a to ze względu na suchą skórę moich dłoni i często mam po kilka takich kremów. Kiedyś miałam pootwierane po kilka tubek jednocześnie, używałam wszystkich naraz. W końcu postanowiłam z tym skończyć i teraz mam jedno otwarte opakowanie kremu w łazience i drugie w pracy. Pozostałe spokojnie czekają w zapasach na swoją kolej. Krem do rąk Miód i mleko marki BIOLOVE też dosyć długo czekał na swoje miejsce na łazienkowej półce i w końcu doczekał się.
O kremie przeczytałam:
Naturalny krem do rąk o słodkim zapachu miodu i mleka. Zawiera glicerynę zapobiegającą utracie wody oraz łagodzący pantenol. Idealnie regeneruje skórę dłoni. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników i konserwantów.

75 ml kremu otrzymujemy w miękkiej, plastikowej tubce. Podoba mi się jego zapach. Jest taki miodowo-mleczny i jakby z dodatkiem niewielkiej ilości wanilii. Bardzo lubię go wąchać. Krem bardzo dobrze się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej czy lepkiej warstwy. Świetnie też dba o skórę dłoni. Po wmasowaniu kremu jest ona nawilżona, miękka i delikatna. Nie ma ani śladu suchości, a moja przesuszona skóra rąk jest pod tym względem wymagająca.
Mimo tych wszystkich zalet jest coś, co mi w tym kremie przeszkadza, a mianowicie jego konsystencja. Jest wyjątkowo rzadki. Tak rzadkiego kremu jeszcze nigdy nie miałam. Prawie wylewa się z tuby. Wystarczy lekkie jej naciśnięcie i już wylewa się tyle kremu, że wystarcza nie tylko na dłonie ale na całe ręce aż po same pachy. Trzeba naprawdę bardzo uważać żeby wycisnąć z tubki tyle kremu ile potrzeba na same dłonie, a ponieważ kremu do rąk używam wiele razy dziennie to ciągłe cackanie się z tubą jest dosyć uciążliwe i denerwujące. W tej sytuacji postanowiłam używać kremu również jako balsamu do ciała. W tej roli też spisuje się świetnie, a ja prędzej wykończę uciążliwy kosmetyk.
Skład kremu:
czwartek, 2 sierpnia 2018
EFEKTIMA Naturalny peeling kawowy Coffee Miracle
Peeling ciała należy do moich ulubionych zabiegów kosmetycznych. Bardzo lubię wygładzoną i delikatną skórę. Ostatnio używam głównie peelingów cukrowo-owocowych własnej produkcji. Pisałam o nich tu i tu. Jednak to, że sama często robię peelingi nie znaczy, że nie kuszą mnie gotowe. Kuszą i to bardzo. Niedawno skusiłam się na takiego gotowca. Będąc w Rossmannie wypatrzyłam na półce Naturalny peeling kawowy Coffee Miracle polskiej marki EFEKTIMA. Co prawda peeling kawowy bardzo łatwo jest zrobić samodzielnie i wiele razy takowy robiłam, to jednak skusiłam się na gotowy.

EFEKTIMA tak pisze o swoim produkcie:
Gotowy do zabiegów peeling do ciała stworzony z myślą o działaniu wyszczuplającym, wygładzającym oraz wspomagającym walkę z uporczywym cellulitem. Pozwala na profesjonalną pielęgnację bez konieczności wychodzenia z domu. Odpowiednie połączenie specjalnie przygotowanej i wyselekcjonowanej do zabiegów kosmetycznych kawy oraz olejków i składników pielęgnujących wpływa na jakość produktu, zaspokajając potrzeby wymagających kobiet. Peeling doskonale złuszcza martwy naskórek i poprawia krążenie.
Opakowaniem peelingu jest dosyć duża saszetka z folii aluminiowej z zamknięciem strunowym. Saszetka skrywa 100 g kosmetyku. Wydawać by się mogło, że 100 g to niewiele ale peeling jest produktem wydajnym. Używałam go już trzy razy i jeszcze nie zużyłam jego połowy. Sądzę, że całość wystarczy na jakieś 7-8 użyć.
Peeling ma piękny, intensywny zapach kawy. Bardzo lubię kawę, piję jej dużo, a więc lubię też jej zapach. Nie zdziwił mnie ten aromat, bo skoro peeling jest kawowy, to nic dziwnego, że pachnie kawą. Zaskoczyła mnie natomiast konsystencja tego kosmetyku. Peeling ma w swoim składzie oleje (olej makadamia, migdałowy, kokosowy i masło shea), a mimo to jest prawie sypki. Przecież taki peeling będzie osypywał się ze skóry. Pomyślałam, że trzeba będzie dodać do niego jakiegoś oleju ale postanowiłam najpierw wypróbować go w wersji oryginalnej. Peeling rzeczywiście się osypuje ale jest też na to sposób. Należy nabierać bardzo małe jego ilości. Wówczas osypuje się go niewiele, a te małe ilości wystarczają do wygładzenia skóry. Przekłada się to też pozytywnie na wydajność tego produktu. Oczywiście nie dodałam do niego żadnego oleju, nie ma takiej potrzeby.
Peeling jest dobrym zdzierakiem. Pozostawia skórę miękką i delikatną, a na dodatek w trakcie zabiegu otula nas piękny aromat kawy. Po spłukaniu peelingu i osuszeniu ciała ręcznikiem mam wrażenie, że na skórze pozostaje cienka, wręcz nieznaczna tłusta warstwa ale już chwilę później zastanawiam się, czy to mi się nie wydawało. Nie wyczuwam już tej warstwy, a skóra jest miękka, delikatna i gładziutka. Wygląda na dobrze odżywioną i nawilżoną. Nie wymaga już balsamu ani innego mazidła. Nie wiem jak producent to zrobił skoro w składzie peelingu są oleje. Całkowity skład kosmetyku jest taki:
Skład jest w porządku. Podejrzewam, że substancja zapachowa określona jako Parfum jest pochodzenia syntetycznego ale to jedyny minus tego składu. Poza tym nie zachwyca mnie opakowanie. Jak już wspomniałam jest to saszetka z zamknięciem strunowym. Obawiałam się, że drobinki kawy będą wchodziły między brzegi tego zamknięcia i trudno będzie ponownie szczelnie zamknąć saszetkę. Żeby temu zapobiec przełożyłam peeling do szklanego słoiczka. Myślę, że lepszym opakowaniem dla tego kosmetyku byłby słoiczek ewentualnie tuba. Poza tym, jak każdy peeling kawowy, tak i ten brudzi wannę czy kabinę prysznicową, a więc po każdym użyciu czeka nas małe sprzątanie. Uważam jednak, że w porównaniu ze świetnym działaniem peelingu, jest to niewielki minus. Mam zamiar kupować go nadal, a nawet już kupiłam. Mimo iż nie wykończyłam jeszcze pierwszego opakowania, to kupiłam już następne. Czeka w zapasach na swoją kolej :)
poniedziałek, 16 lipca 2018
PHYTORELAX Krem do twarzy z aloesem i kwasem hialuronowym
PHYTORELAX to włoska marka kosmetyków naturalnych. Nie jest zbyt popularna w naszym kraju, w każdym razie w blogosferze rzadko można zobaczyć recenzje tych produktów. Dla mnie jest to już drugi kosmetyk od Phytorelax. Pierwszym był Żel do higieny intymnej z organicznym rumiankiem. Pisałam o nim tu. Teraz w użyciu mam drugi i jest to Aloe Vera Face Cream czyli Krem do twarzy z aloesem i kwasem hialuronowym.
Producent tak opisuje ten krem:
Phytorelax Aloe Vera Face Cream to krem zawierający dużą ilość soku z aloesu pochodzenia biologicznego (50%) o działaniu ochronnym, nawilżającym i kojącym. Zawiera składniki roślinne, witaminę E i kwas hialuronowy, walczy z oznakami starzenia, minimalizuje niedoskonałości skóry i nadaje jej promienny wygląd. Szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej warstwy i doskonale nadaje się jako baza pod makijaż.

Na zakup tego kremu zdecydowałam się ze względu na zawarty w nim aloes i to na pierwszym miejscu w składzie, a moja skóra bardzo lubi kosmetyki z aloesem. Co prawda już na drugim miejscu w składzie znajduje się woda, a więc można przypuszczać (choć pewności nie ma), że aloesu w kremie jest tyle samo co wody.
Całkowity skład kremu:
W składzie kremu znajdziemy fajne, naturalne substancje np. sok z aloesu, masło shea, olej arganowy czy olej babassu. Jednak nie cały skład mnie zachwyca. Jest tu na przykład kontrowersyjny konserwant o nazwie Phenoxyethanol. Jedni twierdzą, że jest on całkowicie bezpieczny i nieszkodliwy, inni, że wręcz przeciwnie. W Japonii jest całkowicie zakazany, w niektórych państwach nie wolno stosować go w kosmetykach dla dzieci i niemowląt. Fenoksyetanol odznacza się ładnym, kwiatowym zapachem i dlatego w kosmetykach służy często nie tylko jako konserwant ale też jako substancja zapachowa. Prawdopodobnie tak jest również w omawianym kremie gdyż ma on bardzo przyjemny i delikatny zapach kwiatowy.
Plastikowy słoiczek zapakowany dodatkowo w kartonik skrywa 50 ml kremu. Po otwarciu słoiczka okazuje się, że jest tam jeszcze jedno plastikowe wieczko.Bardzo podoba mi się konsystencja tego kremu. Jest taka maślana ale bez obaw, krem wcale nie jest tłusty. Jest to krem nawilżający. Zgodnie z obietnicą producenta szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej ani lepkiej warstwy. Jak najbardziej nadaje się pod makijaż.
Kremu Phytorelax używam codziennie rano ale czasem też aplikuję go na noc. Bardzo dobrze działa na moją cerę. Świetnie ją nawilża. Jest delikatny, nie zapycha i nie podrażnia. Pozostawia skórę miękką, gładką i zadbaną. Jest też bardzo wydajny. Myślę, że jest to zasługa tej jego maślanej konsystencji, która sprawia, że wystarczy bardzo mała jego ilość do pokrycia twarzy, szyi i dekoltu.

Moim zdaniem kosmetyki Phytorelax zasługują na uwagę. Mam ochotę poznać kolejne produkty tej marki. Można je kupić w kilku sklepach internetowych np. tu i tu. Z pewnością skorzystam z ich oferty.
niedziela, 8 lipca 2018
ORIENTANA Tonik do twarzy Róża japońska i pandan
Tonizacja jest dla mnie bardzo ważnym elementem pielęgnacji cery i dlatego cenię sobie dobrej jakości toniki. Miałam już dosyć dużo naprawdę dobrych toników. Zaliczam do nich również Tonik do twarzy róża japońska i pandan marki ORIENTANA.

O toniku przeczytałam:
Łagodny, odżywczy tonik do codziennej pielęgnacji skóry suchej, dojrzałej i normalnej. Wykazuje działanie nawilżające, łagodzące i odmładzające.
Tonik delikatnie odświeża, łagodzi i koi podrażnienia, odżywia i nawilża skórę. Doskonale uzupełnia codzienną pielęgnację skóry suchej, dojrzałej i normalnej. Dzięki atomizerowi świetnie sprawdza się jako odświeżająca skórę mgiełka, może być stosowany do pielęgnacji skóry twarzy, szyi i dekoltu. Bogata w naturalne składniki formuła toniku zapewnia suchej skórze wyjątkowo skuteczną pielęgnację. Ekstrakt z płatków róży japońskiej dzięki zawartości dużej ilości witamin, kwasów organicznych i flawonoidów, wpływa na skórę odżywczo, nawilżająco i odmładzająco. Sok z aloesu łagodzi podrażnienia, przyspiesza regenerację skóry i chroni przed utratą wilgoci. Ekstrakt z owocu pandana normalizuje i wycisza skórę. Tonik pozostawia skórę optymalnie nawilżoną, zrelaksowaną i uspokojoną. Przywraca naturalne pH, przyspiesza odnowę i regenerację skóry, chroni przed działaniem czynników zewnętrznych.
100 ml toniku zamknięto w plastikowej butelce z atomizerem. Atomizer działa bez zarzutu. Tonik już wykończyłam i atomizer do samego końca go dozował. Butelki nie wyrzuciłam i obecnie przelałam do niej inny tonik, który był w butelce bez atomizera. Bardzo lubię toniki z atomizerem. Jest to przyjemny i bardzo wydajny sposób aplikacji tego kosmetyku.
Tonik, podobnie jak większość tego rodzaju kosmetyków, z wyglądu przypomina wodę. Bardzo podoba mi się jego zapach. Jest to zapach róży z lekką, ziołową nutą. Może tak właśnie pachnie róża japońska? A może ta ziołowa nuta pochodzi od pandanu? Tego nie wiem ale w składzie toniku nie ma żadnych substancji zapachowych, a więc pewnie jest to zapach róży lub róży i pandanu.
Skład toniku jest taki:
Lubię kosmetyki z takim krótkim składem. Jest tu tylko sześć składników w tym dwa konserwanty. Natomiast nie podoba mi się inna rzecz. Na etykiecie widać napis Zużyć przed końcem: i po dwukropku powinna być podana data przydatności. Niestety nie ma tej daty, a to jest niezgodne z prawem, a także z poważnym i przyzwoitym traktowaniem klienta.
Na szczęście tonik nie wykazywał żadnych oznak nieświeżości czy zepsucia i zużyłam go do końca. Z przyjemnością spryskiwałam twarz, szyję i dekolt tym pachnącym płynem. Tonik wspaniale odświeża skórę, koi ją i nawilża nie powodując jej ściągnięcia. Czekałam chwilę aż tonik się wchłonie lub wklepywałam go w skórę, a potem aplikowałam krem lub serum i krem. Podczas niedawnych upałów służył mi kilkakrotnie w ciągu dnia jako odświeżająca i chłodząca mgiełka. Szkoda, że już się skończył ale nic straconego. Zawsze mogę do niego wrócić i zamierzam to robić.
sobota, 16 czerwca 2018
MIODOWA MYDLARNIA Masło do twarzy i ciała Oczarowanie
MIODOWA MYDLARNIA, jak na mydlarnię przystało, produkuje naturalne mydła ale na nich nie poprzestaje. W jej ofercie znajdziemy też inne kosmetyki. Gdy jakiś czas temu robiłam tam zakupy, oprócz kilku mydełek kupiłam też balsam konopny do rąk oraz jedno z maseł do ciała. Spośród kilku produkowanych przez tę firmę wybrałam Masło do twarzy i ciała Oczarowanie.
Producent tak o nim pisze:
Bogate w karoten, odżywcze naturalne masło do twarzy i ciała z woskiem pszczelim o ciepłym, głębokim, otulającym aromacie i konsystencji musu.
Jest kompozycją wyjątkowych olei: marchwiowego, nagietkowego i czerwonego z owoców palmy oleistej - pełnych karotenu, witaminy E i koenzymu Q10 - o silnych właściwościach przeciwutleniających i opóźniających procesy starzenia się skóry. Zawiera również odżywcze masło shea i kakaowe, olej kokosowy oraz wosk pszczeli o wyśmienitych właściwościach kosmetycznych.
Masło ma cudowną barwę słoneczno-żółtą, pochodzącą wyłącznie od kolorów użytych olei. Błyskawiczne zregeneruje skórę, odżywi, wyrówna poziom nawilżenia, ukoi wszelkie podrażnienia, zdecydowanie poprawi kondycję skóry. Nada skórze lekki odcień opalenizny.
Masło wspaniale sprawdzi się w codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry, szczególnie suchej, wiotkiej, starzejącej się, wymagającej odnowy. Polecane jest zawsze wtedy, gdy skóra potrzebuje pomocy i ukojenia.

Ze względu na suchą skórę zawsze na mojej łazienkowej półce stoi jakieś mazidło do ciała. Kupuję ich dosyć dużo. Gdy robię zakupy kosmetyczne zawsze przeglądam kosmetyki do pielęgnacji ciała. Jeśli jakieś masło czy balsam mnie zainteresuje wrzucam je do koszyka. Tak samo było gdy składałam zamówienie w Miodowej Mydlarni.
Masło Oczarowanie otrzymujemy w szklanym słoiczku typu twist. Słoiczek jest niewielki, mieści się w nim 135 ml (65 g) kosmetyku.
Masełko ma piękny, intensywny żółty kolor. Jest bardziej żółty niż dojrzały banan. Zdjęcia nie oddają prawdziwej barwy tego kosmetyku. Masło bardzo szybko rozpuszcza się pod wpływem ciepła palców i w skórę wmasowujemy coś w rodzaju oliwki. Łatwo się rozprowadza i wchłania ale nie do końca. Pozostawia na skórze tłustą warstwę ale nie przeszkadza mi to. Bardzo dobrze działa na skórę. Odżywia ją i czyni gładką, miękką i jedwabistą w dotyku. Masła używam wyłącznie do ciała.

I wszystko byłoby super gdyby nie... zapach. Nie mogę powiedzieć, że zapach tego masełka nie podoba mi się. Jest całkiem niezły ale, moim zdaniem, zbyt intensywny. Utrzymuje się na skórze przez kilka godzin stopniowo słabnąc. Czasem zdarza się, że zapach jakiegoś kosmetyku nie wprawia mnie w zachwyt ale w miarę używania przyzwyczajam się do niego. Tutaj jest odwrotnie. Im dłużej używam masła tym bardziej drażni mnie ten zapach. Po wmasowaniu go w skórę rano nie używam już żadnego pachnidła bojąc się, że powstanie jakiś "kociokwik" zapachów. Tak jak napisałam zapach jest dosyć ładny ale chyba nie pochodzi z naturalnych olejków eterycznych. Nie kojarzy mi się z olejkami i nawet nie potrafię opisać go słowami. W składzie masła znajduje się pozycja o nazwie olejek zapachowy, a w jego skład wchodzi substancja o nazwie Butylphenyl Methylpropional. Jest to substancja syntetyczna będąca składnikiem kompozycji zapachowych. Posiada silne działanie alergenne i nie jest zalecana dla kobiet w ciąży. Chyba nie powinna się znajdować w kosmetyku naturalnym.
Całkowity skład masła jest taki:
Ze względu na ten intensywny, wręcz agresywny zapach raczej nie skuszę się po raz drugi na to masło. Cieszę się, że ten kosmetyk już mi się kończy. Zostało mi go jeszcze na jedno użycie i będzie koniec. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że tak bardzo drażnił mnie zapach kosmetyku. Miodowa Mydlarnia produkuje kilka maseł ale nie wiem, czy w pozostałych nie ma podobnej sytuacji zapachowej. Chyba nie zaryzykuję i innego też nie kupię.
sobota, 9 czerwca 2018
Szampon i odżywka od ALEPII
ALEPIA to francuska marka kosmetyków naturalnych którą darzę szczególnym sentymentem, a to dlatego, że własnie od niej rozpoczęła się moja przygoda z naturalną pielęgnacją. Moim pierwszym naturalnym kosmetykiem było mydło Aleppo tej marki, a z czasem poznałam także inne jej produkty. Miałam też jeden z szamponów Alepii ale było to dawno i nie pamiętam już, który to był szampon i czy sprawdził się na moich włosach. Postanowiłam więc odnowić znajomość z włosowymi kosmetykami Alepii i kupiłam szampon i odżywkę.
Spośród kilku produkowanych przez Alepię wybrałam Szampon/żel do kąpieli Alep Original z 7 olejami.

Na temat tego produktu przeczytałam:
Delikatny dla skóry, skuteczny w walce z łupieżem.
Kosmetyk idealny dla całej rodziny do stosowania w roli szamponu i żelu do kąpieli. Formuła opiera się na siedmiu olejach by dostarczyć skórze i włosom maksimum składników odżywczych. Zawiera między innymi odżywczy olej arganowy, wzmacniający olej z czarnuszki oraz silnie nawilżający ekstrakt z liści aloesu. Doskonale poprawia stan skóry sprawiając, że przywracana jest jej naturalna równowaga, pomaga uporać się z łupieżem i nadmiernym wydzielaniem sebum, a także zapobiega swędzeniu skóry. Szampon ma właściwości wzmacniające, dzięki czemu włosy stają się elastyczne, silne, a przy tym mają piękny blask. Naturalny zapach z olejków sprawia, że włosy pachną subtelną, roślinną nutą.
Szampon na bazie mydła Alep nie zawiera substancji drażniących. Nie piecze w oczy, nie podrażnia skóry, ma pH fizjologiczne.

250 ml szamponu otrzymujemy w prostej, plastikowej butelce z metalową nakrętką. Każdy z szamponów Alepii można stosować również jako żel do kąpieli czy pod prysznic ale ja używam go tylko w charakterze szamponu. Ma on konsystencję żelu troszkę rzadszego niż większość szamponów i łatwo się go dozuje. Pieni się trochę słabiej niż inne tego typu produkty ale jest to wystarczająca ilość piany do umycia włosów i skalpu. Jednak podczas mycia głowy zachowuje się inaczej niż inne szampony, a właściwie nie tyle podczas mycia, co podczas spłukiwania. Spłukując pianę z włosów wyczuwam, że są one tępe i jakby tłuste. Ta tłustość to tylko wrażenie gdyż włosy tłuste nie byłyby tępe, a poza tym po wysuszeniu nie ma na nich żadnego tłuszczu. Szampon plącze włosy podobnie jak większość szamponów ale są one dobrze oczyszczone. Mają jednak pewien minus, a mianowicie prawie się nie błyszczą i są oklapnięte. Wyglądają tak, jak po umyciu mydłem. Niezbędna jest więc płukanka octowa lub dobra odżywka. Moje przetłuszczające się włosy myję codziennie rano i czasem zdarza się, że mam tak mało czasu, że nie aplikuję odżywki i nie czekam aż zadziała. Poprzestaję wówczas na umyciu włosów szamponem. Nie mam jednak ochoty paradować cały dzień z matowymi i oklapniętymi włosami. W takiej sytuacji po prostu używam innego szamponu. Szampon Alepii nie jest perfumowany ale to nie znaczy, że jest pozbawiony zapachu. Posiada zapach i jest to wyraźny zapach mydła Aleppo w kostce.
Skład szamponu:
Jak już napisałam, po umyciu włosów szamponem konieczne jest zastosowanie płukanki octowej lub odżywki. Ja stosuję odżywkę. Jest to Odżywka do włosów Alep Original, jedyna jaką ta firma produkuje.

O odżywce przeczytałam:
Naturalna odżywka na bazie mydła z Aleppo, która działa niezwykle ożywczo na włosy. Zapewnia włosom i skórze głowy kompleksową pielęgnację bez efektu obciążania włosów. Dostarcza cennych witamin i minerałów, dzięki czemu włosy stają się odżywione, mocniejsze i sprężyste. Zawiera oliwę z oliwek, która między innymi reguluje pracę gruczołów łojowych, a także działa kojąco na skórę głowy. Olej laurowy z kolei pobudza krążenie krwi i stymuluje odnowę komórek. Odżywka pokrywa włosy delikatną, oleistą powłoką, która nadaje im zdrowy blask i ułatwia rozczesywanie, a także chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Włosy stają się przyjemne w dotyku, wyraźnie wygładzone i lśniące.
Butelka, w którą zapakowano odżywkę jest taka sama jak ta od szamponu. Odżywka ma konsystencję bardzo lekkiego kremu i dobrze rozprowadza się ją po włosach. Butelkę wykonano z cienkiego, miękkiego plastiku, a więc łatwo wycisnąć z niej kosmetyk.
Odżywkę, tak jak każdą inną, nakładam na umyte, mokre włosy i po kilku minutach spłukuję. Włosy nie są już splątane i bez problemu można je rozczesać. Jeśli, w czasie gdy schną, przeczeszę je kilka razy grzebieniem, czy nawet palcami, to są ładnie odbite od nasady i dobrze się układają. Oczywiście po użyciu odżywki włosy mają już połysk. Ładnie błyszczą i są jedwabiście miękkie w dotyku.
Mimo iż odżywka ma w składzie ekstrakty ziołowe i hydrolaty to, moim zdaniem, jest bezzapachowa. Wiele razy ją wąchałam i nie wyczułam żadnej woni.
Skład odżywki:
Moim zdaniem szampon i odżywka Alepii są bardzo dobrymi kosmetykami. Dobrze dbają o moje włosy. Są to produkty działające łagodnie, co dla mnie jest bardzo ważne ze względu na wrażliwą skórę głowy. Dosyć często dokucza mi swędzenie, a nawet pieczenie skalpu ale teraz, gdy używam duetu od Alepii, swędzenia nie ma. To przykre zjawisko po prostu zniknęło. Producent twierdzi, że szampon zapobiega swędzeniu i w moim przypadku rzeczywiście tak jest. Natomiast nie jestem w stanie stwierdzić, czy skutecznie zwalcza łupież gdyż, po prostu, go nie mam.
Zamierzam od czasu do czasu wracać do włosowych kosmetyków Alepii, być może następnym razem wypróbuję inny szampon tej marki.
Znacie kosmetyki Alepii?
środa, 30 maja 2018
Mydełko z Tajlandii
To mydło kupiłam w warszawskim sklepie TK Maxx już dawno, bo około roku temu. Było tam kilka mydeł z tej serii, ja wybrałam Mydło z węglem bambusowym i mlekiem.
Kostka była duża, ważyła 250 g. Trudno byłoby obracać ją w dłoniach, a więc przekroiłam ją na dwie części.
Otrzymałam dwie i tak dosyć duże kostki. Jedną z nich zużyłam już kilka miesięcy temu, druga aktualnie króluje na łazienkowej mydelniczce.
Mydełko wytwarza obfitą, kremową pianę. Ta piana na ogół jest biała ale zdarza się, że ma kolor jasnej szarości. Nietrudno się domyślić, że ta szarość, a także ciemne wzory na mydle to zasługa węgla bambusowego.
Myję tym mydłem twarz i całe ciało. Bardzo dobrze oczyszcza skórę. Nie wysusza jej i nie powoduje uczucia ściągnięcia. Sprawdza się również w higienie intymnej. Działa tak jak większość mydeł naturalnych.

Pozostaje jeszcze kwestia zapachu. Mydełko pachnie bardzo przyjemnie, dosyć intensywnie ale bez przesady. Nie potrafię określić słowami tego zapachu. Niestety, nie kojarzy mi się z naturalnymi aromatami olejków eterycznych. Najprawdopodobniej jest to syntetyczna substancja zapachowa. W składzie jest ona określona jednym słowem: fragrance. Mleko też jest określone jednym słowem: milk. Myślę, że jest to mleko krowie. Gdyby było inne np. kozie czy ośle to producent prawdopodobnie napisał by to w składzie.
Całkowity skład mydła jest taki:
Skład jest w porządku. Oprócz oleju palmowego na pierwszym miejscu mamy olej kokosowy, ryżowy i trochę oleju winogronowego. Moje wątpliwości budzi tylko to fragrance. Cieszę się jednak, że mam możliwość poznać mydło z jeszcze jednego egzotycznego kraju. Wcześniej nie miałam jeszcze żadnego kosmetyku z Tajlandii. Znacie kosmetyki z tego kraju?
sobota, 12 maja 2018
UOGA UOGA Krem pod oczy Green Refreshment
Jakiś czas temu kosmetyki litewskiej marki UOGA UOGA były bardzo popularne w blogosferze. Pamiętam, że opinie o tych produktach były bardzo pozytywne, a więc skusiłam się na Krem pod oczy Green Refreshment tej marki.

Producent pisze, że jest to Naturalny krem nawilżający do skóry wokół oczu dla wszystkich, nawet do wrażliwej skóry. Chaber i ogórek nadaje świeżość i miękkość - o tym wszystkim twoja zmęczona skóra wokół oczu może marzyć!
Woda chabrowa jest używana aby zaspokoić skórę wokół oczu i zmniejszyć obrzęk. Ekstrakt z ogórka jest bogaty w kwas askorbinowy (witamina C), który ma właściwości łagodzące i pomaga rozjaśnić skórę wokół oczu. Olej z awokado jest jednym z najbardziej odżywczych olejów bogatych w witaminy A, B1, B2 i D, jak również lecytynę, sterole i inne aminokwasy.
15 ml kremu zamknięto w opakowaniu typu airless. Kremik ma lekką konsystencję i ładny, jasnożółty kolor. Jest bezzapachowy. Ma jeszcze jedną interesującą cechę, a mianowicie jest wręcz nieprzyzwoicie wydajny. Używam go już bardzo długo i jeszcze się nie skończył.
Krem aplikuję codziennie rano ale dosyć często też na noc. Niestety, nie zauważyłam zmniejszenia obrzęków pod oczami. Poranne obrzęki czasem są, czasem ich nie ma i to niezależnie od tego czy użyłam na noc tego kremu czy też nie. Widocznie mają one jakąś wewnętrzną przyczynę z którą zawarta w kremie woda chabrowa nie może sobie poradzić. Nie przeszkadza mi to jednak gdyż raczej nie oczekuję od kosmetyków jakiegoś spektakularnego działania. Całkowicie wystarcza mi to, że kremik jest delikatny, a jednocześnie solidnie nawilża skórę, odżywia ją i czyni gładziutką w dotyku. Bardzo szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej czy lepkiej warstwy. Spokojnie można stosować go pod makijaż. Jestem zadowolona z tego kosmetyku i pewnie będę do niego czasem wracać.
Krem pod oczy Green Refreshment jest produktem certyfikowanym przez Soil Association, brytyjską niezależną organizację pozarządową.
Skład kremu (INCI): Centaurea Cyanus (cornflower) Flower Water*, Aqua (water), Persea Gratissima (avocado) Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis (sweet almond) Oil*, Tocopherol (vitamin E), Helianthus Anuus (sunflower) Seed Oil, Cucumis Sativus (cucumber) Extract, Cetearyl Glucoside, Cetyl Alcohol, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid.
*- składniki pochodzące z upraw organicznych,
73,8% - składniki organiczne,
99,6% - składniki naturalne.
czwartek, 3 maja 2018
Czarne mydło afrykańskie po raz kolejny
O czarnym mydle afrykańskim pisałam już kilka razy. Możecie o nim przeczytać tu, tu i tu. Oczywiście każde z tych mydeł jest inne mimo iż są do siebie podobne i noszą takie same nazwy. Mydło o którym dzisiaj piszę nosi nazwę Wschodnioafrykańskiego czarnego mydła Alata Samina i otrzymujemy je od firmy DUAFE. Jest to firma założona i prowadzona przez polsko - ganijskie małżeństwo. które sprowadza to mydło oraz inne produkty z Ghany i sprzedaje je w sklepie internetowym o tej samej nazwie (klik).
Swoją kostkę dostałam od Bianki, która dobrze wie co lubię i od czasu do czasu przysyła mi różne kosmetyczne nowości z mydełkami na czele. Wcześniej nie znałam marki Duafe, nawet o niej nie słyszałam.

Mydło opakowano w pergamin i w czarny papier na którym naklejona jest pomysłowa etykietka w kształcie konturu Czarnego Lądu. Po drugiej stronie kostki naklejona jest druga etykieta na której znajdują się wszystkie potrzebne informacje.
Producent pisze, że Od wieków mieszkańcy zachodniej Afryki używają czarnego mydła aby zapewnić sobie gładką i piękną cerę. Pomaga ono przy problemach z trądzikiem, tłustą cerą, zapaleniami, przebarwieniami. To mydło nie tylko do twarzy, używa się go również do mycia włosów jako odżywkę oraz do całego ciała, a nawet do mycia zębów.Świetnie nadaje się do usuwania makijażu.Przynosi ulgę osobom z uczuleniami i anemiami skórnymi. Nie zawiera związków SLS, kolorantów ani sztucznych zapachów.
Mydło Alata Samina to spora kostka ważąca 150 g. Z wyglądu najbardziej przypomina mydło Shamasa. Też jest koloru brunatnego ale niejednorodnego, są tu różne odcienie brunatności. Podobnie jak Shamasa nie ma jednolitej struktury. Wygląda jakby było ulepione z wielu małych cząstek. Jednak w odróżnieniu od Shamasy to mydło jest twarde. Mimo to łatwo rozmięka i należy przechowywać je na mydelniczce z odpływem wody. Do mydelniczki przykleja się i brudzi ją. Nie przeszkadza mi to jednak gdyż te drobne niedogodności w pełni rekompensuje wspaniałe działanie mydła.
Wytwarza ogromne ilości piany. Piana jest w kolorze beżowym i nie składa się wyłącznie z bąbelków. W głównej mierze jest to delikatna, kremowa emulsja. Z przyjemnością rozprowadzam ją po skórze. Myję tym mydłem twarz i całe ciało. Wspaniale oczyszcza skórę. Po prostu po umyciu wyczuwa się jej nadzwyczajną czystość. Na twarzy pięknie domyka moje rozszerzone pory na nosie. Pozostawia cerę gładziutką. Nie wysusza jej i nie powoduje ściągnięcia. Bez problemu zmywa makijaż. Nie mam akurat żadnych niedoskonałości na skórze więc nie mogę stwierdzić jak działa w takich przypadkach. To mydło mnie oczarowało. Zadziwiające jest to, że tak dobrze oczyszcza skórę, a jednocześnie jest delikatne. Zasługuje na to, żeby do niego wracać i ja zamierzam to robić. Dziękuję też Biance za to, że umożliwiła mi poznanie tego cudownego mydełka. To był strzał w dziesiątkę!

I jeszcze skład mydła: łupiny owoców kakaowca (źródło potasu), olej palmowy, olej kokosowy, masło shea, woda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































