Każda dbająca o siebie kobieta wie jak ważne dla urody jest dokładne oczyszczanie twarzy i nie położy się spać dopóki tego nie zrobi. Jest to dla każdej z nas czynność oczywista i banalna. Ale czy robimy to prawidłowo? Ja robię to w ten sposób: myję twarz ciepłą wodą i mydłem naturalnym w kostce. Po osuszeniu skóry ręcznikiem spryskuję ją tonikiem lub hydrolatem i na wilgotną aplikuję krem lub olej. Dodatkowym zabiegiem oczyszczającym jest cotygodniowy peeling. Wiele osób zastępuje mydło w kostce żelem lub pianką do mycia twarzy, a te, które się malują usuwają makijaż przy pomocy mleczek lub płynów micelarnych. Do tej pory uważałam, że takie oczyszczanie jest wystarczające ale teraz nie jestem tego taka pewna. Skąd te wątpliwości? Otóż jakoś tak na początku października byłam w aptece, coś tam miałam kupić i, przy okazji, dostałam październikowy numer miesięcznika "Świat Zdrowia". Znalazłam tam ciekawy artykuł pt. "Sztuka mycia twarzy". Jego autorką jest Barbara Hołub, dziennikarka prasy kobiecej i autorka poradników takich jak: "Co jeść. Dla mężczyzn", "Poradnik dietetyczny. Dla kobiet.", "Schudnij! Ale jak to zrobić?" czy "Bądź piękna".
Nie będę przepisywała tu całego artykułu, postaram się krótko napisać o co w nim chodzi. Otóż autorka uważa, że większość kobiet niedostatecznie oczyszcza swoją cerę robiąc to mniej więcej tak, jak napisałam na początku. Twierdzi, że "Kobiety z Dalekiego Wschodu, słynące z pięknej cery do późnej starości, myją skórę twarzy nawet dziesięcioma preparatami." Oczywiście autorka artykułu nie namawia nas do wiernego naśladowania tych kobiet. Większość Polek nie ma czasu na tak skomplikowane zabiegi oczyszczające, a mnie, oprócz czasu, zabrakłoby także cierpliwości. Co zatem autorka proponuje?
Zdaniem pani Barbary Hołub wieczorne mycie twarzy powinno wyglądać tak:
Po umyciu twarzy wodą i mydłem bądź żelem i osuszeniu jej ręcznikiem należy nałożyć na skórę mleczko kosmetyczne i delikatnie je wmasować. Po kilku sekundach takiego masażu mleczko usuwamy spłukując twarz wodą lub wacikiem. Nie przecieramy nim skóry, a jedynie delikatnie ją oklepujemy. Mleczko można zastąpić płynem micelarnym. Na tak oczyszczoną twarz aplikujemy tonik, a potem krem.

Dlaczego takie dokładne mycie twarzy jest ważne? Odpowiedź na to pytanie byłaby oczywista gdybyśmy mogły zobaczyć swoją skórę pod mikroskopem. Okazuje się, że nie jest ona jednolicie gładka lecz składa się z maleńkich wgłębień i wzniesień. Myjąc ją tylko wodą i mydłem lub żelem oczyszczamy ją powierzchownie tzn. usuwamy brud głównie z tych wzniesień, a w zagłębieniach pozostają resztki potu, kurzu, sebum i kosmetyków. Kosmetyki do makijażu są coraz doskonalsze (np. podkłady) i coraz lepiej wtapiają się w skórę ale też trudniej się je usuwa i zwykłe umycie twarzy już nie wystarcza. Skóra umyta tylko powierzchownie ma mniejsze możliwości wchłaniania dobroczynnych składników kosmetyków pielęgnujących i nawet jeśli wykosztujemy się na świetny, drogi krem, to on niewiele zdziała. Skóra pozostaje niedożywiona, słabo nawilżona i w efekcie szybciej się starzeje, a tego przecież nie chcemy.

Pewnie nie zdziwicie się jeśli powiem, że postanowiłam ten sposób mycia twarzy wypróbować na sobie. W tym celu nabyłam drogą kupna Arnikowe mleczko oczyszczające Sylveco (pierwsze od bardzo dawna) i płyn micelarny Biolaven (po raz pierwszy w życiu, nigdy wcześniej nie miałam żadnego micela). Dlaczego akurat te marki? Po prostu mogłam je bez problemu kupić w stacjonarnym sklepie zielarskim. Zamierzałam kupić lipowy płyn micelarny Sylveco, o którym czytałam dużo dobrego ale nie było go w sklepie i dlatego kupiłam Biolaven.
Najpierw myję twarz wodą i mydłem, osuszam ręcznikiem i masuję mleczkiem lub micelem w zależności od tego, na który produkt w danej chwili mam ochotę. Mleczko usuwam z twarzy wodą i mydłem, a micel tylko spłukuję wodą. Czasem używam i mleczko i micel. Skoro Azjatki mogą używać aż 10 preparatów, to ja od czasu do czasu mogę użyć trzech. Potem aplikuję tonik lub hydrolat i na koniec krem lub olej. Poza tym nadal robię cotygodniowy peeling.
Pośród kosmetyków oczyszczających umieściłam też tonik/hydrolat. Moim zdaniem tonik można zaliczyć zarówno do kosmetyków oczyszczających jak i pielęgnujących. Kończy on proces oczyszczania (np. usuwa resztki kosmetyków myjących) i rozpoczyna pielęgnację. Przywraca skórze prawidłowe pH, odświeża ją i nawilża, czasem zwęża pory czy działa antybakteryjnie.
Myję twarz w ten sposób już około miesiąca. Pewnie jesteście ciekawe czy zauważyłam jakieś efekty takiego dogłębnego oczyszczania? Oczywiście, że tak. Przede wszystkim buzia jest gładziutka jakbym przed chwilą robiła peeling i nakładała maseczkę. Aż miło ją dotykać. Skóra na skrzydełkach nosa była szorstka pomimo stosowania peelingów. Nie było na niej oznak wysuszenia, nie było suchych skórek ale w dotyku była szorstka. W tej chwili jest gładziutka jak na całej twarzy. Nie jestem w stanie stwierdzić czy moja cera starzeje się wolniej ale z efektów, które daje się zauważyć jestem bardzo zadowolona.
Ciekawa jestem, co myślicie o takim sposobie mycia twarzy? A może stosujecie go już od dawna?
Dwa jesienne miesiące 2015 roku, wrzesień i październik, mamy już za sobą i przyszedł czas na pokazanie tego, co udało mi się w tym czasie wykończyć. Nie ma tego zbyt dużo, zresztą zobaczcie:
Kosmetyki do twarzy
1. BANIA AGAFII Witaminowa fitoaktywna maseczka do twarzy - bardzo przyjemna maseczka o wyglądzie i zapachu owocowego sorbetu. Pisałam o niej tutaj. Maseczka z pewnością zasługuje na ponowny zakup.
2. LAVERA Puder sypki transparentny Trend Sensitiv - nie potrafię obejść się bez pudru sypkiego, a ten od Lavery spełnia wszelkie moje oczekiwania. Świetnie matuje skórę, a sam pozostaje zupełnie niewidoczny. Więcej na jego temat przeczytacie tu. Czy kupię ponownie? Już kupiłam i następne opakowania też zamierzam kupić.
3. AVALON ORGANICS Krem regenerujący z witaminą C - ciekawy krem o bogatym, naturalnym składzie i pięknym, cytrusowym zapachu. Moja cera polubiła ten krem i pewnie kupię go kiedyś ponownie. Recenzję można znaleźć tu.
Pielęgnacja ciała
4. DELIDEA BIO COSMETICS Rewitalizujący krem do ciała - należy do linii miodowej kosmetyków do pielęgnacji ciała. Jest bardzo dobrym kosmetykiem i dodatkowo ma piękny miodowo - cynamonowy zapach. Pisałam o nim tutaj. Z całą pewnością zasługuje na ponowny zakup.
5. DELIDEA BIO COSMETICS Rewitalizujący peeling do ciała - to drugi kosmetyk z miodowej linii do pielęgnacji ciała. Piękny zapach miodowo - cynamonowy jest bardziej intensywny niż w kremie. Jedyne co mogę zarzucić temu peelingowi to niska wydajność. Cały słoiczek (150 ml) tego specyfiku wystarczył mi tylko na sześć razy. Wielka szkoda, że nie najwięcej. Więcej o nim przeczytacie tu. Czy kupię ponownie? Jeszcze nie wiem.
6. EUBIONA Krem do rąk i paznokci - Bardzo dobry krem do rąk. Treściwy i mocno odżywczy, idealny zwłaszcza na noc. Tutaj przeczytacie więcej na jego temat. Czy kupię ponownie? Jak najbardziej.
Mydełka dwa + żel
7. NUBIAN HERITAGE Mydło z oliwą, zieloną herbatą i awokado - kolejne ciekawe mydło naturalne. Obficie się pieni, dobrze oczyszcza skórę nie wysuszając jej i bardzo ładnie pachnie. Pisałam o nim w poprzednim poście czyli tu. Zasługuje na ponowny zakup.
8. SAVON DU MIDI Prowansalskie mydło z masłem karite dla panów Garrigue/zioła śródziemnomorskie - zużyłam już kilka mydeł tej marki i muszę powiedzieć, że są świetne. Bardzo podobał mi się zapach tego mydełka mimo iż był taki typowo for men. O innym mydle z tej samej linii pisałam tutaj. Z pewnością kupię je ponownie.
9. DELIDEA BIO COSMETICS Rewitalizujący żel pod prysznic - to już ostatni kosmetyk z miodowej linii do pielęgnacji ciała. Podobnie jak krem i peeling pachnie miodem i cynamonem. Dobrze się pieni i dokładnie oczyszcza skórę pozostawiając na niej złote, brokatowe drobinki. Jest bardzo przyjemny w użyciu i warto kupić go ponownie. Recenzję znajdziecie tutaj.
I to już wszystko co udało mi się wykończyć we wrześniu i październiku. Nietrudno zauważyć, że nie ma tu ani jednego kosmetyku do włosów. Niestety, nie wykończyłam żadnego produktu z tej kategorii. Tak bywa jeśli ma się kilka otwartych szamponów czy innych kosmetyków włosowych. Myślę, że następnym razem będzie pod tym względem lepiej.
Jakiś czas temu chwaliłam się zakupem trzech mydeł amerykańskiej marki NUBIAN HERITAGE (klik). Mydełka musiały trochę poczekać w kolejce i w końcu doczekały się, a właściwie to jedno z nich doczekało się przeprowadzki na łazienkową mydelniczkę. Oczywiście miałam wielki dylemat która kostka powinna pójść do użytku jako pierwsza, przecież wszystkie jednakowo kuszą. W końcu zdecydowałam się na Mydło z oliwą, zieloną herbatą i awokado.
Kostka NUBIAN HERITAGE jest dosyć duża, waży 141g. Jest tak uformowana, że pomimo sporych rozmiarów, dobrze układa się w dłoni. Mydełko ma kolor zielony ale jest to taka zszarzała zieleń. Kostka z wyżłobionym logo marki jest gładziutka i zatopione są w niej ciemne punkciki. Zapakowana jest w kartonik w kolorze oliwkowym, a na jego ściankach podane są informacje na temat mydła i produkującej je firmy.
Skład mydła: 100% Vegetable Soap:Olea Europaea (Olive) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Coconut Oil* and/or Palm Oil, Avocado Seed Butter, Vegetable Glycerin, Green Tea Extract, Tocopherol (Vitamin E), Green Tea Leaf, Mineral Pigment or Vegetable Color.
* certified organic ingredient
Łatwo zauważyć, że składniki mydełka dobrano bardzo starannie. Są tu wartościowe tłuszcze roślinne jak oliwa, masło shea, masło awokado. Ich zadaniem jest nawilżenie i natłuszczenie naskórka, a także jego oczyszczenie bez wysuszenia. Ekstrakt z zielonej herbaty bogaty w garbniki, alkaloidy, witaminy i minerały wspomaga usuwanie toksyn i chroni skórę przed wolnymi rodnikami. Stosowany jest w kosmetykach anty-aging, antycellulitowych, tonizujących, łagodzących podrażnienia.

Jak każda mydłomaniaczka poznawanie nowego mydła rozpoczynam od jego powąchania. Tak było i tym razem. Mydełko ma śliczny zapach. Ziołowy z wyczuwalnym aromatem herbaty ale też delikatną nutą kwiatową. Zapach jest wyraźny ale nie agresywny. Ta szarozielona kostka wytwarza obfitą, kremową i pachnącą pianę. Jak już wspomniałam wyżej nieużywane mydło jest gładziutkie ale już po kilku namydleniach te małe, ciemne plamki zaczynają troszkę wystawać ponad powierzchnię mydła. Są to kawałeczki suszonych liści herbacianych i sprawiają, że mydełko nabiera właściwości peelingujących. Jest bardzo przyjemne w użyciu. Dobrze oczyszcza skórę ale jej nie wysusza. Aż mi szkoda, że ta kostka już się kończy. Mam jednak jeszcze dwa inne mydła tej marki i spodziewam się, że nie będą gorsze od tego. A może będą jeszcze bardziej interesujące?
W poprzednim poście pochwaliłam się nowymi mydełkami ale to nie wszystkie kosmetyczne nowości. Kilka dni później dostałam jeszcze dwie paczuszki. Pierwsza z nich przyszła ze sklepu Ecco Verde i zawierała tylko dwa kosmetyki.
Na kosmetyki nowozelandzkiej marki ANTIPODES zwróciłam uwagę już dosyć dawno. Kusiły mnie bardzo ale od zakupu powstrzymywały mnie ich ceny, które raczej trudno zaliczyć do niskich. Teraz postanowiłam kupić jeden z tych kosmetyków tym bardziej, że niedawno miałam urodziny i uznałam, że mogę sprawić sobie taki prezent. W końcu urodziny ma się tylko raz w roku, a więc należy uczcić je godziwym prezentem :) Mój wybór padł na nawilżający krem na dzień Vanilla Pod. W składzie kremu znajduje się miód manuka. Nigdy nie miałam kosmetyku z tym miodem i jestem bardzo ciekawa czy dobrze posłuży mojej cerze.
Drugim kosmetykiem jest krem do rąk marki BIOTURM. Tę markę znam tylko z pozytywnych recenzji na innych blogach, a więc postanowiłam wypróbować jeden z ich produktów.
Druga przesyłka przywędrowała do mnie ze sklepu Pat&Rub. Są to moje pierwsze zakupy w tym sklepie. Do tej pory miałam tylko jeden kosmetyk tej marki, a mianowicie rewitalizujące masło do ciała (klik), które wygrałam w jednym z blogowych rozdań. Teraz postanowiłam zawrzeć bliższą znajomość z tą marką i zamówiłam te oto produkty:
Na blogach kosmetycznych naczytałam się mnóstwo zachwytów nad linią otulającą kosmetyków do pielęgnacji ciała. Dlatego sama wybrałam tę linię i zamówiłam peeling do ciała, masło do ciała i balsam do rąk. Poza tym kupiłam jeszcze maskę do włosów tłustych i jedno z mydełek Pat&Rub. Wybrałam kostkę z przyprawami korzennymi.
To już pochwaliłam się nowościami i teraz nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się do ich testowania. Nie narzekam z tego powodu, uwielbiam testować kosmetyczne nowości zarówno polskie jak i te z najodleglejszych krańców świata.
Na mydło marki SZTUKA MYDŁA miałam ochotę już od dawna ale wiadomo jak to jest. Składa się zamówienie na kosmetyki i, tak całkiem przy okazji, kuszą inne mydełka i lądują w koszyku. Jednak teraz postanowiłam kupić wreszcie SZTUKĘ MYDŁA, a właściwie to trzy sztuki. Dzisiaj dostałam paczuszkę, a w niej te oto sztuki:
Zapewne ciekawi Was jakie ta są mydełka. Zobaczcie:
Nietrudno odgadnąć po nazwach, że jedno z nich to mydło miodowe, drugie lawendowe, a trzecie dyniowe. Prawdę mówiąc miałam ochotę na wszystkie sztuki mydła, jakie można kupić tutaj ale szczęśliwie udało mi się wyhamować swoje zapędy na trzech kostkach.

Mydła tej marki produkowane są przez małą, polską, mydlarnię i są całkowicie naturalne. Wytwarzane są ręcznie, tradycyjną metodą na zimno. Taka metoda produkcji sprawia, iż mydlane kostki zachowują właściwości swoich składników i dobrze służą ludzkiej skórze, a te składniki to oleje i masła roślinne, olejki eteryczne i cała masa różnych, naturalnych dodatków np. miód, kozie mleko, dynia, marchewka, płatki owsiane, węgiel drzewny i wiele innych. Już nie mogę doczekać się kiedy zacznę którymś z nich się namydlać ale, póki co, mydełka będą musiały trochę poczekać gdyż aktualnie moją łazienkową mydelniczkę zajmuje inna mydlana kostka. W tajemnicy powiem Wam, że mam już upatrzonych kilka innych mydlanych marek i też chciałabym jak najszybciej je wypróbować. Pewnie pomyślicie, że zwariowałam na punkcie mydełek. Może to i prawda ale taki mały, mydlany bzik jakoś wcale mi nie przeszkadza :)
W skład miodowej linii kosmetyków do pielęgnacji ciała włoskiej marki DELIDEA BIO COSMETICS wchodzą trzy produkty. O dwóch z nich już pisałam, a były to: rewitalizujący peeling do ciała i rewitalizujący żel pod prysznic. Dziś przyszła kolej na ostatnią pozycję z linii miodowej, a mianowicie na Rewitalizujący krem do ciała.
Krem, podobnie jak pozostałe kosmetyki z tej serii, można stosować do każdego rodzaju skóry, a zawarty w kremie miód ma ją pozostawić nawilżoną, miękką i pachnącą. Krótko mówiąc ma to być całościowa i rozpieszczająca pielęgnacja skóry. Krem jest kosmetykiem przetestowanym dermatologicznie oraz na obecność niklu. Nie zawiera substancji pochodzących z organizmów modyfikowanych genetycznie ani pestycydów. Barwniki i substancje zapachowe są pochodzenia naturalnego. Naturalność kremu potwierdza certyfikat NaTrue.

Rewitalizujący krem do ciała otrzymujemy w plastikowym, przezroczystym słoiczku z metalową zakrętką w kolorze złota. Znajduje się tam 150 ml kosmetyku. Konsystencja kremu jest typowa dla kremu lekkiego. Zapach taki sam jak w dwóch pozostałych kosmetykach z tej serii. Miód i cynamon. Uwielbiam ten zapach. Jest tylko nieco mniej intensywny niż w peelingu. W kremie nie ma też złotego brokatu, którego dużo jest w peelingu i w żelu pod prysznic. Mimo to na skórze pozostaje trochę złocistych punkcików pochodzących z żelu. Taka sytuacja mi odpowiada. Nie chciałabym żeby moja skóra była mocno błyszcząca.

W odróżnieniu od peelingu krem jest bardzo wydajny. Używam go od początku sierpnia i jeszcze trochę go jest w słoiczku, a wiadomo przecież, że kremu do ciała używa się codziennie, natomiast peeling robię przeważnie raz w tygodniu. Kremik dobrze się wchłania, należy tylko uważać, żeby nie nałożyć go zbyt dużo na skórę. Nie pozostawia tłustej warstwy. Mnie delikatna, tłusta warstewka na skórze nie przeszkadza ale wiele osób tego nie lubi i dla nich ten krem jest wręcz stworzony. Krem bardzo dobrze dba o skórę. Tak jak obiecuje producent pozostawia ją dobrze nawilżoną i miękką. Bardzo polubiłam ten kosmetyk, szkoda tylko, że jego piękny zapach nie pozostaje dłużej na skórze.

Skład kremu (INCI): Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Butyrospermum Parkii Butter*, Helianthus Annuus Seed Oil*, Mel, Hydrogenated Palm Kernel Glycerides, Dodecane, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Theobroma Cacao Seed Butter*, Glyceryl Caprylate, Xanthan Gum, Cetyl Alcohol, Hydrogenated Palm Glycerides, Squalene, Beta-Sitosterol, Lactic Acid, Tocopherol, Parfum**, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Silica, Calcium Aluminum Borosilicate, Coumarin**, Linalool**, Tin Oxide, CI 77491, CI 77891.
* - składniki organiczme,
** - z naturalnych olejków eterycznych.
Łupieżu, na szczęście, nie posiadam, a mimo to kupuję czasem szampony przeciwłupieżowe. Dlaczego? Otóż wychodzę z założenia, że jeśli taki szampon ma dobry, naturalny skład, to jego antyłupieżowe działanie nie powinno mi zaszkodzić. I rzeczywiście tak jest. Dziś przedstawiam Wam kolejny taki kosmetyk, a mianowicie Szampon przeciwłupieżowy do włosów przetłuszczających się włoskiej marki BIOEARTH.
Producent zapewnia, że jest to szampon głęboko oczyszczający przeznaczony do włosów przetłuszczających się oraz do problematycznej skóry głowy (łupież, łojotokowe zapalenie skóry głowy, łuszczyca). W szamponie zastosowano łagodne substancje powierzchniowo-czynne pochodzenia roślinnego. Ma on działanie oczyszczające, odświeżające, kojące. Reguluje też wydzielanie sebum, eliminuje przykre swędzenie, w włosom dodaje blasku i objętości. Dzięki zastosowanym ekstraktom ziołowym działanie szamponu jest skuteczne i jednocześnie delikatne.
Skusiłam się na ten szampon gdyż spodobał mi się jego skład. Wygląda tak:

W większości szamponów na pierwszym miejscu w składzie znajdujemy wodę. a tu pierwsze miejsce zajmuje sok z liści aloesu. Aloes często wykorzystywany jest przez producentów kosmetyków ze względu na swoje dobroczynne działanie na skórę. Łagodzi on podrażnienia skóry i przyspiesza regenerację naskórka. Łagodzi ból, swędzenie i ewentualny obrzęk. Aloes wzmacnia włosy gdyż przyspiesza krążenie krwi w drobnych naczyniach w skórze i jednocześnie dostarcza witaminy i minerały. Dzięki temu skóra i cebulki włosowe są lepiej odżywione, a włosy wzmocnione. Następnym ziołowym składnikiem jest ekstrakt z korzeni łopianu (Arctium Lappa Root Extract). Korzeń łopianu zawiera wiele cennych substancji jak proteiny, karoten, olejki eteryczne, fitosterole, siarkę, fosfor, witaminę C. Wzmacnia cebulki włosowe, odnawia słabą i uszkodzoną strukturę włosa. Pomaga usuwać łupież, a także dolegliwości związane z łuszczycą czy egzemą, eliminuje swędzenie. Ponadto posiada silne działanie przeciwgrzybicze i przeciwbakteryjne. Kolejnym składnikiem są hydrolizowane proteiny pszenicy (Hydrolyzed Wheat Protein). Proteiny bardzo często stosowane są w kosmetyce. Ich główna funkcja to działanie nawilżające i zmiękczające. Proteiny mają zdolność wypełniania ubytków w strukturze włosa co poprawia jego kondycję i zapobiega dalszym zniszczeniom. Ostatnim składnikiem ziołowym jest ekstrakt z kwiatów rumianku (Chamomilla Recutita Extract). Rumianek nadaje włosom połysk i elastyczność, a w przypadku włosów przetłuszczających się przeciwdziała powstawaniu łupieżu. Zawiera też wiele minerałów zapobiegających wypadaniu włosów.
Poza tym w składzie widzimy dwa łagodne detergenty (Decyl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine) oraz panthenol i gluconolacton. Są to substancje o działaniu głównie nawilżającym.
Widać, że skład tego szamponu jest przemyślany, a składniki starannie dobrane i nie ma ich przesadnie dużo.
Szampon zamknięto w przezroczystej, plastikowej butelce o pojemności 250 ml. Lubię takie przezroczyste opakowania dzięki którym bez problemu można kontrolować ilość kosmetyku jak nam pozostała. Butelka zapakowana jest w kartonik o takiej samej, przyjemnej dla oka, szacie graficznej. Szampon jest przezroczysty i ma barwę żółtą. Konsystencja jest lekko żelowa, typowa dla większości szamponów. Zapach z powiewem świeżości, a dokładnie ziołowy z dominującą nutą miętową. Przyjemny i niezbyt intensywny.

Szampon zawiera tylko dwa łagodne detergenty ale mimo to pieni się całkiem dobrze. Bardzo dobrze oczyszcza skórę i włosy. Bez problemu zmywa oleje. Jest rzeczywiście łagodny. Ani razu nie spowodował swędzenia mojego wrażliwego skalpu. Włosy po umyciu są nieco splątane, jak po większości szamponów. Jednak rzadko używam po nim odżywki. Przeważnie rozczesuję i pozostawiam włosy do wyschnięcia. Suche włosy ładnie się błyszczą i dobrze ukladają. Natomiast jeśli idzie o regulację wydzielania sebum, to zawsze sceptycznie odnoszę się do takich obietnic producentów. Jeszcze nie miałam szamponu, który dokonałby tej sztuki. Jak już niejeden raz wspominałam, ze względu na silne przetłuszczanie się mojej czupryny, myję ją codziennie rano. Gdybym następnego dnia jej nie umyła, to do południa włosy wyglądałyby jako tako ale po południu byłyby to już brzydkie, tłuste strączki. Zrobiłam więc eksperyment. Jednego dnia umyłam włosy bardzo wcześnie rano, niemal w nocy (przed wyjazdem do pracy), a następnego dnia nie umyłam ich wcale. Wyobraźcie sobie, że wieczorem tego drugiego dnia moje włosy były jeszcze w niezłym stanie. Z pewnością nie były okazem świeżości ale nie wyglądały tragicznie. Wygląda na to, że ten szampon rzeczywiście w pewnym stopniu reguluje wydzielanie sebum. Mimo to nadal myję włosy codziennie. Pewnie działa siła wieloletniego przyzwyczajenia :)

Już po składzie widać, że szampon BIOEARTH jest kosmetykiem naturalnym. Potwierdza to certyfikat ICEA. ICEA jest jednym z najważniejszych organów certyfikujących produkty naturalne i organiczne we Włoszech i w Europie.
Nie muszę chyba dodawać, że jestem z tego szamponu bardzo zadowolona. Jest jednym z lepszych jakie miałam i pewnie jeszcze niejeden raz zagości w mojej łazience. Nie wiem tylko jak sobie radzi z łupieżem gdyż, jak wspomniałam na początku postu, łupieżu nie posiadam. Szampon kupiłam w tym sklepie.
Wiele razy pisałam jak wielką miłością darzę naturalne mydła w kostkach więc pewnie dziwi Was, że nagle piszę o żelu pod prysznic. Nie znaczy to, że rezygnuję z mydlanych kostek. Nic takiego nie wchodzi w rachubę. Jednak czasem nie zaszkodzi, tak dla urozmaicenia, wypróbować jakiś fajny żel. Taki żelowy skok w bok nie zdarza mi się często, poprzedni miał miejsce prawie dwa lata temu. Gdy skończę ten żel powrócę do mydełek tym bardziej, że kilka nowych kostek czeka na wypróbowanie.
Rewitalizujący żel pod prysznic kupiłam w zestawie razem z peelingiem i kremem do ciała (klik). O peelingu pisałam tutaj, a dzisiaj przyszła kolej na żel.
Rewitalizujący żel pod prysznic jest kolejnym kosmetykiem z linii Honey włoskiej marki DELIDEA. Producent zapewnia, że tworzy on delikatną i zmysłową pianę, delikatnie pielęgnuje i oczyszcza skórę pozostawiając równie delikatny zapach.
Żel, podobnie jak inne kosmetyki tej linii, jest przetestowany dermatologicznie, a także na zawartość niklu. Zawiera wyłącznie składniki naturalnego i neutralnego pochodzenia. Nie znajdziemy w nim substancji pochodzących z organizmów genetycznie modyfikowanych ani pestycydów i formaldehydu, a barwniki i składniki zapachowe są pochodzenia naturalnego. Tyle od producenta.
Żel zamknięto w prostej, plastikowej butelce z metalową zakrętką. Butelka jest przezroczysta, a etykieta nie zakrywa jej całkowicie, a więc możemy kontrolować ilość kosmetyku jaka pozostaje nam do dyspozycji. Większość żelu już zużyłam, a etykieta nie odkleja się i nie niszczy od wody. Nadal wygląda jak nowa. Taka butelka bardzo ładnie prezentuje się na łazienkowej półce.
Żel ma konsystencję niezbyt gęstą, w zasadzie typową dla większości tego rodzaju kosmetyków. Jest przezroczysty i ma barwę żółtą. Zatopiono w nim mnóstwo złocistych, brokatowych drobinek, dzięki czemu żel wygląda pięknie i wręcz błyszczy złotem. Pachnie tak jak peeling z tej samej serii, a mianowicie miodem i cynamonem. Wytwarza obfitą pianę roztaczającą ten uwielbiany przeze mnie aromat. Dobrze oczyszcza skórę i nie wysusza jej. Mimo to, po umyciu ciała, aplikuję na skórę krem z tej samej serii. Moja skóra jest sucha i wolę ją dodatkowo zabezpieczyć. Być może osoba mająca skórę normalną nie musiałaby tego robić.
Żel pozostawia na skórze swój zapach. Jest on delikatny i nie utrzymuje się zbyt długo, a szkoda. Poza zapachem możemy zaobserwować na sobie maleńkie, złociste punkciki pięknie błyszczące gdy padnie na nie światło słoneczne pod odpowiednim kątem. Nie ma tych brokatowych punkcików zbyt dużo ale to właśnie mi odpowiada. Jest to idealny żel na lato gdyż złocisty brokat ładnie prezentuje się na opalonej skórze. Nie żałuję, że go kupiłam i z przyjemnością go przetestowałam.
Rewitalizujący żel pod prysznic jest kosmetykiem naturalnym co potwierdza certyfikat NaTrue. Należy zużyć go w ciągu 12 miesięcy od otwarcia butelki.
Skład żelu (INCI): Aqua, Coco-Glucoside, Glycerin, Sodium Coco-Sulfate, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Parfum**, Xanthan Gum, Mel, Glyceryl Oleate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Citric Acid, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Calcium Aluminum Borosilicate, Silica, Caramel, Tin Oxide, CI 77891, CI 77491.
* - składniki organiczne,
** - składniki pochodzenia naturalnego.
Pisałam niedawno o Balsamie do ciała marki Biolaven (klik), a dziś przyszedł czas na przedstawienie mojej opinii o innym kosmetyku tego producenta, a jest nim Szampon do włosów.
Producent tak pisze o szamponie:
"Wzmacniająco-wygładzający szampon do każdego rodzaju włosów, do codziennego stosowania. Delikatnie ale skutecznie oczyszcza nie podrażniając nawet najbardziej wrażliwej skóry głowy. Olej z pestek winogron zapewnia włosom miękkość, gładkość i sprawia, że stają się bardziej odporne na niekorzystne czynniki. Olejek eteryczny z lawendy, symbol Prowansji, znany jest ze swoich odświeżających i wzmacniających własciwości."
Jak ja oceniam ten szampon? Przede wszystkim podoba mi się jego skład. Jest krótki i naturalny. To lubię. Takie składy są charakterystyczne dla kosmetyków Sylveco, bo serię Biolaven produkuje właśnie Sylveco. Skład wygląda tak:
Szampon Biolaven zamknięto w białej, plastikowej butelce o pojemności 300 ml. Szata graficzna opakowania typowa dla kosmetyków tej marki, skromna i elegancka.
Zapach szamponu jest bardzo przyjemny. Pachnie dokładnie tak samo jak balsam do ciała czyli winogronowo i landrynkowo. Domyślam się, że cała seria Biolaven odznacza się tym właśnie zapachem.
Zaskoczeniem dla mnie był wygląd szamponu i jego konsystencja. Gdy wyleje się trochę szamponu na dłoń to widzimy płyn przezroczysty jak woda, a w nim zupełnie białe smugi. Wygląda to tak:
Po raz pierwszy spotkałam się z takim wyglądem szamponu. Oczywiście smugi te nie przeszkadzają w umyciu włosów ale można łatwo się ich pozbyć wstrząsając lekko butelką przed użyciem szamponu. Wówczas smugi znikną i otrzymamy jednorodny, mętny płyn przypominający rozwodnione mleko.
Jeśli idzie o konsystencję to powiem tyle, że jeszcze nigdy nie miałam tak rzadkiego szamponu. Jest rzadki niemal jak woda. Wylewając porcję szamponu na rękę bardzo trudno jest uniknąć przeciekania przez palce, a zanim doniosę rękę z szamponem do włosów, to jeszcze trochę się wyleje. Nie trzeba dodawać, że fatalnie wpływa to na jego wydajność. Uważam, że szampon powinien być jednak gęściejszy.
Jak już wspomniałam wyżej szampon ładnie pachnie. Pieni się dosyć dobrze. Jest rzeczywiście delikatny. Mojemu skalpowi niewiele potrzeba żeby wystąpiło uciążliwe swędzenie ale po tym szamponie tego przykrego zjawiska po prostu nie ma. Po umyciu włosy można rozczesać bez większego problemu. Są one trochę splątane ale miewałam szampony znacznie bardziej plączące włosy.
Szampon Biolaven przeznaczony jest do wszystkich rodzajów włosów. Ja mam włosy tłuste i Biolaven dosyć dobrze je oczyszcza ale nie opóźnia ani nie przyspiesza przetłuszczania się włosów. Jak zawsze muszę je myć codziennie. Próbowałam zmywać nim oleje z włosów ale, niestety, nie nadaje się do tego. Żeby usunąć olej musiałam aplikować szampon przynajmniej trzy razy. Nie jest to wielki problem, nie wszystkie szampony zmywają oleje i dlatego zawsze mam w domu taki, który z olejami dobrze sobie radzi. Włosy po umyciu szamponem Biolaven są delikatne i miękkie w dotyku i ładnie się błyszczą.

Balsam do ciała Biolaven zachwycił mnie natomiast szampon nieco rozczarował. Najbardziej przeszkadza mi w nim ta wyjątkowo rzadka konsystencja dzięki której kosmetyk jest mniej wydajny i trudniejszy w użyciu. W moim odczuciu jest to całkiem przeciętny szampon. Trudno przecież zachwycać się szamponem dlatego, że oczyścił włosy. W końcu to jego podstawowa rola. Zużyję go, rzecz jasna, do końca ale następnej butelki raczej nie kupię.
Każda
z nas wie, że nie może być mowy o prawidłowej pielęgnacji cery bez
uprzedniego demakijażu (jeśli ktoś się maluje) i porządnego
oczyszczenia skóry. Kosmetykiem kończącym zabiegi oczyszczające jest
tonik. Nie wyobrażam sobie pielęgnacji mojej cery bez toniku, który
czasem ma postać hydrolatu lub toniku samorobionego. Tak się złożyło, że
ostatnio używam toników gotowych ale nie zamierzam rezygnować z hydrolatów i
samoróbek. Aktualnie w mojej łazience gości Tonik normalizujący z witaminą C od AVALON ORGANICS.
O toniku przeczytałam:
"Tonik
z serii "witaminowa odnowa skóry", którego zadaniem jest przywrócenie
skóry do stanu naturalnej równowagi. Zapewnia właściwy poziom
nawilżenia, wyrównuje jej koloryt, ma także silne działanie
przeciwutleniające. Receptura bogata w ekstrakty z aloesu, ogórka i
papai dogłębnie oczyszcza pory skóry oraz wyrównuje jej odcień
likwidując przebarwienie i inne oznaki fotostarzenia. Zawartość
naturalnej witaminy C pozyskiwanej z roślin zapewnia skuteczną ochronę
przed szkodliwym działaniem wolnych rodników oraz stymuluje produkcję kolagenu w skórze. W rezultacie skóra staje się gładka, jednolita i zdrowa."
Tonik
otrzymujemy w plastikowej butelce o pojemności 250 ml. Butelka nie jest
przezroczysta, a mimo to wyraźnie widać poziom toniku wewnątrz niej i
nawet nie musimy w tym celu oglądać jej pod światło. Butelka posiada
zamknięcie na klik i nie jest to najlepsze rozwiązanie. Takie zamknięcie
dobrze sprawdza się przy produktach gęściejszych np. przy szamponach
ale tonik ma konsystencję wody, a więc łatwo przelewa się przez palce.
Na to jednak też jest rada. Zostawiłam sobie po innych tonikach buteleczki z atomizerem i przelewam do nich tonik. Teraz nie tylko nic się nie zmarnuje ale i aplikacja jest bardzo oszczędna i tonik wystarcza na długo.
Tonik wchodzi w skład serii "Witaminowa odnowa skóry". Miałam już jeden kosmetyk z tej serii, a mianowicie Krem regenerujący z witaminą C. O tym jak się sprawdził na mojej cerze możecie przeczytać tu.
Wszystkie kosmetyki z tej serii odznaczają się pięknym, cytrusowym aromatem i nie inaczej jest z tym tonikiem. Mam wrażenie jakbym wąchała świeżo obrane owoce.
Tonik ma w swoim składzie wiele dobroczynnych substancji roślinnych. Sok z aloesu, ekstrakty z ogórka i papai oczyszczają skórę i nawilżają, zmniejszają też pory skóry. Ekstrakty z nagietka, zielonej herbaty, rumianku i miłorzębu japońskiego działają odżywczo i przeciwzapalnie, natomiast witamina C jest silnym antyoksydantem.
Skóra po zastosowaniu toniku jest nawilżona i wygładzona. Szczególnie doceniłam ten tonik podczas panujących niedawno upałów. Było tak gorąco, że nawet najdelikatniejszy krem wydawał mi się ciężki i tłusty. Wówczas pozostawiałam twarz spryskaną tonikiem i moja cera była wystarczająco zadbana. Teraz, gdy upały minęły, powróciłam do stosowania kremu na dzień i oleju na noc. Mówiąc krótko, tonik jest super i podejrzewam, że nasza znajomość nie zakończy się na jednej butelce.

Skład toniku (INCI): Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Glycerin, Arnica Montana Flower Extract*, Calendula Officinalis Flower Extract*, Camellia Sinensis Leaf Extract*, Carica Papaya Fruit Extract*, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Citrus Limon (Lemon) Peel Extract*, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract*, Echinacea Angustifolia Extract*, Ginkgo Biloba Leaf Extract*, Lavandula Angustifolia Flower/Leaf/Stem Extract*, Olea Europaea Leaf Extract*, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil, Citrus Limon (Lemon) Peel Oil, Ascorbyl Glucoside, Caprylyl/Capryl Wheat Bran/Straw Glycosides, Glyceryl Caprylate, Polyglyceryl-5 Oleate, Salicylic Acid, Sodium Cocoyl Glutamate, Sodium Hyaluronate, Alcohol*, Calcium Gluconate, Gluconalactone, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Citral, Limonene, Linalool.
* certyfikowany składnik organiczny
Niedawno Łucja z Agulkowego Pola pisała (klik), że dopadł ją wirus o nazwie Ecco Verde. Mnie dopadł dokładnie ten sam wirus. Może to jakaś epidemia? Podobnie jak ona składałam niedawno pierwsze zamówienie w tym sklepie, a wczoraj kurier dostarczył mi już drugą paczuszkę. A co w paczuszce? Oczywiście szampon.
Jest to Szampon Keshawa australijskiej marki Apeiron Natural Care. Przeznaczony jest on do włosów tłustych, a więc takich jak moje. Producent twierdzi, że szampon normalizuje funkcje gruczołów łojowych i redukuje szybkie przetłuszczanie włosów. Praktyka pokaże czy to prawda.
Do pielęgnacji twarzy używam aktualnie kremu regenerującego z witaminą C od Avalon Organics. Pisałam o nim tu. Z kremu jestem zadowolona ale jego poziom w słoiczku niebezpiecznie zbliża się do dna. Trzeba było więc pomyśleć o zakupie jego następcy. Oto on:
Jest to Aktywny krem nawilżający włoskiej marki Bioearth, który ma nawilżać i regenerować skórę bez natłuszczania. Jestem bardzo ciekawa tego kremu ale zanim zacznę go używać muszę wykończyć jego poprzednika.
Następnym kosmetykiem jest puder sypki transparentny Lavery.
Puder ten nie jest dla mnie nowością. Miałam go już i pisałam o nim tutaj. Świetnie sprawdził się na mojej cerze i dlatego kupiłam go ponownie.
Ostatnią pozycją jest oczywiście mydełko.
Mydła marki Dr. Bronner`s widywałam w sklepach internetowych ale nigdy żadnego z nich nie miałam. Teraz postanowiłam jedno wypróbować i wybrałam wersję różaną. Bardzo lubię różane kosmetyki więc ten wybór był dla mnie oczywisty.
Zapewne zastanawiacie się dlaczego tak chwalę ten sklep. Jednym z powodów jest ciekawa i bogata oferta kosmetyczna. Ale to nie wszystko. Drugim, bardzo ważnym powodem jest stosunek tego sklepu do klienta. Opowiem Wam co mi się ostatnio zdarzyło. Zamówienie, które tu pokazałam złożyłam w czwartek 3 września i wtedy też zrobiłam przelew. Okazało się (nie będę tłumaczyć dlaczego bo to zawiła historia), że przelew z mojego konta poszedł dwa razy. W piątek, już przed ósmą rano, dostałam maila od pani Moniki z Ecco Verde z informacją, ze dostali podwójną zapłatę i z pytaniem, czy jest to moja pomyłka, czy też życzę sobie za te pieniądze jakieś produkty. Odpisałam, że to pomyłka i że proszę o zwrot tych pieniędzy. Jeszcze tego samego dnia nadpłacone pieniądze wpłynęły na moje konto bankowe, a zamówienie miało status "wysłane". I jak tu nie chwalić takiego sklepu? Dodam jeszcze, że jeśli wyślę maila do Ecco Verde z jakimś zapytaniem to bardzo szybko dostaję od pani Moniki wyczerpującą odpowiedź. Chciałabym żeby wszystkie polskie sklepy mogły pochwalić się takimi standardami. Polecam wszystkim ten sklep, jest to naprawdę solidna firma.
A co? Mydełka NUBIAN HERITAGE!
Ochoty na te mydła narobiły mi, oczywiście, blogerki. Anula, Łucja z Agulkowego Pola, a potem jeszcze inne dziewczyny tak zachwalały te mydełka, że gdy tylko odkryłam gdzie, poza iHerbem, można je kupić nie wahałam się ani chwili i zamówiłam. Dzisiaj dotarła do mnie przesyłka, a w niej mydełka:
Te trzy mydełka były w ofercie sklepu i wszystkie trzy zamówiłam. Rozpakowałam przesyłkę i musiałam każde mydełko wyjąć z kartonika, obejrzeć i powąchać. Nie mogło być inaczej :)
Zaczęłam od czarnego mydła afrykańskiego. Okazało się, że mydlana kostka wygląda tak:
Na szczęście pozostałe dwa mydełka są całe.
Jak myślicie, w którym sklepie kupiłam te mydełka? Oczywiście w tym. Gdy składałam zamówienie korciły mnie też balsamy Nubian Heritage ale pomyślałam sobie, że pierwszy raz kupuję w tym sklepie, nic o nim nie wiem więc lepiej będzie poprzestać na mniejszym zamówieniu. I tak zrobiłam, a następnego dnia przeczytałam na blogu Kosodrzewiny o tym, że ona, oprócz mydełek, kupiła w tym samym sklepie balsamy NH i okazało się, że są przeterminowane. Dobrze, że powstrzymałam się przed ich zamówieniem.
I wiecie co? Nawet nie będę kontaktować się z tym sklepem. W końcu zawsze można powiedzieć, że mydło zostało uszkodzone podczas transportu, a je nie będę w stanie udowodnić, że było inaczej. Myślę jednak, że jeśli pracownicy poczty tak brutalnie obchodzą się z powierzonymi im przesyłkami, to dlaczego tylko jedno mydło zostało połamane, a nie wszystkie?
Zastanawiam się po co niektórzy ludzie zakładają sklepy skoro nie traktują klientów poważnie? Zamówienie na te mydełka złożyłam w niedzielę 30 września i natychmiast zrobiłam przelew, a więc pieniądze wpłynęły na konto sklepu w poniedziałek. Tymczasem jeszcze w środę status mojego zamówienia brzmiał: "nieopłacone". Zaniepokoiło mnie to i zadzwoniłam do sklepu. Pani właścicielka stwierdziła, że rzeczywiście zapłata wpłynęła i obiecała, że jeszcze tego samego dnia wyśle mydła. Przesyłka dotarła do mnie dopiero dzisiaj. Ciekawe, jak długo jeszcze musiałabym czekać na te mydełka gdybym nie zadzwoniła. Powiem krótko. Zdecydowanie odradzam zakupy w tym sklepie.