Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

MAKE ME BIO Delikatny puder myjący do twarzy Clean Powder




     Puder myjący od Make me bio kusił mnie już od dosyć dawna. Czytałam różne opinie na jego temat. Pochwalne i krytyczne. Jest jednak tylko jeden sposób na to, żeby się dowiedzieć jaki jest kosmetyk i czy działa tak, jak producent obiecuje. Trzeba wypróbować go na własnej skórze. Poza tym byłam ciekawa jak to jest myć się pudrem. Tak więc robiąc w czerwcu kosmetyczne zakupy wrzuciłam go do koszyka.



Producent tak pisze o pudrze:
Nieskazitelna, niemal porcelanowa cera dzięki naturalnemu pudrowi do oczyszczania twarzy. Niezwykle delikatny puder myjący szczególnie polecam do skóry delikatnej, suchej i naczynkowej.W łagodny lecz skuteczny sposób oczyszcza skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, odtyka zatkane pory oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne pozostawiając skórę odżywioną i pełną blasku.

  • biała glinka - wykazuje działanie ściągające i odżywiające. To delikatny i skuteczny sposób na oczyszczenie porów. Odświeża, wygładza i nadaje odpowiedni koloryt skórze.
  • owies - działa przeciwzapalnie i oczyszczająco. Wspomaga walkę z trądzikiem, regeneruje i łagodzi podrażnienia. Zmiękcza i nawilża skórę pozostawiając ją miękką w dotyku.
  • olejek z lawendy - działa antyseptycznie i oczyszczająco. Pomaga w walce z trądzikiem i wypryskami. Dodatkowo wygładza skórę i reguluje pracę gruczołów łojowych oraz regeneruje naskórek.
  • ekstrakt z róży - tonizuje i wygładza. Zmniejsza zmiany trądzikowe i odżywia skórę wyrównując jej koloryt. Uelastycznia i nawilża skórę dzięki zawartym w ekstrakcie witaminom i kwasom organicznym.



Urokliwy słoiczek z ciemnego szkła przewiązany sznurkiem skrywa 60 ml białego pudru. Zapach tego pudru jest trochę dziwny. Lawendę wyczuwam w nim słabo, jest też trochę ziołowy, trochę pudrowy. W sumie kojarzy mi się z apteką.
Puder można stosować na dwa sposoby. Przede wszystkim jako środka myjącego ale można też zrobić z niego maseczkę. Najczęściej używam go do mycia twarzy, robię to 1-2 razy w tygodniu. Trochę pudru wsypuję do małej miseczki i rozrabiam z wodą do otrzymania papki. Papkę nakładam na twarz i wykonuję delikatny masaż palcami. W pudrze znajduje się drobno zmielony owies, który działa jak delikatny peeling. Po wymasowaniu twarzy spłukuję puder letnią wodą. Po takim zabiegu cera jest czyściutka i miękka. Puder oczyszcza twarz delikatnie, a więc nie powoduje podrażnień oraz nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Spodobał mi się taki (inny niż zazwyczaj) sposób oczyszczania twarzy.


Czasem robię z tego pudru maseczkę. Biorę go niewiele więcej niż do samego oczyszczania, mieszam z hydrolatem i dodaję odrobinę oleju, a czasem także inne dodatki np. kwas hialuronowy, glicerynę roślinną, żel aloesowy, witaminę E. Za każdym razem maseczka jest trochę inna. Nakładam ją na twarz, masuję palcami i pozostawiam na ok. 10 minut. Skóra jest oczyszczona, nawilżona i odżywiona. Moja cera polubiła ten niekonwencjonalny kosmetyk i pewnie od czasu do czasu do niego wrócę.

 

Skład pudru jest krótki. To tylko cztery składniki: Kaolin, Avena Sativa (Oat) Meal, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Oil, Rosa Damascena (Rose) Flower Oil.
Znacie ten puder? Jeśli tak, to przypadł Wam do gustu, czy też nie?        

niedziela, 11 czerwca 2017

ORIENTANA Kantola Nawilżająca bio pianka do mycia twarzy




        Do mycia twarzy używam zazwyczaj mydeł naturalnych w kostkach. Czasem zdradzam mydlane kostki z jakimś żelem do mycia twarzy ale zdarza się to niezwykle rzadko. Nigdy jednak nie miałam twarzowego myjadła w postaci pianki. Gdy zobaczyłam, że ORIENTANA wypuściła na rynek takową piankę, ciekawość zwyciężyła i tym sposobem Nawilżająca bio pianka do mycia twarzy znalazła się w moim posiadaniu.


 O tym kosmetyku przeczytałam: Naturalna, lekka i delikatna pianka do oczyszczania twarzy doskonale sprawdza się w pielęgnacji każdego typu cery. Nie zawiera mydła, SLS, SLES, ALS i innych substancji drażniących i zakłócających naturalną barierę hydrolipidową naskórka. Nie przesusza, nie powoduje uczucia ściągnięcia i szorstkości skóry. Zawiera łagodne, bezpieczne i biodegradowalne składniki. Za ich sprawą dogłębnie oczyszcza twarz, usuwając z niej resztki makijażu i zanieczyszczenia zebrane w ciągu dnia. Dzięki ekstraktowi z gurdliny japońskiej wykazuje delikatne działanie nawilżające i kojące, wspomaga mikrocyrkulację skóry i poprawia jej wytrzymałość na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych. W efekcie skóra pozostaje czysta, miękka, odżywiona, nawilżona i przygotowana do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych.


Używając kosmetyków naturalnych poznaje się dużo ziół, często egzotycznych. Tak też jest w przypadku bio pianki. W jej składzie znajduje się ekstrakt z owoców gurdliny japońskiej (Trichosanthes Kirilowii Fruit Extract), rośliny rosnącej w Azji, między innymi w górskich rejonach Indii i cenionej w Ajurwedzie i medycynie chińskiej. Dzięki dużej zawartości cukrów gurdlina japońska ma silne działanie nawilżające. Poprawia mikrokrążenie, łagodzi stany zapalne i podrażnienia. Z kosmetycznego punktu widzenia bardzo pożyteczne ziółko.

  
150 ml pianki zamknięto w plastikowej butelce z pompką. Pompka działa bardzo dobrze i precyzyjnie dozuje kosmetyk. Piankę nakładam na twarz i delikatnie masuję skórę. Podczas tego masażu pianka zamienia się w emulsję myjącą. Rytuał ten umila zapach pianki, moim zdaniem jest to zapach kwiatowy. Do dokładnego oczyszczenia twarzy w zasadzie wystarczy jednorazowe umycie ale ja, po spłukaniu pianki, nakładam ją ponownie i powtarzam zabieg. Po takim umyciu nie odczuwam ściągnięcia skóry, natomiast jest dobrze oczyszczona i nawilżona. Pianka Kantola bardzo przypadła mi do gustu i z pewnością będę do niej wracać. Jest kosmetykiem delikatnym ale skutecznym, nadaje się do każdego rodzaju cery.

    
Skład: Aqua, Glycerin, Propanediol, Polyglyceryl-10 Laurate, Caprylyl/Capryl Glucoside, Panthenol, Babassu Oil Polyglyceryl-4 Esters, Trichosanthes Kirilowii (gurdlina japońska) Fruit Extract, Biosaccharide Gum-1, Polyglyceryl-5 Oleate, Sodium Cocoyl Glutamate, Glyceryl Caprylate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Limonene.        

sobota, 7 listopada 2015

O sztuce mycia twarzy



      Każda dbająca o siebie kobieta wie jak ważne dla urody jest dokładne oczyszczanie twarzy i nie położy się spać dopóki tego nie zrobi. Jest to dla każdej z nas czynność oczywista i banalna. Ale czy robimy to prawidłowo? Ja robię to w ten sposób: myję twarz ciepłą wodą i mydłem naturalnym w kostce. Po osuszeniu skóry ręcznikiem spryskuję ją tonikiem lub hydrolatem i na wilgotną aplikuję krem lub olej. Dodatkowym zabiegiem oczyszczającym jest cotygodniowy peeling. Wiele osób zastępuje mydło w kostce żelem lub pianką do mycia twarzy, a te, które się malują usuwają makijaż przy pomocy mleczek lub płynów micelarnych. Do tej pory uważałam, że takie oczyszczanie jest wystarczające ale teraz nie jestem tego taka pewna. Skąd te wątpliwości? Otóż jakoś tak na początku października byłam  w aptece, coś tam miałam kupić i, przy okazji, dostałam październikowy numer miesięcznika "Świat Zdrowia". Znalazłam tam ciekawy artykuł pt. "Sztuka mycia twarzy". Jego autorką jest Barbara Hołub, dziennikarka prasy kobiecej i autorka poradników takich jak: "Co jeść. Dla mężczyzn", "Poradnik dietetyczny. Dla kobiet.", "Schudnij! Ale jak to zrobić?" czy "Bądź piękna".
Nie będę przepisywała tu całego artykułu, postaram się krótko napisać o co w nim chodzi. Otóż autorka uważa, że większość kobiet niedostatecznie oczyszcza swoją cerę robiąc to mniej więcej tak, jak napisałam na początku. Twierdzi, że "Kobiety z Dalekiego Wschodu, słynące z pięknej cery do późnej starości, myją skórę twarzy nawet dziesięcioma preparatami." Oczywiście autorka artykułu nie namawia nas do wiernego naśladowania tych kobiet. Większość Polek nie ma czasu na tak skomplikowane zabiegi oczyszczające, a mnie, oprócz czasu, zabrakłoby także cierpliwości. Co zatem autorka proponuje?




Zdaniem pani Barbary Hołub wieczorne mycie twarzy powinno wyglądać tak:
Po umyciu twarzy wodą i mydłem bądź żelem i osuszeniu jej ręcznikiem należy nałożyć na skórę mleczko kosmetyczne i delikatnie je wmasować. Po kilku sekundach takiego masażu mleczko usuwamy spłukując twarz wodą lub wacikiem. Nie przecieramy nim skóry, a jedynie delikatnie ją oklepujemy. Mleczko można zastąpić płynem micelarnym. Na tak oczyszczoną twarz aplikujemy tonik, a potem krem. 



Dlaczego takie dokładne mycie twarzy jest ważne? Odpowiedź na to pytanie byłaby oczywista gdybyśmy mogły zobaczyć swoją skórę pod mikroskopem. Okazuje się, że nie jest ona jednolicie gładka lecz składa się z maleńkich wgłębień i wzniesień. Myjąc ją tylko wodą i mydłem lub żelem oczyszczamy ją powierzchownie tzn. usuwamy brud głównie z tych wzniesień, a w zagłębieniach pozostają resztki potu, kurzu, sebum i kosmetyków. Kosmetyki do makijażu są coraz doskonalsze (np. podkłady) i coraz lepiej wtapiają się w skórę ale też trudniej się je usuwa i zwykłe umycie twarzy już nie wystarcza. Skóra umyta tylko powierzchownie ma mniejsze możliwości wchłaniania dobroczynnych składników kosmetyków pielęgnujących i nawet jeśli wykosztujemy się na świetny, drogi krem, to on niewiele zdziała. Skóra pozostaje niedożywiona, słabo nawilżona i w efekcie szybciej się starzeje, a tego przecież nie chcemy.  



Pewnie nie zdziwicie się jeśli powiem, że postanowiłam ten sposób mycia twarzy wypróbować na sobie. W tym celu nabyłam drogą kupna Arnikowe mleczko oczyszczające Sylveco (pierwsze od bardzo dawna) i płyn micelarny Biolaven (po raz pierwszy w życiu, nigdy wcześniej nie miałam żadnego micela). Dlaczego akurat te marki? Po prostu mogłam je bez problemu kupić w stacjonarnym sklepie zielarskim. Zamierzałam kupić lipowy płyn micelarny Sylveco, o którym czytałam dużo dobrego ale nie było go w sklepie i dlatego kupiłam Biolaven.
Najpierw myję twarz wodą i mydłem, osuszam ręcznikiem i masuję mleczkiem lub micelem w zależności od tego, na który produkt w danej chwili mam ochotę. Mleczko usuwam z twarzy wodą i mydłem, a micel tylko spłukuję wodą. Czasem używam i mleczko i micel. Skoro Azjatki mogą używać aż 10 preparatów, to ja od czasu do czasu mogę użyć trzech. Potem aplikuję tonik lub hydrolat i na koniec krem lub olej. Poza tym nadal robię cotygodniowy peeling.
Pośród kosmetyków oczyszczających umieściłam też tonik/hydrolat. Moim zdaniem tonik można zaliczyć zarówno do kosmetyków oczyszczających jak i pielęgnujących. Kończy on proces oczyszczania (np. usuwa resztki kosmetyków myjących) i rozpoczyna pielęgnację. Przywraca skórze prawidłowe pH, odświeża ją i nawilża, czasem zwęża pory czy działa antybakteryjnie.  




Myję twarz w ten sposób już około miesiąca. Pewnie jesteście ciekawe czy zauważyłam jakieś efekty takiego dogłębnego oczyszczania? Oczywiście, że tak. Przede wszystkim buzia jest gładziutka jakbym przed chwilą robiła peeling i nakładała maseczkę. Aż miło ją dotykać. Skóra na skrzydełkach nosa była szorstka pomimo stosowania peelingów. Nie było na niej oznak wysuszenia, nie było suchych skórek ale w dotyku była szorstka. W tej chwili jest gładziutka jak na całej twarzy. Nie jestem w stanie stwierdzić czy moja cera starzeje się wolniej ale z efektów, które daje się zauważyć jestem bardzo zadowolona. 
Ciekawa jestem, co myślicie o takim sposobie mycia twarzy? A może stosujecie go już od dawna? 

wtorek, 14 lipca 2015

SYLVECO Oczyszczający peeling do twarzy



 
         Bardzo lubię kosmetyki SYLVECO. Co prawda wypróbowałam dotychczas tylko kilka spośród nich ale na żadnym się nie zawiodłam. Czasem myślałam, że mając w swojej ofercie sporo kosmetyków do pielęgnacji twarzy (kremy, tonik, micel, żele myjące), Sylveco mogłoby pokusić się o wyprodukowanie również peelingu do twarzy. No i proszę, mówisz i masz! W ubiegłym roku na rynku pojawił się nie jeden ale dwa peelingi do twarzy tej marki. Od razu zaświeciły mi się do nich oczy ale zdołałam zachować zdrowy rozsądek i nie kupiłam ich natychmiast. Musiałam chociaż częściowo zużyć moje peelingowe zasoby. Dopiero wiosną tego roku kupiłam jeden z nich, a mianowicie Oczyszczający peeling do twarzy.


  
Producent tak opisuje kosmetyk: "Hypoalergiczny, kremowy peeling z korundem przeznaczony do oczyszczania skóry ze skłonnością do przetłuszczania, z rozszerzonymi porami. Drobinki ścierające są mocne i doskonale złuszczają martwy naskórek. Peeling zawiera ekstrakt ze skrzypu polnego o działaniu normalizującym pracę gruczołów łojowych, łagodzącym podrażnienia i przyspieszającym regenerację. Stosowany systematycznie dotlenia skórę, poprawia jej ogólny stan, zmniejsza pory i reguluje wydzielanie sebum."




Peeling otrzymujemy zapakowany w kartonik, w którym znajdziemy plastikowy słoiczek z metalową zakrętką, a w nim 75 ml kosmetyku. Jak to zwykle u SYLVECO bywa ścianki kartonika pokryte są informacjami na temat produktu. Jest tam również, co oczywiste, skład peelingu:




Po otwarciu słoiczka naszym oczom ukazuje się substancja wyglądająca jak krem. Leciutki, gładziutki kremik bez żadnych drobinek wskazujących na to, iż jest to peeling. Ale to tylko pozory. Wystarczy odrobinę tego kremu rozetrzeć między palcami żeby poczuć maleńkie, delikatne ziarenka. Jednak gdy masujemy nim twarz okazuje się, że ten lekki, delikatny kremik to porządny zdzierak. Tak działa zawarty w nim korund. Mimo to peeling nie rysuje skóry i nie podrażnia. Pozostawia ją czystą, gładką i jedwabistą w dotyku. 




Po minucie lub dwóch masażu twarz jest oczyszczona ale nie zawsze od razu zmywam peeling. Zawiera on ekstrakt ze skrzypu, a skrzyp jest cenną pod względem kosmetycznym rośliną. Wspaniale działa na skórę (na włosy i paznokcie też). Chcę więc czasem, żeby skóra mogła dłużej chłonąć dobrodziejstwa skrzypu i wchodzę do wanny nie zmywając peelingu. Robię to dopiero po kąpieli. W ten sposób skóra otrzymuje coś w rodzaju skrzypowej maseczki.
Ciekawy jest zapach tego peelingu. Gdy po raz pierwszy go powąchałam, wyczułam zapach ziołowy ale poprzez te zioła przebijała jeszcze inna woń. Dobrze mi znana ale z niczym nie mogłam jej skojarzyć. Dopiero po pewnym czasie przyszło olśnienie. To przecież zapach chrzanu! Oczywiście nie ostry, a łagodny i delikatny ale jednak zapach chrzanu. Nie mogłam skojarzyć gdyż nie spodziewałam się takiego zapachu w kosmetyku. Gdybym wąchała podobnie pachnącą potrawę, rozpoznałabym ten chrzan natychmiast. W sumie zapach do najpiękniejszych może nie należy ale jest dosyć przyjemny i nie przeszkadza mi.
Na uwagę zasługuje też fakt, że peeling jest bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę niewielka ilość do wymasowania twarzy. Kupiłam go w końcu kwietnia, używam 1-2 razy w tygodniu i niewiele go ubyło. Te 75 ml starczy na długo.



Z peelingu jestem zadowolona i pewnie za jakiś czas wypróbuję tę drugą wersję czyli peeling wygładzający. Pomyślałam też, że skoro mamy już od Sylveco dwa peelingi do twarzy, to jakiś do ciała też by się przydał. I masełkiem do ciała też bym nie pogardziła. Najwyraźniej apetyt rośnie w miarę jedzenia :)   

          

wtorek, 4 marca 2014

SYLVECO Tymiankowy żel do mycia twarzy



                Wypróbowałam już kilka kosmetyków polskiej marki SYLVECO. Byłam z nich zadowolona postanowiłam więc sięgnąć po następny produkt tej marki. Mój wybór padł na Tymiankowy żel do twarzy.



O żelu możemy przeczytać:
"Hypoalergiczny, oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem jabłkowym o aktywnym działaniu wygładzającym i rozjaśniającym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skutecznym środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza martwy naskórek i reguluje procesy odnowy jego komórek. Żel został wzbogacony olejkiem i ekstraktem z tymianku, które posiadają właściwości przeciwzapalne i kojące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, zdrową skórę o równomiernym kolorycie." 




Skład żelu (INCI): Aqua, Lauryl Glucoside, Glycerin, Thymus Vulgaris Extract, Panthenol, Malic Acid, Sodium Benzoate, Thymus Vulgaris (Thyme) Oil.

Skład, jak zwykle w produktach tej marki, taki jak lubię czyli krótki i naturalny. Widzimy tu łagodny detergent, glukozyd laurylowy, otrzymywany z kwasu glutaminowego i kwasów tłuszczowych z oleju kokosowego. Poza tym znajdziemy tu wodę, glicerynę, ekstrakt i olejek z tymianku i kwas jabłkowy. Kwas ten występuje naturalnie w wielu niedojrzałych owocach, w tym w jabłkach. Działa na skórę nawilżająco i rozjaśniająco. Całość zakonserwowana jest benzoesanem sodu, organicznym związkiem chemicznym stosowanym powszechnie jako konserwant żywności.


 
Żel otrzymujemy w przezroczystej plastikowej butelce o pojemności 150 ml. Butelka zaopatrzona jest w pompkę co umożliwia właściwe dozowanie kosmetyku. Pompka cały czas działa bez zarzutu, nie zacina się jak to czasem zdarzało się przy innych kosmetykach. Prawie cała butelka oklejona jest etykietą, która nie niszczy się i nie odkleja w trakcie używania żelu, a ponieważ nie obejmuje całej butelki, mamy możliwość kontrolowania ilości pozostałego do dyspozycji kosmetyku. Szata graficzna jest przyjemna dla oka, typowa dla kosmetyków SYLVECO. Na etykiecie. oprócz podstawowych informacji, znajdziemy też opis kosmetyku i jego składników czynnych. To również jest typowe dla SYLVECO. Butelka jest niewielka i bardzo dobrze układa się w dłoni. Bez problemu można dozować żel posługując się jedną ręką.


 
 Żel ma barwę żółtą i dosyć gęstą konsystencję. Pieni się słabo. Nic dziwnego, wszak w składzie ma tylko jeden delikatny detergent. Jednak ta słaba pienistość nie przeszkadza w dokładnym oczyszczeniu skóry. Radzi sobie nawet ze zmywaniem makijażu. Ma piękny, świeży zapach tymianku. Zapach ten nie utrzymuje się długo na skórze, co zapewne będzie plusem dla osób nie przepadających za ziołowymi zapachami. Ja bardzo lubię ten zapach. Mam cerę mieszaną i nie zauważyłam żeby żel ją wysuszał i ściągał. Podobno jest on dobry dla cery trądzikowej. Tego nie mogę potwierdzić z tej prostej przyczyny, że nie mam trądziku, a pojedyncze wypryski zdarzają mi się niezwykle rzadko. 
Od dawna nie używałam żadnego żelu do mycia twarzy. Od kilku lat myję twarz, podobnie jak całe ciało, mydłami naturalnymi w kostkach. Ten żel jest miłą odmianą. Jest dobrym i naturalnym produktem. Z pewnością skuszę się kiedyś na jego rumiankową wersję. Dodatkowym atutem tego kosmetyku jest niewygórowana cena, kosztował 16,50 zł. Kupiłam go w stacjonarnym sklepie zielarskim, ale można też kupić go w wielu sklepach internetowych np. tu.


 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

GLOV HYDRO DEMAQUILLAGE - recenzja



             Pisałam niedawno, że otrzymałam od firmy PHENICOPTERE rękawiczki (ściereczki?) do demakijażu.





Podobno, używając tych rękawic i zwykłej wody, można usunąć makijaż. Hmm, czy to możliwe? Nie bardzo wierzyłam. Teraz, po przetestowaniu GLOV muszę powiedzieć jedno. Dziewczyny, to naprawdę działa!!!

Jak należy się posługiwać tymi cudownymi rękawiczkami? To bardzo proste. Wystarczy taką rękawiczkę zmoczyć w wodzie o dowolnej temperaturze i wycisnąć. Wyciskać nie należy zbyt mocno, ot tak, żeby woda z niej nie kapała. Mokrą rękawiczkę lekko dociskam do oka na kilka sekund, a potem wystarczy przetrzeć nią oko 2-3 razy i gotowe. Tuszu i cieni już nie ma na oku. Są na rękawiczce! Potem drugie oko i reszta twarzy. Po tym zabiegu rękawiczka prezentuje się tak:


 
Rękawiczka jest brudna, ale za to buzia czyściutka. Skóra twarzy jest idealnie oczyszczona. Po oczyszczeniu przecieram twarz wacikiem zwilżonym hydrolatem. Gdyby skóra była oczyszczona niedokładnie widać by to było na waciku. Wacik pozostaje jednak biały.



Jest to najlepszy dowód na to, że rękawiczki GLOV  wspaniale wywiązują się ze swojego zadania, skóra jest idealnie oczyszczona. Teraz można przetrzeć ją tonikiem czy hydrolatem i nałożyć krem.

Powstaje pytanie, co zrobić z brudną rękawiczką? Przywracanie jej czystości jest dziecinnie proste. Wystarczy przeprać ją pod kranem zwykłym mydłem Biały Jeleń, które można za grosze nabyć np. w każdym Rossmanie. Brud schodzi bardzo łatwo i rękawiczka znów jest czyściutka. Wystarczy powiesić ją w łazience żeby wyschła i była gotowa do następnego demakijażu.


Używałam głównie tej dużej, czworokątnej rękawicy Glov comfort ze względu na to, że ma większą powierzchnię. Musiałam jednak przetestować również tę małą Glov on-the-go. Trochę jest dla mnie za mała, ale gdy zabrakło czystego miejsca, po prostu wywracałam ją na drugą stronę i kończyłam oczyszczanie twarzy.

Rękawiczki Glov Hydro Demaquillage to naprawdę świetny wynalazek. Producent twierdzi, że mają one właściwości peelingujące i rzeczywiście tak jest. Skóra wygląda jakby była poddana lekkiemu peelingowi, jest matowa, gładka i zaróżowiona. Mam poczucie czystości i świeżości. Dodatkowym atutem jest fakt oszczędzenia naszej skórze dawki chemii, którą aplikujemy jej robiąc tradycyjny demakijaż. To też ma swoją wartość.






Muszę się Wam do czegoś przyznać. Gdy otrzymałam te rękawiczki, takie mięciutkie, delikatne, pomyślałam sobie, że bardzo przypominają ściereczki z mikrofibry. Takie do sprzątania, które chyba każda z nas ma w domu. Może mikrofibra też usunie makijaż? Nie byłabym sobą gdybym tego nie sprawdziła. Wzięłam nową ściereczkę z mikrofibry, zwilżyłam ciepłą wodą i przyłożyłam do umalowanego oka, a potem zaczęłam je przecierać. Niestety, makijaż prawie nie schodził. Musiałabym bardzo długo trzeć, żeby usunąć tusz i cienie. Jednak Glov Hydro Demaquillage to nie mikrofibra!

Włókna GLOV wykonane są w mikrotechnologii. Są tak cienkie, że 1 km tych włókien waży mniej niż 1 gram. Są 30 razy cieńsze od włókien bawełny i prawie 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa. Jeśli chcecie więcej przeczytać na ten tamat, zapraszam tu.

Ile kosztują rękawiczki GLOV? Duża 49,90 zł, a mała 39,90 zł. Czy to dużo? Producent zapewnia, że taka rękawiczka wystarcza na 3-4 miesiące codziennego używania. Myślę, że w ciągu takiego czasu więcej wydajemy na tradycyjne kosmetyki do demakijażu i, na dodatek, pakujemy w skórę chemię.
Rękawiczek GLOV możemy używać nie tylko do demakijażu, ale w ogóle do oczyszczania twarzy np. rano czy w takie dni kiedy się nie umalujemy. Zawsze skóra będzie idealnie oczyszczona.

Producentem Glov Hydro Demaquillage jest polska firma PHENICOPTERE. Założyły ją dwie młode kobiety, pani Ewa Dudzic i pani Monika Żochowska. To one wymyśliły te rękawiczki i poszukiwały odpowiednich włókien. Teraz promują swój produkt w Unii Europejskiej. Życzę im sukcesu.



 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...