Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maseczki do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maseczki do twarzy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 września 2018
VENUS NATURE Błoto termalne z zieloną glinką i organiczną siarką
Będąc niedawno w Rossmannie zauważyłam na jednej z półek produkty polskiej marki VENUS NATURE. Były to półprodukty i skusiłam się na trzy z nich. Kupiłam tytułowe błoto termalne oraz wodę z płatków róży i olej z pestek moreli. Wody i oleju jeszcze nie używałam, dotychczas zapoznałam się tylko z błotem termalnym.
Producent tak pisze o tym błotku:
Naturalne błota termalne są bogatym źródłem minerałów takich jak: krzem, magnez, wapń, tytan, żelazo, siarka, sód oraz potas. Dzięki ich właściwościom skóra odzyskuje elastyczność. Błota stymulują naturalny system regeneracji naskórka, oczyszczają, łagodzą zaczerwienienia i stany zapalne oraz zapobiegają ich powstawaniu. Dodatkowo błota mają wysoką zdolność absorpcyjną, a dzięki wysokiej zawartości siarczanu glinu, działają zabliźniająco na rany i inne dolegliwości skórne. Chcąc wzmocnić ich działanie produkty zostały wzbogacone o zieloną glinkę wykazującą właściwości antyseptyczne i odżywcze. Stosowana na skórę wchłania zanieczyszczenia, usuwa z niej toksyny, wygładza naskórek delikatnie go złuszczając. Produkt może być używany do wszystkich typów cery zwłaszcza tłustej, trądzikowej i zanieczyszczonej.
50 g sproszkowanego błota i glinki zamknięto w plastikowym słoiczku z metalowym wieczkiem. Słoiczek wyposażono w jeszcze jedno, dodatkowe wieczko plastikowe chroniące produkt przed rozsypaniem np. przy zbyt energicznym odkręcaniem wieczka metalowego. Całość zapakowano w kartonik.
Producent zaleca używanie błota termalnego do wykonywania własnych masek do ciała i do twarzy. Ja robię z niego tylko maseczki do twarzy. Do miseczki wsypuję 2-2,5 łyżeczki błota i dodaję hydrolat w takiej ilości, żeby po wymieszaniu uzyskać papkę, do której dodaję jeszcze żel aloesowy i olej. Często robię maseczki z glinek i zawsze dodaję do nich trochę oleju. Dzięki temu maseczka nie zasycha na twarzy i jednocześnie jest wzbogacona o pielęgnacyjne właściwości oleju. Nakładam maskę na oczyszczoną twarz i trzymam ok. 15 minut.
Do maseczki widocznej na zdjęciu dodałam oleju arganowego. Mimo to maseczka, w przeciwieństwie do tych glinkowych, zasycha na twarzy. W ciągu 15 minut spryskuję ją hydrolatem lub tonikiem 2-3 razy. A jak działa? Mimo iż nie mam cery tłustej ani trądzikowej, to ta maseczka całkiem dobrze się u mnie sprawdza. Świetnie oczyszcza pory skóry i pozostawia ją w bardzo dobrym stanie. Cera jest gładka i delikatna, nawilżona i odżywiona. Prawdę mówiąc bardzo podobne efekty uzyskuję dzięki samorobionym maseczkom glinkowym. Być może na cerze tłustej lub trądzikowej efekty byłyby bardziej spektakularne ale ja jestem zadowolona z jej działania.
Skład produktu jest bardzo krótki. Oto on (INCI): Illite, Silt.
Jak już pisałam wyżej błoto termalne i glinka są sproszkowane, a właściwie to mają postać pudru. Pomyślałam więc, że ciekawe jakby się ten produkt spisał w charakterze pudru sypkiego do twarzy. Nie pozostało mi więc nic innego jak to wypróbować. Tak też zrobiłam i okazało się, że jest to bardzo fajny puder. Idealnie matuje twarz. Obawiałam się, że może cera będzie wyglądała na zszarzałą ale tak nie jest, a jeśli jest, to w bardzo niewielkim i prawie niezauważalnym stopniu. Żeby tego wrażenia uniknąć zmieszałam odrobinę błotnego proszku z taką samą ilością pudru bambusowego i wyszedł bardzo fajny, dobrze matujący puder do twarzy. Zupełnie przypadkiem znalazłam dla błota termalnego z zieloną glinką zupełnie inne zastosowanie niż przewidział producent. Ale to tylko taki eksperyment dla zaspokojenia ciekawości. Z błotka przede wszystkim robię maseczki do twarzy.
Znacie kosmetyki Venus Nature?
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Aktywator do glinek i masek sypkich od NACOMI
Jakiś czas temu byłam w drogerii Hebe. Przeglądając półki z kosmetykami naturalnymi zauważyłam wśród produktów NACOMI butelkę z płynem o nazwie Activator for clay and algae mask powder. Nigdy nie spotkałam się z tego rodzaju kosmetykiem i, z ciekawości, kupiłam go.
Producent tak pisze o tym kosmetyku:
Innowacyjny produkt przeznaczony do stosowania wraz z naturalnymi glinkami oraz sypkimi maskami do twarzy. Jako kosmetyki naturalne, glinki i sypkie maseczki zawierają mnóstwo dobroczynnych substancji. Aktywator wzmacnia działanie glinek oraz masek sypkich transportując ich cenne składniki w głąb skóry. Zawarty w aktywatorze kwas hialuronowy, ekstrakt z aloesu oraz D-panthenol działają kojąco i dbają o nawilżenie skóry.
Bardzo lubię samorobione maseczki glinkowe, glinkowo-algowe itp. Nie jest więc dla mnie problemem rozmieszanie glinki z wodą czy hydrolatem i dodanie do niej innych dobroczynnych substancji. Aktywator kupiłam nie z konieczności czy też potrzeby ale wyłącznie z ciekawości.
Kosmetyk otrzymujemy w plastikowej butelce o pojemności 250 ml z zamknięciem na klik. Jest to płyn o konsystencji wody i bardzo lekkim, żółtawym zabarwieniu. Moim zdaniem jest to płyn bezzapachowy, nie doszukałam się w nim żadnej woni. Odnoszę wrażenie, że aktywator łatwiej i szybciej łączy się z glinką niż woda czy hydrolat. Można też zalać nim glinkę i zostawić na kilka minut. Po tym czasie okazuje się, że glinka ładnie wchłonęła płyn i właściwie mamy już gotową maseczkę. Dodaję do niej jedynie kilka kropel oleju i nakładam na twarz. Taka maseczka spisuje się tak samo dobrze jak przygotowana całkowicie samodzielnie.

Skład (INCI): Aqua, Panthenol, Glycerin, Benzyl Alcohol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Dehydroacetic Acid, Hyaluronic Acid.
Uważam, że aktywator jest przyjemnym kosmetykiem, a może nawet czymś w rodzaju gadżetu kosmetycznego. Jak pisałam wyżej kupiłam go z ciekawości i nie wiem czy jeszcze kiedyś do niego wrócę. Nie jest drogi. Nie pamiętam dokładnie ceny ale zapłaciłam za niego w granicach 16-18 zł. Znacie może ten produkt? Jeśli tak, to co o nim myślicie?
czwartek, 26 października 2017
MAKE ME BIO Delikatny puder myjący do twarzy Clean Powder
Puder myjący od Make me bio kusił mnie już od dosyć dawna. Czytałam różne opinie na jego temat. Pochwalne i krytyczne. Jest jednak tylko jeden sposób na to, żeby się dowiedzieć jaki jest kosmetyk i czy działa tak, jak producent obiecuje. Trzeba wypróbować go na własnej skórze. Poza tym byłam ciekawa jak to jest myć się pudrem. Tak więc robiąc w czerwcu kosmetyczne zakupy wrzuciłam go do koszyka.

Producent tak pisze o pudrze:
Nieskazitelna, niemal porcelanowa cera dzięki naturalnemu pudrowi do oczyszczania twarzy. Niezwykle delikatny puder myjący szczególnie polecam do skóry delikatnej, suchej i naczynkowej.W łagodny lecz skuteczny sposób oczyszcza skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, odtyka zatkane pory oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne pozostawiając skórę odżywioną i pełną blasku.
- biała glinka - wykazuje działanie ściągające i odżywiające. To delikatny i skuteczny sposób na oczyszczenie porów. Odświeża, wygładza i nadaje odpowiedni koloryt skórze.
- owies - działa przeciwzapalnie i oczyszczająco. Wspomaga walkę z trądzikiem, regeneruje i łagodzi podrażnienia. Zmiękcza i nawilża skórę pozostawiając ją miękką w dotyku.
- olejek z lawendy - działa antyseptycznie i oczyszczająco. Pomaga w walce z trądzikiem i wypryskami. Dodatkowo wygładza skórę i reguluje pracę gruczołów łojowych oraz regeneruje naskórek.
- ekstrakt z róży - tonizuje i wygładza. Zmniejsza zmiany trądzikowe i odżywia skórę wyrównując jej koloryt. Uelastycznia i nawilża skórę dzięki zawartym w ekstrakcie witaminom i kwasom organicznym.

Puder można stosować na dwa sposoby. Przede wszystkim jako środka myjącego ale można też zrobić z niego maseczkę. Najczęściej używam go do mycia twarzy, robię to 1-2 razy w tygodniu. Trochę pudru wsypuję do małej miseczki i rozrabiam z wodą do otrzymania papki. Papkę nakładam na twarz i wykonuję delikatny masaż palcami. W pudrze znajduje się drobno zmielony owies, który działa jak delikatny peeling. Po wymasowaniu twarzy spłukuję puder letnią wodą. Po takim zabiegu cera jest czyściutka i miękka. Puder oczyszcza twarz delikatnie, a więc nie powoduje podrażnień oraz nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Spodobał mi się taki (inny niż zazwyczaj) sposób oczyszczania twarzy.

Czasem robię z tego pudru maseczkę. Biorę go niewiele więcej niż do samego oczyszczania, mieszam z hydrolatem i dodaję odrobinę oleju, a czasem także inne dodatki np. kwas hialuronowy, glicerynę roślinną, żel aloesowy, witaminę E. Za każdym razem maseczka jest trochę inna. Nakładam ją na twarz, masuję palcami i pozostawiam na ok. 10 minut. Skóra jest oczyszczona, nawilżona i odżywiona. Moja cera polubiła ten niekonwencjonalny kosmetyk i pewnie od czasu do czasu do niego wrócę.

Skład pudru jest krótki. To tylko cztery składniki: Kaolin, Avena Sativa (Oat) Meal, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Oil, Rosa Damascena (Rose) Flower Oil.
Znacie ten puder? Jeśli tak, to przypadł Wam do gustu, czy też nie?
niedziela, 13 sierpnia 2017
MARTINA GEBHARDT Happy aging maseczka rewitalizująca
Maseczki to bardzo ważna część pielęgnacji mojej twarzy. Czas biegnie nieubłaganie, a wraz z nim postępuje wiotczenie skóry, powstaje coraz więcej zmarszczek. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego niż zapewnienie skórze możliwie najlepszej pielęgnacji. Dlatego staram się systematycznie stosować maseczki. Systematycznie czyli dwa razy w tygodniu, w ostateczności raz w tygodniu jako niezbędne minimum. Najczęściej maseczki przygotowuję sama, na bazie glinek z różnymi dodatkami, które lubi i potrzebuje moja cera. Czasem jednak używam maseczek gotowych. Przydają się gdy leń dopadnie człowieka i nie chce się kręcić maseczkowej mazi samemu. Tym razem skusiłam się na Rewitalizującą maseczkę Happy Aging od MARTINY GEBHARDT.

Producent tak pisze o tym kosmetyku:
Bogata w witaminy maska, przeznaczona do cery dojrzałej powyżej 40 roku życia. Szlachetne oleje roślinne z migdałów, wiesiołka i pestek winogron oraz masło shea nawilżają i wzmacniają skórę. Maska posiada silne działanie antyoksydacyjne oraz dostarcza wysoko skoncentrowanej porcji składników odżywczych, działając wybitnie odmładzająco i rewitalizująco.
Sposób użycia: 1-2 razy w tygodniu nałożyć na skórę grubą warstwę maski, przykryć ciepłym, wilgotnym ręcznikiem i pozostawić działaniu na około 15 minut. Niewchłonięte pozostałości usunąć za pomocą ciepłego, wilgotnego ręcznika.

Maseczkę zamknięto w charakterystycznym dla marki słoiczku z grubego, białego szkła. Po odkręceniu plastikowej zakrętki widzimy dodatkowe wieczko dzięki któremu mamy pewność, że nikt przed nami nie korzystał z zawartości słoiczka. Maseczka, podobnie jak większość kosmetyków tej marki, dostępna jest w dwóch pojemnościach: 50 ml i 15 ml. Podoba mi się takie rozwiązanie. Można kupić mniejsze opakowanie produktu, przekonać się czy odpowiada naszej cerze i wtedy, ewentualnie, zdecydować się na zakup opakowania pełnowymiarowego.
Maseczka Happy aging ma bardzo bogaty skład. Czego tam nie ma! Oleje, masła, hydrolaty, mnóstwo ekstraktów roślinnych, miód. Zresztą, przeczytajcie sami:
Skład: woda, oliwa z oliwek*, olej ze słodkich migdałów*, olej z wiesiołka**, olej z pestek winogron**, lanolina, wosk pszczeli*, masło shea**, masło kakaowe**, hydrolat z kwiatów pomarańczy*, hydrolat z kwiatów róży damasceńskiej*, miód*, wyciąg z liści aloesu*, olej z owoców rokitnika zwyczajnego*, wyciąg z marchwi*, tokoferol, wyciąg z korzenia czarnego bzu*, wyciąg z kory magnolii, wyciąg z liści herbaty chińskiej, esencja spagiryczna z liści aloesu*, złoto, srebro, siarka, tinktura z wanilii**, olejek z kwiatów róży damasceńskiej**, olejek z irysa florenckiego, geraniol***, cytronelol***.* - z upraw kontraktowanych przez Demeter,
** - z kontrolowanych upraw ekologicznych,
*** - komponenty naturalnych olejków eterycznych.

Gdy po raz pierwszy otworzyłam słoiczek moim oczom ukazał się widok jak na zdjęciu powyżej. Olej wystąpił na powierzchnię kosmetyku. Zaniepokoiło mnie to. Może ta maseczka jest przeterminowana? Ale nie. Na etykietce przyklejonej do dna słoiczka widnieje data ważności: 28.05.2018. Nie ma więc mowy o przeterminowaniu. W składzie maseczki jest bardzo dużo olejów i pewnie dlatego oddzieliły się one od kosmetyku. Wystarczy całość zamieszać i składniki łączą się w jednolity krem o dosyć lekkiej konsystencji i kolorze dojrzałego banana. Ma też przyjemny zapach, który określiłabym jako kwiatowy z miodową nutą.

Producent zaleca przykrycie nałożonej na twarz maseczki ciepłym, wilgotnym ręcznikiem. Prawdę powiedziawszy nie bardzo mi się chce tak robić i stosuję maskę tradycyjnie. Myję twarz, robię peeling i nakładam maskę. Zgodnie z zaleceniem trzymam ją na twarzy 15 minut. Mamy teraz gorące lato więc nie widzę potrzeby dodatkowego dogrzewania skóry. Zaschnięcie maseczce też nie grozi ze względu na dużą zawartość olejów i maseł. W ciągu 15 minut większość maseczki się wchłania. Zazwyczaj robię maseczki wieczorem i wówczas to, co się nie wchłonęło usuwam chusteczką higieniczną i tak pozostawiam twarz na noc. Nie aplikuję już żadnego kremu ani serum, co najwyżej krem pod oczy. Rano cera jest gładka i delikatna, lekko napięta, dobrze odżywiona i nawilżona. Czasem jednak zdarza się, że (w dzień wolny od pracy) robię maseczkę rano. Wtedy nie wystarczy usunięcie resztek maseczki chusteczką gdyż skóra jest tłusta i błyszcząca. Trzeba twarz umyć i, jak zwykle, zaaplikować tonik i krem.

Dodatkowym plusem maseczki jest jej wydajność. Mam mały słoiczek (15 ml). Nakładam maseczkę dosyć grubo. Użyłam jej już trzy razy i zużyłam dopiero pół słoiczka. Spodziewałam się, że całość wystarczy mi na 2-3 razy, a tu miła niespodzianka. Krótko mówiąc odkryłam jeszcze jeden fajny kosmetyk Martiny Gebhardt. Kupić można go w tym sklepie.
niedziela, 20 marca 2016
BALM BALM Oczyszczająca maseczka z hibiskusa
Maseczki do twarzy uważam za ważną część pielęgnacji cery, a na dodatek bardzo lubię je stosować. Rzadko kupuję gotowe maseczki. Przeważnie robię je sama z glinek, alg i innych dodatków lub z tego, co mamy we własnej kuchni np. owoce, warzywa, nabiał, przyprawy, zioła itp. Zresztą, same wiecie, że maseczkowych kombinacji jest nieskończenie wiele, wystarczy tylko popuścić wodze fantazji. Dziś przedstawię Wam Oczyszczającą maseczkę z hibiskusa od BALM BALM.

Na tę maseczkę skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze na kilku blogach przeczytałam pozytywne opinie na jej temat, a po drugie urzekł mnie jej skład. Wyobraźcie sobie, że tworzą go zaledwie trzy składniki, a mianowicie mąka z brązowego ryżu, zmielone płatki kwiatów hibiskusa i olejek eteryczny z geranium. Nie ma tu żadnych konserwantów, nawet naturalnych, żadnych ulepszaczy, poprawiaczy itp. Chyba trudno wyobrazić sobie bardziej naturalny skład.
Mąka z ryżu brązowego ma nie tylko właściwości peelingujące ale też pielęgnuje skórę. Nawilża ją, odżywia, uelastycznia, działa antyseptycznie, rozjaśnia przebarwienia i poprawia koloryt skóry. Hibiskus odświeża i nawilża skórę, wzmacnia naczynka krwionośne, działa ujędrniająco. Zawiera też kwasy organiczne złuszczające naskórek i dlatego dosyć często występuje w peelingach. Olejek eteryczny z geranium jest często spotykany w kosmetykach naturalnych. Ma piękny zapach przypominający woń różaną ale nie tylko dla zapachu dodaje się go do kosmetyków. Działa też przeciwbakteryjnie, pomaga w przypadkach infekcji skórnych, koi i relaksuje.

Maseczka Balm Balm nie jest kosmetykiem do końca gotowym. Otrzymujemy ją w postaci proszku o jasnym kolorze z ciemnymi punkcikami. Nietrudno się domyślić, że te punkciki to drobinki ususzonych i sproszkowanych płatków hibiskusa. Całość ma piękny zapach olejku geraniowego. Żeby przygotować maseczkę należy wsypać do miseczki odpowiednią ilość proszku i dolać trochę ciepłej wody. Mieszać do uzyskania konsystencji masy. Producent zaleca użycie łyżki stołowej proszku ale moim zdaniem całkowicie wystarcza kopiasta łyżeczka od herbaty, a maseczka wystarczy nam na dłużej. Słoiczek zawiera jej tylko 40 g, a to nie jest zbyt dużo. Pod wpływem wody proszek zmienia kolor na jasny wrzos z czerwonymi drobinkami kwiatów hibiskusa. Masę rozprowadzamy po twarzy i pozostawiamy na około 10 minut. W tym czasie powinna zaschnąć na skórze. Potem należy ją lekko zwilżyć wodą. Ja zraszam ją tonikiem lub hydrolatem. Masując skórę wykonujemy peeling po czym maseczkę należy zmyć ciepłą wodą.
Jak działa maseczka? Rewelacyjnie. Jako peeling jest delikatna ale jednocześnie dogłębnie oczyszcza skórę. Twarz jest wygładzona i jedwabista w dotyku. Maseczka nie uczula i nie powoduje podrażnienia. Krótko mówiąc jest to świetny kosmetyk i całkowicie naturalny. Bardzo go polubiłam. Do przygotowania maseczki możemy zamiast wody użyć dowolnego hydrolatu, można też, w zależności od potrzeb naszej cery, dodać kilka kropli ulubionego oleju lub kwasu hialuronowego.

Oczyszczająca maseczka z hibiskusa posiada certyfikat Soil Association. Certyfikat ten gwarantuje, że kosmetyk zawiera 95% składników organicznych. Maseczka od Balm Balm zawiera ich 100%.
Skład: Oryza Sativa (Rice) Powder, Hibiscus Sabdariffa Flower Powder, Pelargonium Graveolens Flower Oil, Citral, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene.
sobota, 20 czerwca 2015
HESH Maseczka z płatków róży
Maseczka do twarzy to ulubiony zabieg pielęgnacyjny wielu, o ile nie większości, kobiet. Ja również zaliczam się do miłośniczek maseczek i stosuję je systematycznie 1-2 razy w tygodniu. Jednak rzadko zdarza mi się kupować gotowe maseczki natomiast uwielbiam robić je samodzielnie. Z czego je robię? Z glinek, z alg, a także ze składników, które są w kuchni. Wbrew pozorom takie przygotowywanie własnych maseczek nie zabiera dużo czasu, a jest przyjemne i pożyteczne. Przede wszystkim wiem, co maseczka zawiera. Poza tym składniki podstawowe jak glinki, algi itp. wzbogacam dodatkami, o których wiem, że są odpowiednie dla mojej cery i które lubię. Za każdym razem powstaje moja własna, indywidualna maseczka, a jej skład zależy od wymagań mojej cery i od mojej inwencji. Nie muszę chyba dodawać, że tworzenie takich maseczek to świetna zabawa.
Już dosyć dawno, bo jeszcze w ubiegłym roku kupiłam Maseczkę z płatków róży indyjskiej marki HESH. Maseczkę schowałam i właściwie o niej zapomniałam. Jakiś czas temu niespodziewanie wpadła mi w ręce i zaczęłam ją używać.
Dla mnie ta maseczka jest typowym półproduktem kosmetycznym. Ma postać proszku, a właściwie pudru o kolorze ciemnego różu. Ten puder to nic innego jak ususzone i sproszkowane płatki róż. Jest to jedyny składnik maseczki. Wyczytałam, że płatki róży "należą do delikatnych surowców kosmetycznych, bardzo cenionych od niepamiętnych czasów. Płatki róży zawierają olejek lotny, tłuszcze, flawonoidy, witaminę C, kwasy organiczne, związki cukrowe. Flawonoidy i witamina C wykazują synergizm we wzajemnym oddziaływaniu, zwiększają odporność naskórka na proces starzenia się. Sproszkowane płatki róży służą jako peeling i składnik maseczek nawilżających i regenerujących do cery suchej, dojrzałej i wrażliwej. Działają odżywczo, tonizująco i odmładzająco."
Maseczkę zamknięto w estetycznym, kolorowym kartoniku, w którym znajdziemy celofanową torebkę z różanym pudrem. Ponieważ przechowywanie i nabieranie kosmetyku z takiej torebki do najwygodniejszych nie należy, przesypałam jej zawartość do małego słoiczka. Tak jest znacznie wygodniej.
Producent zaleca: "Proszek dobrze wymieszaj z odrobiną wody lub wody różanej, w przypadku cery suchej z mlekiem, do uzyskania rzadkiej papki. Nałóż na twarz oraz szyję. Po 20 minutach zmyj."
Z początku używałam maseczkę tak, jak zaleca producent tzn. proszek mieszałam z wodą. Chciałam przekonać się jak spisze się maseczka w takiej skromnej postaci. Nie mogę narzekać, maseczka nie była zła ale na kolana mnie nie rzuciła. Owszem, twarz nawilżyła, wygładziła jak wiele innych maseczek. Nie byłabym jednak sobą gdybym nie spróbowała jej ulepszać.
Wypróbowałam różne wersje maseczki. Zamiast wody dodawałam hydrolatów lub toniku, były wersje z olejami i bez nich, z kwasem hialuronowym, z miodem i z glinką. Z każdym z tych dodatków z osobna i z kilkoma jednocześnie. Po prostu wzbogacałam skład maseczki, a więc efekty pielęgnacyjne były lepsze. W sumie z maseczki jestem zadowolona. Potraktowałam ją jako podstawowy składnik np. jak glinkę i dodając inne składniki uzyskuję naprawdę dobre efekty.
I jeszcze jedna sprawa, a mianowicie zapach. Maseczka nie pachnie tak, jak bukiet świeżych róż. Nie zapominajmy, że składa się ona ze sproszkowanych, suszonych, płatków róż. Kwiaty suszone na ogół nie pachną tak jak świeże. Ten zapach określiłabym jako zapach suszu właśnie. Coś jakby zioła z lekko wyczuwalną nutą różaną. Zapach nawet przyjemny.
Puder różany można używać nie tylko do pielęgnacji twarzy. Można dodawać go do kąpieli, można zrobić z niego maskę do włosów (z dodatkiem mleczka kokosowego i soku z limonki) czy też dodawać go do peelingów własnej roboty. Ja używałam jej tylko do twarzy ale maseczka jest produktem wydajnym i jeszcze trochę jej mam. Możliwe, iż pokuszę się o zrobienie peelingu do ciała z jej dodatkiem. Może być ciekawy efekt. Myślę też, że nie poprzestanę na tym jednym opakowaniu różanego pudru.
Znacie tę maseczkę? A może miałyście inne maski Hesh? Czy je polubiłyście?
sobota, 21 marca 2015
BANIA AGAFII Witaminowa fitoaktywna maseczka do twarzy
Bardzo lubię maseczki do twarzy i doceniam ich dobroczynne działanie na cerę. Staram się więc stosować je regularnie tzn. 1-2 razy w tygodniu. Najczęściej są to samorobione maseczki glinkowe, glinkowo-algowe i inne. Czasem jednak, dla odmiany, skuszę się na jakąś gotową maseczkę. Tym razem jest to Witaminowa fitoaktywna maseczka do twarzy rosyjskiej marki BANIA AGAFII. Jest to moja pierwsza maska tej marki, a na jej zakup namówiła mnie właścicielka zaprzyjaźnionego, stacjonarnego sklepu zielarsko-kosmetycznego.
O produkcie przeczytamy, iż jest to "Fitoaktywna maseczka do twarzy, wzbogacona olejami i sokami jagód z rosyjskiej tajgi, nasyca skórę witaminami i mikroelementami. Głęboko nawilża, wyrównuje koloryt twarzy i aktywizuje procesy odnowy w skórze. Soki poziomki, dzikiej maliny i jagody wiciokrzewu bogate w kwasy organiczne i witaminy, które sprzyjają głębokiemu nawilżeniu i odżywieniu skóry. Organiczny olej z dzikiej róży zawiera witaminy A i C, dzięki czemu tonizuje skórę i podnosi jej ochronne właściwości. Olejek rokitnika ałtajskiego aktywizuje procesy regeneracji skóry."
Maseczka zamknięta jest w saszetce. Nie jest to mała saszetka zawierająca jednorazową porcję kosmetyku. W tej mieści się aż 100 ml produktu, a to dużo jak na tego rodzaju opakowanie. Kosmetyk wyciskamy podobnie jak z tuby, a ponieważ saszetka jest bardziej miękka niż większość tubek, można bez problemu wycisnąć całą jej zawartość.
Bardzo mile zaskoczył mnie wygląd maseczki gdy po raz pierwszy wycisnęłam ją z opakowania. Zobaczcie jak ślicznie wygląda:
Zupełnie jak owocowy sorbet. Wrażenie sorbetu pogłębia dodatkowo świeży, owocowy zapach. Aż chciałoby się ją zjeść!
Kolejna niespodzianka spotkała mnie gdy po raz pierwszy nakładałam maseczkę na twarz. Gdy tylko zaczęłam rozprowadzać ją po skórze poczułam intensywne ciepło. Intensywne ale przyjemne. Nie było parzące czy piekące. To ciepełko rozgrzewa skórę co poprawia jej ukrwienie i dzięki temu składniki kosmetyku są lepiej wchłaniane.
Maseczka jest gęsta ale bez problemu rozprowadza się po skórze. Plusem tej gęstej konsystencji jest to, że dobrze przylega do skóry i nie ścieka. Możemy więc z maseczką na twarzy zająć się czym chcemy bez obaw, że coś nam będzie z twarzy spadało czy ciekło.
Zgodnie z zaleceniami producenta trzymam maseczkę na twarzy przez 10 minut, po czym zmywam ją ciepłą wodą. Zmywa się bardzo łatwo, a skóra, po osuszeniu ręcznikiem, jest gładka, miękka i delikatna, gotowa na przyjęcie kremu.
Kupując tę maseczkę nie przypuszczałam, że okaże się dobrym i ciekawym kosmetykiem i że tak bardzo ją polubię. Z pewnością będę do niej wracała. Chciałabym tez poznać inne maseczki z tej serii, a jest ich dosyć dużo. Dodatkowym atutem tych kosmetyków jest ich przystępna cena. W zależności od sklepu można je kupić w cenie około 10 zł.
Skład maseczki (INCI): Glycerin, Vaccinium-Idaea Fruit Powder (proszek z owoców borówki brusznicy), Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Powder (proszek z malinowych pestek), Sucrose Palmitate, Sorbitane Caprylate, Organic Rosa Canina Fruit Oil (organiczny olej z dzikiej róży), Hippophae Rhamnoides Fruit Oil (olej z rokitnika ałtajskiego), Fragaria Vesca (Strawberry) Fruit Juice (sok z poziomki), Rubus Idaeus (Raspberry) Fruit Juice (sok z dzikiej maliny), Lonicera Caerulea Fruit Juice (sok z jagody wiciokrzewu), Parfum, Benzyl Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Alcohol.
Znacie maseczki z tej serii? Jeśli tak, to czy je polubiłyście?
niedziela, 1 marca 2015
Projekt DENKO - styczeń i luty 2015
Pierwsze dwa miesiące roku 2015 mamy już poza sobą i przyszła pora pokazać, co udało mi się w tym czasie wykończyć. Zobaczcie:

1. ALEPIA Savon Noir Bio z karmelem - czarne mydło to, moim zdaniem, jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy), kosmetyk do peelingu. Jego dodatkowym plusem jest prosty, naturalny skład. O mydle z karmelem pisałam tutaj . Savon Noir jest stałym gościem w mojej łazience, niezmiernie rzadko się zdarza, żeby go nie było. Z dodatkami lub bez ale jakaś wersja tego kosmetyku jest. Czy kupię ponownie? Pytanie w zasadzie retoryczne. Jasne, że tak. Nawet już zamówiłam.
2. NIKEL Tonik z komórkami macierzystymi róży alpejskiej - jeden z lepszych toników jakie miałam. Recenzję znajdziecie tutaj. Czy kupię ponownie? Bardzo bym chciała ale obawiam się, że barierą będzie jego wysoka cena.
3. ALEPIA Rhassoul w pudrze Superieur - glinka marokańska rhassoul w pudrze. Uwielbiam maseczki z tej glinki. Najczęściej są to maseczki na twarz ale czasem też na włosy. Więcej możecie przeczytać tu. Ta glinka też jest niemal stałym gościem w mojej łazience. Czy kupię ponownie? Już kupiłam, tym razem mam glinkę z EcoSpa.
4. KIVVI Harmonizujący tonik do twarzy Pyrus Cydonia - z tego toniku również byłam zadowolona, a moja cera zdecydowanie go polubiła. Pewnie bym go jeszcze miała gdyby nie to, że przez moje gapiostwo część toniku mi się wylała. Recenzja znajduje się tutaj. Tonik z pewnością zasługuje na ponowny zakup.
5. DIY pokrzywowy peeling do ciała - samorobiony peeling cukrowy z dodatkiem nasion pokrzywy. Dobry dla osób, którym nie przeszkadza pozostawiona na skórze cieniutka, tłusta warstwa. Recenzję peelingu znajdziecie tutaj. Czy zrobię go ponownie? Oczywiście, a właściwie to już zrobiłam.
6, 8 COSMETIC GARDEN Naturalne mydła kastylijskie. Jedno z nich to mydełko cytrusowe, a drugie bezzapachowe z kozim mlekiem. Jestem wielką fanką mydeł tej marki. Po prostu są świetne. O tych dwóch mydełkach pisałam tutaj. Czy kupię ponownie? Z całą pewnością.
7. BIOFFICINA TOSCANA Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy - jest to peeling solny i bardzo tłusty. Pozostawia na skórze tłustą warstwę, a więc nie wszystkim przypadnie do gustu. Ja go polubiłam. Recenzję znajdziecie tu. Czy kupię ponownie? Być może za jakiś czas tak. Przedtem chciałabym wypróbować peelingi innych marek.
9. ESPRIT EQUO Maseczka peelingująca do twarzy Rhassoul - maseczkę tę użyłam tylko jeden raz gdyż miałam jej jednorazowe opakowanie. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Pisałam o niej tutaj. Myślę, że warto kupić ją ponownie.
10. KARAWAN AUTHENTIC Mydło alep z Aleppo 20% laurie - mała 100 - gramowa kostka. Jest to tradycyjne mydło alep. O mydłach alep pisałam już kilka razy więc tym razem sobie darowałam. Czy kupię ponownie? Jasne, że tak. Być może będzie to mydło innej marki ale też alep.
11. KIVVI Marmolada do ciała Słodka Pomarańcza - moim zdaniem kosmetyk ten bardziej zasługuje na nazwę "masło" niż "marmolada". Bardzo lubię wszelkie masła do ciała i to również mi się spodobało. Bardzo dobrze spisało się na mojej suchej skórze. Więcej przeczytacie tutaj. Warto kupić je ponownie.
To tyle udało mi się wykończyć w ciągu dwóch miesięcy. Kosmetyki naturalne są z reguły bardzo wydajne i wykończenie jednego opakowania kremu czy innego produktu zabiera sporo czasu, a tu ciągle kuszą nowości, ciągle chciałoby się przetestować coś innego... Trzeba jednak kierować się zdrowym rozsądkiem i nie kupować więcej niż jest się w stanie zużyć. Dlatego mocno ograniczyłam swoje kosmetyczne zakupy i każdy produkt zużywam do końca. Nic się nie marnuje. Zobaczymy ile kosmetyków uda mi się wykończyć w następnym miesiącu lub dwóch.

Subskrybuj:
Posty (Atom)

















