Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 września 2018

Peeling do ciała arbuzowy DIY



     Zrobiłam kolejny peeling owocowy. Robiłam już peeling cytrynowy i pomarańczowy, a tym razem jest arbuzowy. Wszystkie te owocowe peelingi robię na bazie tego  przepisu dowolnie go modyfikując. Jest to peeling cukrowy i prezentuje się tak:



Najpierw ukroiłam plaster arbuza, usunęłam z niego wszystkie pestki, pokroiłam w kostkę i zmiksowałam. Jak wiadomo arbuz zawiera bardzo dużo wody, a więc po zmiksowaniu konsystencją przypominał sok. Wlałam część soku do miski, w której znajdował się przygotowany wcześniej cukier, dodałam płynny olej kokosowy i wymieszałam. W tym momencie peeling był już właściwie gotowy. Jednak brakowało mi w nim zapachu. Lubię pachnące peelingi. Arbuz nie posiada wyraźnego zapachu, a po zmieszaniu z cukrem i olejem kokosowym był prawie bezwonny. Dodałam więc do niego cytrynowy olejek eteryczny dzięki czemu ładnie i świeżo pachnie. Oprócz tego dodałam jeszcze trochę witaminy E i trochę D-pantenolu czyli prowitaminy B5. W ten sposób zwiększyłam jego właściwości pielęgnujące.



Peeling, który zrobiłam nie zmieścił się w moim półlitrowym słoiczku, a więc to, co się nie zmieściło włożyłam do drugiego, mniejszego słoiczka ale zanim to zrobiłam dodałam do niego trochę zmielonych pestek malin, które dostałam kiedyś jako gratis do półproduktowego zamówienia. Peeling zmienił trochę kolor i wygląda tak:



Wiecie, co mnie zaskoczyło w tym peelingu? Jego kolor. Byłam pewna, że skoro miąższ arbuza jest czerwony, to peeling będzie różowy. Tymczasem po zmieszaniu zblendowanego arbuza z pozostałymi składnikami wyszedł pomarańczowy. Kolor jest bardzo ładny ale bardziej kojarzy się z marchewką lub dynią niż z arbuzem, a ten z dodatkiem pestek z malin zmienił kolor na taki trochę rudy. Peeling jest trochę rzadszy niż zazwyczaj, a to dlatego, że wlało mi się trochę za dużo zmiksowanego arbuza. Najważniejsze, że nie jest przesadnie rzadki i doskonale spełnia swoją rolę. Ten z pestkami malin nie jest silniejszym zdzierakiem od drugiego, być może dałam za mało tych pestek. Jednak każdy z nich bardzo dobrze oczyszcza skórę i jestem z nich zadowolona. Mam jeszcze inne pomysły na peelingi owocowe ale zanim je zrobię muszę najpierw zużyć te.


  

czwartek, 2 sierpnia 2018

EFEKTIMA Naturalny peeling kawowy Coffee Miracle



    Peeling ciała należy do moich ulubionych zabiegów kosmetycznych. Bardzo lubię wygładzoną i delikatną skórę. Ostatnio używam głównie peelingów cukrowo-owocowych własnej produkcji. Pisałam o nich tu i tu. Jednak to, że sama często robię peelingi nie znaczy, że nie kuszą mnie gotowe. Kuszą i to bardzo. Niedawno skusiłam się na takiego gotowca. Będąc w Rossmannie wypatrzyłam na półce Naturalny peeling kawowy Coffee Miracle polskiej marki EFEKTIMA. Co prawda peeling kawowy bardzo łatwo jest zrobić samodzielnie i wiele razy takowy robiłam, to jednak skusiłam się na gotowy.



EFEKTIMA tak pisze o swoim produkcie:
Gotowy do zabiegów peeling do ciała stworzony z myślą o działaniu wyszczuplającym, wygładzającym oraz wspomagającym walkę z uporczywym cellulitem. Pozwala na profesjonalną pielęgnację bez konieczności wychodzenia z domu. Odpowiednie połączenie specjalnie przygotowanej i wyselekcjonowanej do zabiegów kosmetycznych kawy oraz olejków i składników pielęgnujących wpływa na jakość produktu, zaspokajając potrzeby wymagających kobiet. Peeling doskonale złuszcza martwy naskórek i poprawia krążenie.



Opakowaniem peelingu jest dosyć duża saszetka z folii aluminiowej z zamknięciem strunowym. Saszetka skrywa 100 g kosmetyku. Wydawać by się mogło, że 100 g to niewiele ale peeling jest produktem wydajnym. Używałam go już trzy razy i jeszcze nie zużyłam jego połowy. Sądzę, że całość wystarczy na jakieś 7-8 użyć.
Peeling ma piękny, intensywny zapach kawy. Bardzo lubię kawę, piję jej dużo, a więc lubię też jej zapach. Nie zdziwił mnie ten aromat, bo skoro peeling jest kawowy, to nic dziwnego, że pachnie kawą. Zaskoczyła mnie natomiast konsystencja tego kosmetyku. Peeling ma w swoim składzie oleje (olej makadamia, migdałowy, kokosowy i masło shea), a mimo to jest prawie sypki. Przecież taki peeling będzie osypywał się ze skóry. Pomyślałam, że trzeba będzie dodać do niego jakiegoś oleju ale postanowiłam najpierw wypróbować go w wersji oryginalnej. Peeling rzeczywiście się osypuje ale jest też na to sposób. Należy nabierać bardzo małe jego ilości. Wówczas osypuje się go niewiele, a te małe ilości wystarczają do wygładzenia skóry. Przekłada się to też pozytywnie na wydajność tego produktu. Oczywiście nie dodałam do niego żadnego oleju, nie ma takiej potrzeby.



Peeling jest dobrym zdzierakiem. Pozostawia skórę miękką i delikatną, a na dodatek w trakcie zabiegu otula nas piękny aromat kawy. Po spłukaniu peelingu i osuszeniu ciała ręcznikiem mam wrażenie, że na skórze pozostaje cienka, wręcz nieznaczna tłusta warstwa ale już chwilę później zastanawiam się, czy to mi się nie wydawało. Nie wyczuwam już tej warstwy, a skóra jest miękka, delikatna i gładziutka. Wygląda na dobrze odżywioną i nawilżoną. Nie wymaga już balsamu ani innego mazidła. Nie wiem jak producent to zrobił skoro w składzie peelingu są oleje. Całkowity skład kosmetyku jest taki:



Skład jest w porządku. Podejrzewam, że substancja zapachowa określona jako Parfum jest pochodzenia syntetycznego ale to jedyny minus tego składu. Poza tym nie zachwyca mnie opakowanie. Jak już wspomniałam jest to saszetka z zamknięciem strunowym. Obawiałam się, że drobinki kawy będą wchodziły między brzegi tego zamknięcia i trudno będzie ponownie szczelnie zamknąć saszetkę. Żeby temu zapobiec przełożyłam peeling do szklanego słoiczka. Myślę, że lepszym opakowaniem dla tego kosmetyku byłby słoiczek ewentualnie tuba. Poza tym, jak każdy peeling kawowy, tak i ten brudzi wannę czy kabinę prysznicową, a więc po każdym użyciu czeka nas małe sprzątanie. Uważam jednak, że w porównaniu ze świetnym działaniem  peelingu, jest to niewielki minus. Mam zamiar kupować go nadal, a nawet już kupiłam. Mimo iż nie wykończyłam jeszcze pierwszego opakowania, to kupiłam już następne. Czeka w zapasach na swoją kolej :)    

sobota, 10 marca 2018

Pomarańczowy peeling do ciała DIY




     Bardzo lubię samorobione peelingi do ciała i od kilku miesięcy używam głównie takich. Nie mogę powiedzieć, że peelingi gotowe mnie nie kuszą. Jasne,że kuszą i pewnie kiedyś któryś z nich mnie skusi ale póki co trzymam się tych własnej produkcji. 
Jakiś czas temu pisałam o peelingu cytrynowym. Zrobiłam go wówczas w dwóch wersjach: czysto cytrynowy i cytrynowy z nasionami pokrzywy. Oczywiście już ich nie ma. Wszystko zużyłam i trzeba było zrobić nowy peeling. Tym razem zrobiłam pomarańczowy.



Zrobiłam go według przepisu na peeling cytrynowy tylko cytrynę zastąpiłam pomarańczą. Z umytej i sparzonej pomarańczy starłam na tarce skórkę, z pomarańczy wycisnęłam sok i dodałam to do cukru. Potem tylko wlałam płynny olej kokosowy, wszystko dokładnie wymieszałam łyżką, przełożyłam do słoiczka i gotowe.


  Peeling ma ładny, żółty kolor i delikatny, pomarańczowy zapach. Ponieważ chciałam, żeby ten zapach był wyraźniejszy, dodałam kilkanaście kropel olejku eterycznego ze słodkiej pomarańczy.
Moim zdaniem warto robić takie peelingi. Robi się je w ciągu kilku minut, ich wykonanie jest bardzo łatwe. Wiem, co się w nim znajduje, a więc mam pewność, że jest to kosmetyk całkowicie naturalny, bez żadnych kontrowersyjnych składników. Jest bardzo tani, jego koszt to dosłownie kilka złotych. Jest też kosmetykiem skutecznym. To dobry zdzierak doskonale wygładzający skórę i pozostawiający na niej bardzo przyjemny, delikatny film. Nie jest to jednak klasyczna, tłusta warstwa. Mimo to skóra nie wymaga już balsamu czy innego mazidła.


Gdy zużyję ten słoiczek peelingu zrobię kolejny ale trochę inny. Spróbuję pokombinować z innymi owocami lub jeszcze innymi składnikami. W końcu skład takiego samorobionego peelingu zależy wyłącznie od naszej inwencji.
Oczywiście nie zawsze jest tak, że mam peeling własnej produkcji. Czasem skończy mi się, a brak czasu lub lenistwo nie pozwala na zrobienie nowego. Wówczas do wygładzania skóry używam czarnego mydła Savon Noir i rękawicy kessy. To też jest świetny sposób na gładką, jedwabistą skórę i chętnie z niego korzystam.

poniedziałek, 30 października 2017

Egzotyczny cytrynowy peeling do ciała DIY




    Bardzo lubię peelingi własnej produkcji. Przeważnie są one zrobione z tego, co mamy we własnej kuchni, a ich wykonanie jest łatwe i najczęściej zajmuje zaledwie kilka minut. Pokusiłam się więc o zrobienie egzotycznego peelingu cytrynowego. Nie jest to peeling mojego pomysłu, przepis na jego wykonanie znalazłam w książce Klaudyny Hebdy "Ziołowy Zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu".



Do jego wykonania potrzebujemy bardzo niewielu składników. Oto one:



Składniki:

  • 300 g białego cukru
  • 1 cytryna, najlepiej ekologiczna
  • 2 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego
Opcjonalnie:

  • 10 kropli eterycznego olejku cytrynowego.

Wykonanie jest bardzo proste. Cukier wsypujemy do miski. Ze sparzonej i wyszorowanej cytryny ścieramy na tarce skórkę i łączymy z cukrem. Z cytryny wyciskamy sok i tez dodajemy do cukru. Olej kokosowy powinien mieć konsystencję płynną, a więc trzeba go stopić w kąpieli wodnej. Dwie łyżki płynnego oleju dodajemy do cukru, całość mieszamy łyżką i gotowe. Mamy peeling o pięknym, delikatnym zapachu cytryny i kokosa. Jeśli chcemy bardziej intensywny zapach, możemy dodać cytrynowego olejku eterycznego. Ja dodałam.

Autorka receptury zaleca przechowywanie peelingu w lodówce i tak też robię.



Lubię eksperymentować z takimi samorobionymi kosmetykami i tym razem też tak było. Zrobiłam drugą porcję peelingu cytrynowego i wzbogaciłam go kilkoma dodatkami, a mianowicie żelem aloesowym, potrójnym kwasem hialuronowym i nasionami pokrzywy.



Najpierw wsypałam trochę nasion i wszystko wymieszałam. Peeling zmienił kolor. Już nie był taki biało-żółty tylko jasnoszary z odcieniem zielonym.


 Domieszałam jeszcze po trochu kwasu hialuronowego i żelu aloesowego. Teraz mam dwa peelingi własnej produkcji.


Bardzo lubię te peelingi. Kiedyś już je robiłam, a więc mam je przetestowane. Są to dobre zdzieraki o pięknym zapachu. Po ich użyciu nie trzeba już stosować balsamu do ciała. Dzięki zawartemu w nich olejowi kokosowemu skóra jest nawilżona i natłuszczona ale prawie nie ma na niej tłustej warstwy.
Warto robić takie domowe peelingi. Są to produkty dobrej jakości, wiemy z czego się składają, są całkowicie naturalne. Są też bardzo tanie. Nie będę liczyć ile by kosztowały np. dwie łyżki oleju kokosowego ale koszt takiego peelingu to zaledwie kilka złotych. Gotowe są wielokrotnie droższe.
Robicie domowe peelingi? Może macie jakieś ciekawe przepisy?

 

niedziela, 17 września 2017

PSZCZELA DOLINKA Miodowy Słodziak




      Miodowy słodziak od PSZCZELEJ DOLINKI to nic innego jak scrub do ciała. Bardzo lubię peelingi do ciała i do twarzy. I choć nadal uważam, że najlepszy peeling to czarne mydło Savon Noir i rękawica kessa, to nie gardzę też innymi scrubami. Cukrowymi, czasem solnymi. Tym razem mój wybór padł na Scrub do ciała Miodowy Słodziak. Poznałam już kilka mydełek od Pszczelej Dolinki i wszystkie bardzo mi się podobały, a najbardziej mydło miodowe o nazwie Sam Miód (recenzja). Miałam też masło do ciała tej marki (recenzja) i byłam z niego zadowolona. Skusiłam się więc na peeling.



Producent pisze, że Scrub do ciała jest mieszanką cukru trzcinowego, miodu, masła mango i oliwy z oliwek. Stosujemy go na mokrą, rozgrzaną skórę, pod prysznicem lub w wannie. Delikatnie masujemy ciało, tak, aby kryształki cukru nie podrażniły skóry. Po użyciu dokładnie spłukać ciało dość ciepłą wodą. Świetnie rozgrzewa, pobudza mikrokrążenie w skórze, masuje i usuwa zrogowaciały i martwy naskórek. Bardzo odżywczy, wygładza i zmiękcza skórę.


Skład peelingu jest krótki i naturalny. Oto on: cukier trzcinowy, miód, masło mango, oliwa z oliwek, olejek waniliowy.
W składzie widzimy masło mango polecane do pielęgnacji skóry suchej, zniszczonej, spalonej słońcem, a także skóry dojrzałej, podrażnionej i wrażliwej. Nawilża, uelastycznia i regeneruje skórę oraz ułatwia gojenie się niewielkich ran i podrażnień. Z kolei miód doskonale wpływa na kondycję skóry. Jest dobrze przyswajalny i łatwo się wchłania, nadaje się do pielęgnacji każdego typu skóry. Ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne. Oliwa z oliwek bogata w witaminę F chroni skórę przed nadmierną utratą wilgoci. Jest też bogatym źródłem antyoksydantów, których obecność zapewnia skórze młodość, witalność i ochronę.


Scrub otrzymujemy w płaskim, plastikowym słoiczku o pojemności 200 ml. Podoba mi się to, że zamawiając ten kosmetyk można sobie wybrać jego zapach. Do wyboru mamy zapachy: waniliowy, migdałowy, cynamonowy, daktylowy i imbirowy. Ja wybrałam waniliowy i nie żałuję. Peeling pachnie tak naturalnie jakbym wąchała domowe ciasto. Po prostu apetycznie.
Niestety, w użyciu scrub okazał się nieco uciążliwy, a to ze względu na swoją konsystencję. Jest gęsty i zbity. Trudno go rozprowadzić po skórze gdyż kruszy się i grudki wpadają do wanny. Próbowałam temu zaradzić dolewając do niego trochę oliwy ale nic to nie dało. Przypuszczam, że to ze względu na miód, który w oleju raczej się nie rozpuści. Woda mogłaby pomóc ale wtedy rozpuści się i cukier więc nie ma sensu jej dolewać. Zadowolona byłam natomiast z działania peelingu. Dobrze wygładza skórę pozostawiając ją miękką, pachnącą i delikatnie natłuszczoną. Gdyby nie jego konsystencja peeling byłby świetny. Jednak uciążliwość w stosowaniu trochę zniechęca i dlatego długo trwało zanim go wykończyłam. Raczej nie kupię go ponownie.


niedziela, 16 lipca 2017

BIOTURM Peeling do stóp z drobinkami wosku ryżowego




      Jeszcze nigdy nie używałam peelingu do stóp. Pięty i inne zrogowaciałe miejsca na stopach masuję zawsze, z dobrym skutkiem, tarką do stóp. Ciekawa byłam jednak jak działa peeling i żeby zaspokoić ciekawość skusiłam się na Peeling do stóp z drobinkami wosku ryżowego marki BIOTURM.



Producent zapewnia, że drobinki wosku ryżowego skutecznie uwalniają stopy od nadmiary obumarłego naskórka. Mocznik w połączeniu z pantenolem zapewniają długo utrzymujące się nawilżenie oraz efekt wygładzenia. Aktywny kompleks bio-serwatki i bio-olej migdałowy regenerują skórę. Efekt jest odczuwalny natychmiast po użyciu.
Sposób użycia: peeling namieść na umytą, wilgotną skórę stóp. Delikatnie wmasować i dokładnie spłukać wodą.



W miękkiej, plastikowej tubie otrzymujemy 100 ml peelingu. Ma on konsystencję lekkiego kremu, w którym wyczuwa się palcami drobinki. Kremik bardzo delikatnie pachnie, wyczuwam w tym zapachu cytrynę. Peeling rozprowadzam po umytych, mokrych stopach i delikatnie masuję. Nie zaliczyłabym go do mocnych zdzieraków ale dla moich stóp jest wystarczający. Dobrze usuwa martwy naskórek i pozostawia stopy miękkie i gładkie. Mimo iż zawiera w swoim składzie olej słonecznikowy i migdałowy, nie jest kosmetykiem tłustym. Skórę stóp pozostawia dobrze nawilżoną i bardzo delikatnie natłuszczoną. Ja, będąc posiadaczką suchej skóry, po takim wygładzaniu stosuję jeszcze krem.
Peeling Bioturm służy mi nie tylko do stóp. Używam go również do wygładzania szorstkich łokci. W tej roli też sprawdza się znakomicie.
Producent nie pisze jak często należy stosować ten produkt. Rozumiem więc, że według potrzeb i najczęściej robię to co drugi dzień.



Skład peelingu INCI: Aqua, Oryza Sativa Cera, Helianthus Annuus Hybrid Oil*, Glycerin, Alcohol, Lac*, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Octyldodecanol, Oleyl Erucate, Polyglyceryl-6 Palmitate/Succinate, Polyglyceryl-4 Laurate/Succinate, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Sodium Lactate, Urea, Panthenol, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract*, Verbena Officinalis Leaf Extract*, Helianthus Annuus Seed Oil*, Tocopherol, Parfum, Palmitic Acid, Stearic Acid, Sodium Anisate, Sodium Levulinate, Xanthan Gum, Lactic Acid, Oryzanol, Citral, Limonene, Linalool.
* - z kontrolowanych upraw biologicznych.



 Peeling do stóp Bioturm jest kosmetykiem certyfikowanym przez ICEA. Nie zawiera syntetycznych konserwantów, barwników, środków zapachowych PEG i skladników pochodzenia petrochemicznego. Nie zawiera składników pochodzących z martwych zwierząt i nie jest testowany na zwierzętach. Kupić go można w tym sklepie.  

czwartek, 29 czerwca 2017

Kosmetyki od BIOLINE



       BIOLINE  to polska firma tworząca kosmetyki naturalne, którą poznałam zaledwie kilka miesięcy temu. Są to kosmetyki wolne od chemii i przyjazne środowisku naturalnemu. Produkowane są z naturalnych składników pochodzenia roślinnego, w tym składników certyfikowanych przez ECOCERT. Nie są testowane na zwierzętach i nie zawierają składników pochodzenia zwierzęcego. Potwierdza to certyfikat VIVA! Dla wegan i wegetarian. BIOLINE ma w swojej ofercie kilkadziesiąt produktów. Ja skusiłam się na dwa spośród nich. Jednym z nich jest Eliksir przeciwzmarszczkowy ANTI AGING.


Zdaniem producenta eliksir anti aging o lekkiej i dobrze wchłaniającej się konsystencji oraz zapachu gorzkiej pomarańczy, to wyjątkowa kompozycja trzech olejów roślinnych o silnym działaniu przeciwzmarszczkowym. Stworzony z myślą o skórze suchej, dojrzałej, wrażliwej i naczynkowej, wykazuje właściwości odżywcze, regenerujące i nawilżające.
Skład kosmetyku jest krótki i wygląda tak (INCI): Passiflora Incarnata (Passion) Seed Oil, Perilla Ocymoides (Perilla) Seed Oil*, Opuntia Ficus-Indica (Prickly Pear) Fruit Oil, Citrus Aurantium Amara Peel Oil, Tocopherol, Limonene+Linalool+Geraniol+
* - składniki organiczne
Mamy tu olej z męczennicy cielistej (Passiflora Incarnata), olej z pachnotki (Perilla Ocymoides) i olej z opuncji figowej (Opuntia Ficus-Indica).



Olej otrzymujemy w butelce z grubego szkła. Zakrętka z pompką w kolorze złota, złote napisy i logotyp firmy sprawiają, że jest to opakowanie o eleganckim wyglądzie. Bardzo ładnie prezentuje się na łazienkowej półce ale niedługo cieszyłam się tą ozdobą. Okazało się, że trafiła mi się butelka z kiepską pompką. Trzeba nacisnąć pompkę kilka razy, żeby uzyskać porcję eliksiru. Tyle, że po tych kilku naciśnięciach uzyskana porcja oleju jest tak duża, ze wystarcza nie tylko na twarz, szyję i dekolt ale również na ręce. Na całe ręce, a nie tylko na dłonie. To było oczywiste marnotrawstwo eliksiru. Żeby tego uniknąć przelałam go do buteleczki z kroplomierzem. Nowa butelka nie wygląda tak efektownie ale przynajmniej mogę dozować olej tak jak ja chcę, a nie jak chce pompka.
Zgodnie z zapewnieniami producenta Eliksir przeciwzmarszczkowy Anti Aging ma lekką konsystencję i dobrze się wchłania. Używam go tylko na noc. Rano skóra rzeczywiście jest miękka, wygładzona i nawilżona. Przez pewien czas używałam go solo, a potem zaczęłam go tuningować i robię to do tej pory. W zagłębieniu dłoni umieszczam jednorazową porcję eliksiru i dodaję do niego odrobinę kwasu hialuronowego lub żelu aloesowego. Mieszam palcem i wklepuję w skórę twarzy, szyi i dekoltu. Taka mieszanka jeszcze lepiej działa na skórę. Jest jeszcze lepiej nawilżona i odżywiona, a także gładka i aksamitna w dotyku. Lubię czasem trochę ulepszać gotowe kosmetyki. W ten sposób często uzyskuje się bardzo dobre wyniki.

Drugim produktem BIOLINE na jaki się skusiłam jest Czarne mydło Savon Noir.


Opakowanie mydła również prezentuje się elegancko. Jest to pudełko z czarnego, sztywnego plastiku, a złote napisy i logo dodają mu uroku. Opakowanie zawiera 200 ml mydła.
Zużyłam już wiele opakowań mydła Savon Noir i najczęściej był to produkt marki Alepia ale kilka razy miałam też mydło innych producentów i też byłam z nich zadowolona. Z mydła od Bioline nie jestem zbyt zadowolona. Zapach ma typowy dla Savon Noir, kolor też ale konsystencja jest inna. Przywykłam, że czarne mydło ma konsystencję pasty, mazi i można łatwo rozprowadzać je po skórze. Mydło od Bioline jest bardzo gęste, zbite. Wyjmuje się z pojemnika kawałek mydła i mydli się nim skórę niczym mydłem w kostce. Gdy mydło jest rzadsze rozprowadza się je po skórze, a piana pokazuje się dopiero w trakcie masażu rękawicą kessą. Tu piana jest od razu i jest mniej obfita niż przy mydle rzadszym. Nie bardzo mi to pasuje.

Skład mydła (INCI): Potassium Olivate, Aqua, Potassium Palmate, Potassium Cocoate, Olea Eurpaea Oil, Potassium Carbonate, Glycerin.



Oczywiście zużyję to mydło do końca ale następnego raczej nie kupię. Eliksir przeciwzmarszczkowy Anti Aging uważam za zakup udany i uważam, że warto kupić go ponownie. W przyszłości będę chciała poznać także inne produkty tej marki. Kosmetyki BIOLINE kupiłam w tym sklepie.
Czy znacie już kosmetyki tej marki? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?      


niedziela, 7 lutego 2016

DIY Luksusowy różany peeling do ciała




     Jakiś czas temu pisałam o książce Klaudyny Hebdy pt. "Ziołowy Zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu". Książka ta rzeczywiście inspiruje do tego, żeby pokusić się o samodzielne wykonanie kosmetyków tym bardziej, że przepisy Klaudyny Hebdy nie są skomplikowane i według nich bez trudu można zrobić swój własny kosmetyk. Ja zaczęłam od Luksusowego różanego peelingu do ciała.


Składniki peelingu:

  • 1 szklanka białego cukru lub soli morskiej
  • garść płatków róży pachnącej (suszonych lub świeżych)
  • 1/2 szklanki oleju migdałowego, słonecznikowego lub oliwy
  • 1 łyżka płynnego miodu
Opcjonalnie:

  • 10 kropli olejku z kadzidłowca, z drzewa różanego, neroli lub balsamu copaiba.
Wariacje:
Scrub do ciała można przygotować także na bazie brązowego cukru (zapach będzie przyjemniejszy, jednak różany kolor mniej intensywny).

Peeling przygotowałam zgodnie z zaleceniami Klaudyny. Zaczęłam od wsypania cukru do miseczki.


Do cukru wsypałam garść suszonych płatków różanych. Suszone płatki kupiłam w sklepie EcoSpa. Obecnie mamy zimę, a więc nie ma szans na świeże płatki, a nawet gdyby to była pora roku, w której kwitną róże, to też musiałabym użyć suszu gdyż nie posiadam ogrodu różanego ani żadnego innego. 


Płatki z EcoSpa są płatkami róży czerwonej (Rosa Damascena) i pochodzą z Doliny Róż w Bułgarii. Jest to produkt najwyższej jakości. Zawarty w płatkach olejek różany nie tylko pięknie pachnie ale posiada też właściwości pielęgnacyjne i aromaterapeutyczne. Regeneruje skórę poprzez pobudzanie produkcji kolagenu, poprawia jej nawilżenie i przywraca prawidłowe Ph.
Następny etap to dodanie do cukru z płatkami oleju i miodu. Wszystkie składniki należy dokładnie wymieszać.



Do wykonania peelingu użyłam, oprócz płatków różanych, zwykłego, białego cukru, miodu akacjowego i oleju z krokosza. Chciałam użyć oleju migdałowego ale akurat nie było go w sklepach stacjonarnych w moim mieście. Suszone płatki mają bardzo ładny ale delikatny różany zapach. Po wymieszaniu wszystkich składników tego zapachu już nie wyczuwałam i dlatego dodałam do peelingu olejku różanego. Chciałam, żeby mój peeling pachniał różami i tak właśnie pachnie.


Peeling różany, który Klaudyna pokazuje na zdjęciach w swojej książce, jest biały, a z tą bielą pięknie kontrastują płatki róż. Mój peeling jest ciemniejszy, co widać na zdjęciach. Najważniejsze, moim zdaniem, jest to jak kosmetyk działa. Otóż działa wspaniale. Bardzo dobrze usuwa martwy naskórek i pozostawia skórę gładką i miękką. Szkoda tylko, że piękny, różany zapach nie pozostaje na skórze długo. Po takim peelingu skóra zachowuje delikatną, tłustą warstewkę i nie ma potrzeby stosowania balsamów czy innych mazideł.
Peeling jest dosyć zbity. Myślę, że to za sprawą miodu. który skleja kryształki cukru. Robiłam już peelingi z cukru i oleju i nigdy takiego zjawiska nie było. Mimo to dosyć dobrze rozprowadza się po skórze i spełnia swoje zadanie. Myślę też, że następnym razem gdy będę robiła ten peeling (a na pewno będę) delikatnie pokruszę różane płatki. Nie chodzi o to, żeby je sproszkować, tylko pokruszyć na trochę drobniejsze kawałki. Takie mniejsze kawałki w większym stopniu oddadzą swoje właściwości olejowi, a poza tym łatwiej będzie spłukać je z wanny gdyż nie będą zatykały sitka.
Co myślicie o takim samorobionym peelingu? A może same robicie podobne? 

niedziela, 3 stycznia 2016

PAT&RUB Otulający scrub cukrowy do ciała



       Pat&Rub to znana marka polskich kosmetyków naturalnych. Poznałam dopiero kilka jej produktów. Kiedyś miałam Rewitalizujące masło do ciała (klik) i byłam z niego zadowolona, a jesienią bieżącego roku kupiłam kilka kosmetyków tej marki. Wszystkich tych kosmetyków aktualnie używam ale o jednym z nich mam już wyrobioną opinię. Jest to Otulający scrub cukrowy do ciała.




 Peeling całego ciała robię raz w tygodniu i bardzo to lubię. Jest to dla mnie takie relaksujące, domowe spa tym bardziej, że robię także wówczas peeling twarzy i nakładam na nią maseczkę. Nadal uważam, że najlepszy peeling jaki znam to ten wykonany czarnym mydłem Savon Noir i rękawicą kessą. Jednak dla urozmaicenia, a także z ciekawości używam też gotowych peelingów cukrowych lub solnych, a czasem samorobionych.



Producent pisze, że jest to "Cukrowy scrub do ciała o ciepłym, naturalnym zapachu karmelu, wanilii i cytryny. Delikatnie złuszcza, ekspresowo nawilża i poprawia wygląd skóry. (...) Kryształki cukru złuszczają martwy naskórek, a oleje i masła roślinne sprawiają, że skóra staje się nawilżona i odżywiona. Pięknie wygląda i pachnie. Po użyciu scrubu skóra nie potrzebuje już użycia balsamu ani masła do ciała."
W składzie scrubu znajdziemy kilka wartościowych substancji. Oto one:
Kryształki cukru trzcinowego* - złuszczają martwy naskórek i wygładzają skórę,
Oliwa i masło z oliwek* - wygładzają i koją,
Masło shea* - nawilża i zmiękcza,
Olej babassu* - uelastycznia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV,
Masło z awokado* - natłuszcza i regeneruje, chroni przed czynnikami zewnętrznymi np. promieniami słonecznymi,
Masło kakaowe* - uelastycznia i koi podrażnienia,
Wosk pszczeli* - uelastycznia i zmiękcza,
Naturalna witamina E* - antyoksydant.
* - surowce naturalne i z certyfikatem ekologicznym.
Pełny skład peelingu jest taki:




Byłam bardzo ciekawa tego peelingu, a to dlatego, że czytałam o nim bardzo różne opinie. Od pełnych zachwytu do bardzo krytycznych. Gdy tylko dotarła do mnie przesyłka z kosmetykami Pat&Rub postanowiłam jeszcze tego samego dnia wypróbować peeling co też uczyniłam. I co? Niestety, to była kompletna porażka. Przede wszystkim scrub był bardzo zbity. Trzeba było mocno wbijać w niego palce żeby choć trochę nabrać. Fatalnie rozprowadzał się po skórze, po prostu od niej odpadał, a po skończonym peelingu bardzo trudno było go spłukać. Na skórze pozostawała biała, tłusta maź. Producent radzi stosować go na suche lub wilgotne ciało. Próbowałam na suche, na wilgotne i na całkiem mokre. Efekt za każdym razem był podobny. Wykonałam ten peeling ale zużyłam sporo kosmetyku, a tyle czytałam o jego wspaniałej wydajności.
Scrub po prostu był zbyt gęsty. Być może znajduje się w nim zbyt wiele maseł w stosunku do płynnych olejów. Postanowiłam dać mu drugą szansę ale przedtem trochę go ulepszyć. Skoro był zbyt gęsty to oczywistym wydało mi się, że należy go rozrzedzić. Przełożyłam zawartość pojemnika do miski, dolałam ok. 50 ml oliwy z oliwek i całość porządnie wymieszałam łyżką i przełożyłam z powrotem do pojemnika. Nie użyłam żadnego miksera z obawy, że mogę przy okazji zmielić znajdujące się w kosmetyku kryształki cukru. Scrub w tej wersji był już znacznie lepszy. Bez problemu rozprowadzał się po skórze i od niej nie odpadał. Łatwiej też się spłukiwał chociaż jeszcze miejscami pozostawiał tę białą, tłustą maź, którą trzeba było dokładniej zmywać. Rozrzedziłam go więc po raz drugi. tym razem dodałam 25 ml oleju krokoszowego. Akurat kupiłam butlę tego oleju do celów kulinarnych, a wiadomo przecież, że część zużyję kosmetycznie. Teraz peeling jest jeszcze rzadszy ale nie na tyle żeby spływał mi z ciała. Teraz jego użycie nie stanowi już problemu, a tej białej mazi po spłukaniu też już prawie nie ma.




Nie chcę jednak powiedzieć, że ten scrub to samo zło. Ma piękny zapach. Karmel i wanilia przełamane cytryną dają świetny efekt. Swoje zadanie też wypełnia dobrze. Cukier trzcinowy złuszcza martwy naskórek, a oleje i masła natłuszczają i odżywiają skórę. Pozostawia tłustą warstewkę dzięki czemu nie trzeba już stosować żadnego balsamu czy masła do ciała. Gdy kilka godzin po peelingu dotknie się skóry, to jest ona gładka, miękka i jedwabista. Tłustej warstwy już prawie nie ma. Wchłonęła ją skóra, a pewnie częściowo też ubranie. Uważam więc, że jest to kosmetyk skuteczny ale w swej oryginalnej wersji był uciążliwy w użyciu. Poza tym wkurza mnie to, że kosmetyk raczej nie tani wymaga przeróbek. Ja kupiłam go dosyć tanio gdyż trafiłam na korzystne promocje ale jego cena regularna to 89 zł. Fakt, że plastikowy słoik, w którym otrzymujemy scrub zawiera 500 ml produktu. To nie jest mało. Na plus trzeba też zaliczyć to, że posiada certyfikat NaTrue.
Jest to mój pierwszy scrub marki Pat&Rub. Ciekawa jestem, czy pozostałe też mają taką nieudaną konsystencję. Może kiedyś odważę się kupić któryś z nich. 

niedziela, 30 sierpnia 2015

DELIDEA BIO COSMETICS Rewitalizujący peeling do ciała



       Peeling jest zabiegiem kosmetycznym, który bardzo lubię, a jednocześnie uważam za niezbędny w pielęgnacji skóry zarówno tej na ciele jak i tej na twarzy. Wszystkie wiemy, że powierzchniowe warstwy komórek naskórka obumierają i skóra wygląda nieciekawie. Robiąc peeling usuwamy, najczęściej mechanicznie, te martwe komórki i w efekcie mamy skórę oczyszczoną i po prostu wyglądającą młodziej.
Peelingi do ciała stosuję przeważnie raz w tygodniu. Najczęściej używam do tego celu czarnego mydła Savon Noir i rękawicy kessy. Czasem jednak, dla urozmaicenia, kupuję gotowe peelingi lub robię je sama. Tym razem chcę zaprezentować Wam Rewitalizujący peeling do ciała  włoskiej marki DELIDEA BIO COSMETICS.




Peeling wchodzi w skład zestawu zawierającego kosmetyki do pielęgnacji ciała z linii Honey. Cały zestaw pokazałam w tym poście. Producent zapewnia, że linia Honey od Delidea należy do serii produktów nadających się do każdego rodzaju skóry, a nawilżające i zmiękczające właściwości miodu z połyskującym, złotym blaskiem dają efekt promiennej skóry. Całościowa, rozpieszczająca pielęgnacja sprawia, że skóra jest miękka i zachowuje delikatny, lekki zapach miodu. Tyle od producenta.


 
Peeling zamknięto w plastikowym słoiczku z metalową zakrętką w kolorze złotym. Słoiczek ma pojemność 150 ml, a moim zdaniem jest to trochę za mało biorąc pod uwagę, że chodzi o kosmetyk służący do pielęgnacji całego ciała. Uważam, że powinno być minimum 200 ml, a nawet 250.
Jak zapewne czyni większość kobiet, znajomość z każdym nowym dla mnie kosmetykiem zaczynam od powąchania go. Muszę wiedzieć jak pachnie i czy w ogóle pachnie i już. Tak samo było z peelingiem Delidea. Odkręciłam wieczko i pod nim znalazłam dodatkowe wieczko ochronne. Byłam przekonana, że kosmetyk będzie miał zapach miodu. I rzeczywiście, wyczuwa się tam miód ale nie tylko miód. Czuję też wyraźny zapach cynamonu, który uwielbiam. Gdyby ktoś dał mi ten kosmetyk do powąchania zakrywszy mi przedtem oczy, to powiedziałabym, że wącham jabłka, takie duszone z miodem i z cynamonem jak np. do szarlotki. Ten peeling pachnie tak, że chciałoby się go zjeść!


   
A jak spisuje się w praktyce? No cóż, tu muszę trochę się poczepiać. Jest to niezbyt mocny, taki średni zdzierak, ja wolałabym mocniejszy. Jeśli chcę uzyskać mocniejsze działanie peelingu to muszę użyć go więcej, a to z kolei negatywnie odbija się na jego wydajności. Po trzykrotnym użyciu peelingu zostało go już tylko pół słoiczka. Jest to peeling cukrowy (właściwie zawiera ekstrakt z trzciny cukrowej) i myślę, że gdyby producent dodał cukru, to działanie kosmetyku byłoby mocniejsze i wydajność lepsza.
Peeling Delidea zawiera w swoim składzie tłuszcze (olej słonecznikowy i masło shea) ale nie jest kosmetykiem tłustym. Po spłukaniu ciała i osuszeniu ręcznikiem na skórze pozostaje delikatna, ledwo wyczuwalna warstewka, która jednak szybko się wchłania. Mimo to nie ma już potrzeby stosowania balsamu. Skóra jest gładziutka, miękka i nawilżona. Niestety, zapach peelingu niezbyt długo pozostaje na skórze, a szkoda, bo bardzo mi się podoba.
I jeszcze ciekawostka. W peelingu zatopiono mnóstwo maleńkich, złocistych drobinek. Na skórze pozostaje ich niewiele. Być może podczas wycierania się ręcznikiem usuwa się większość z nich. Jeśli światło padnie pod odpowiednim kątem, to drobinki bardzo ładnie błyszczą na skórze.


 
Polubiłam ten peeling pomimo iż posiada pewne wady i chętnie bym zużyła następne słoiczki z tą pachnącą zawartością. Dodać jeszcze muszę, że jest to kosmetyk certyfikowany przez NaTrue.

Skład peelingu (INCI): Helianthus Annuus Seed Oil*, Saccharum Officinarum Extract*, Mel, Hydrogenated Palm Kernel Glycerides, Silica, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii Butter*, Hydrogenated Palm Glycerides, Tocopherol, Calcium Aluminum Borosilicate, Beta-Sitosterol, Squalene, Parfum**, CI 77891, CI 77491, Tin Oxide.
* składniki organiczne,
** składniki pochodzące z naturalnych olejków eterycznych.   

niedziela, 1 marca 2015

Projekt DENKO - styczeń i luty 2015




           Pierwsze dwa miesiące roku 2015 mamy już poza sobą i przyszła pora pokazać, co udało mi się w tym czasie wykończyć. Zobaczcie:




1. ALEPIA Savon Noir Bio z karmelem - czarne mydło to, moim zdaniem, jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy), kosmetyk do peelingu. Jego dodatkowym plusem jest prosty, naturalny skład. O mydle z karmelem pisałam tutaj . Savon Noir jest stałym gościem w mojej łazience, niezmiernie rzadko się zdarza, żeby go nie było. Z dodatkami lub bez ale jakaś wersja tego kosmetyku jest. Czy kupię ponownie? Pytanie w zasadzie retoryczne. Jasne, że tak. Nawet już zamówiłam.

2. NIKEL Tonik z komórkami macierzystymi róży alpejskiej - jeden z lepszych toników jakie miałam. Recenzję znajdziecie tutaj. Czy kupię ponownie? Bardzo bym chciała ale obawiam się, że barierą będzie jego wysoka cena.

3. ALEPIA  Rhassoul w pudrze Superieur - glinka marokańska rhassoul w pudrze. Uwielbiam maseczki z tej glinki. Najczęściej są to maseczki na twarz ale czasem też na włosy. Więcej możecie przeczytać tu. Ta glinka też jest niemal stałym gościem w mojej łazience. Czy kupię ponownie? Już kupiłam, tym razem mam glinkę z EcoSpa.

4. KIVVI Harmonizujący tonik do twarzy Pyrus Cydonia - z tego toniku również byłam zadowolona, a moja cera zdecydowanie go polubiła. Pewnie bym go jeszcze miała gdyby nie to, że przez moje gapiostwo część toniku mi się wylała. Recenzja znajduje się tutaj. Tonik z pewnością zasługuje na ponowny zakup.

5. DIY  pokrzywowy peeling do ciała - samorobiony peeling cukrowy z dodatkiem nasion pokrzywy. Dobry dla osób, którym nie przeszkadza pozostawiona na skórze cieniutka, tłusta warstwa. Recenzję peelingu znajdziecie tutaj. Czy zrobię go ponownie? Oczywiście, a właściwie to już zrobiłam. 

6, 8 COSMETIC GARDEN Naturalne mydła kastylijskie. Jedno z nich to mydełko cytrusowe, a drugie bezzapachowe z kozim mlekiem. Jestem wielką fanką mydeł tej marki. Po prostu są świetne. O tych dwóch mydełkach pisałam tutaj. Czy kupię ponownie? Z całą pewnością.

7. BIOFFICINA TOSCANA  Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy - jest to peeling solny i bardzo tłusty. Pozostawia na skórze tłustą warstwę, a więc nie wszystkim przypadnie do gustu. Ja go polubiłam. Recenzję znajdziecie tu. Czy kupię ponownie? Być może za jakiś czas tak. Przedtem chciałabym wypróbować peelingi innych marek.

9. ESPRIT EQUO  Maseczka peelingująca do twarzy Rhassoul - maseczkę tę użyłam tylko jeden raz gdyż miałam jej jednorazowe opakowanie. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Pisałam o niej tutaj. Myślę, że warto kupić ją ponownie.

10. KARAWAN AUTHENTIC  Mydło alep z Aleppo 20% laurie - mała 100 - gramowa kostka. Jest to tradycyjne mydło alep. O mydłach alep pisałam już kilka razy więc tym razem sobie darowałam. Czy kupię ponownie? Jasne, że tak. Być może będzie to mydło innej marki ale też alep.

11. KIVVI  Marmolada do ciała Słodka Pomarańcza - moim zdaniem kosmetyk ten bardziej zasługuje na nazwę "masło" niż "marmolada". Bardzo lubię wszelkie masła do ciała i to również mi się spodobało. Bardzo dobrze spisało się na mojej suchej skórze. Więcej przeczytacie tutaj. Warto kupić je ponownie.

To tyle udało mi się wykończyć w ciągu dwóch miesięcy. Kosmetyki naturalne są z reguły bardzo wydajne i wykończenie jednego opakowania kremu czy innego produktu zabiera sporo czasu, a tu ciągle kuszą nowości, ciągle chciałoby się przetestować coś innego... Trzeba jednak kierować się zdrowym rozsądkiem i nie kupować więcej niż jest się w stanie zużyć. Dlatego mocno ograniczyłam swoje kosmetyczne zakupy i każdy produkt zużywam do końca. Nic się nie marnuje. Zobaczymy ile kosmetyków uda mi się wykończyć w następnym miesiącu lub dwóch.


    

środa, 29 października 2014

DIY - pokrzywowy peeling do ciała




              Pokrzywę traktujemy najczęściej jak niepotrzebny chwast, do tego niesympatyczny gdyż przy dotknięciu parzy. Jednak pokrzywa to jednocześnie bardzo pożyteczna roślina lecznicza. Surowcem zielarskim są najczęściej liście pokrzywy, czasem korzenie i kłącza. Również w kosmetyce pokrzywa znajduje zastosowanie. Najczęściej spotykamy ją w kosmetykach do pielęgnacji włosów. Jednak cennym surowcem zielarskim i kosmetycznym są również owoce (nasiona) pokrzywy. Spotkałyście się kiedyś z kosmetykiem z owocami pokrzywy? Ja się nie spotkałam i dlatego postanowiłam sama zrobić peeling do ciała z owocami pokrzywy.




Owoce (nasiona) pokrzywy zawierają ok. 30% oleju bogatego w kwas linolowy, kwas linolenowy, tokoferol, karotenoidy, polisacharydy, śluzy. Olej ten ma działanie przeciwzapalne, tonizujące i odżywcze. Jest wręcz stworzony do pielęgnacji ludzkiej skóry. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.
W jaki sposób możemy zaopatrzyć się w nasiona pokrzywy? W handlu, niestety, spotykane są bardzo rzadko. Jedyny sposób to samemu nazbierać pokrzyw, ususzyć i oddzielić nasionka od reszty rośliny. Należy tylko pamiętać, żeby zbierać pokrzywy w miejscach odległych od miasta i ruchliwych dróg. Mamy więc cenny surowiec całkiem za darmo. 




Ja właśnie tak zrobiłam. Nazbierałam pokrzyw, rozłożyłam je na arkuszu papieru i ususzyłam. Ususzyły się bardzo szybko. Nasiona oddzieliłam od łodyg, liście również oddzieliłam i popijam herbatkę pokrzywową. Będę musiała pomyśleć nad jakąś płukanką pokrzywową do włosów. I jeszcze jedno. Zbierając pokrzywy nie ścinamy całych roślin tylko obcinamy łodygę mniej więcej 30 cm od jej czubka.




Nasiona pokrzywy mają ciemnozielony kolor. W rzeczywistości są one ciemniejsze niż widać na zdjęciu. Są bardzo drobne, drobniejsze niż ziarna maku.

Jak zrobiłam peeling? Zaczęłam od zmielenia nasion pokrzywy. Odmierzyłam 50 ml ziarenek i zmieliłam je w młynku do kawy. Przesypałam do miseczki i skropiłam spirytusem. Alkohol powoduje, że wszystkie dobroczynne składniki oleju pokrzywowego lepiej zostaną wyekstrahowane z ziarenek do peelingu.
Następny etap to przygotowanie olejów. W kąpieli wodnej roztopiłam masło karite i olej kokosowy. Gdy te dwa tłuszcze były już płynne dolałam olej migdałowy i trochę oliwy z oliwek. 

 
Mieszankę olejów przelałam do wysokiej miski i odstawiłam do przestygnięcia, a gdy była już tylko lekko ciepła dodałam do niej zmielone nasiona pokrzywy i wstawiłam do lodówki. Gdy tłuszcz zaczął tężeć zmiksowałam wszystko używając kuchennego miksera z końcówką do ubijania piany z białek. Potem znów wstawiłam miskę do lodówki, a po kilku minutach ponowiłam miksowanie dodając jednocześni cukier trzcinowy. Użyłam cukru trzcinowego gdyż akurat go mam. Gdybym nie miała, z powodzeniem zastąpiłby go zwykły, biały cukier. Zamiast cukru można użyć soli lub i cukru i soli. Jeżeli uznamy, że cukier ma zbyt duże kryształki, należy go zmielić w młynku od kawy na taką grubość, jaka nam odpowiada. Mój cukier jest bardzo drobny, nie wymagał więc mielenia. Dodawałam go stopniowo cały czas miksując. W trakcie miksowania dodałam też swoje ulubione olejki eteryczne uzyskując w ten sposób ładny zapach peelingu. I to już wszystko. Peeling gotowy.




Peeling ma bardzo ładny, seledynowy kolor czego. niestety, nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Wygląda tak apetycznie, że chciałoby się go zjeść. Ma konsystencję delikatnego, puszystego kremu. Tę puszystość i lekkość uzyskuje się właśnie dzięki miksowaniu. Miksując wprowadzamy do kremu dużo powietrza i stąd taka delikatna konsystencja.
Kosmetyk spisuje się bardzo dobrze. Jest dosyć mocnym zdzierakiem i dobrze oczyszcza skórę z martwych komórek. Całe ciało myję mydłem, spłukuję pianę i masuję skórę peelingiem. Po spłukaniu peelingu i delikatnym osuszeniu ciała ręcznikiem skóra jest wystarczająco nawilżona i natłuszczona. Nie muszę już używać balsamu czy kremu do ciała. Krótko mówiąc bardzo fajny kosmetyk i, co ważne, wiem z czego się składa.
Inspirację do ukręcenia tego peelingu znalazłam tutaj. Polecam Wam ten blog. Można znaleźć tam wiele cennych informacji i dużo się nauczyć.
Nasiona pokrzywy, podobnie jak cała roślina, są jadalne. Czasem mielę trochę tych nasion i dodaję do jogurtu. Można też zmielone ziarenka dodawać do sałatek i surówek. Samo zdrowie, polecam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...