Bardzo lubię peelingi własnej produkcji. Przeważnie są one zrobione z tego, co mamy we własnej kuchni, a ich wykonanie jest łatwe i najczęściej zajmuje zaledwie kilka minut. Pokusiłam się więc o zrobienie egzotycznego peelingu cytrynowego. Nie jest to peeling mojego pomysłu, przepis na jego wykonanie znalazłam w książce Klaudyny Hebdy "Ziołowy Zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu".
Do jego wykonania potrzebujemy bardzo niewielu składników. Oto one:
Składniki:
- 300 g białego cukru
- 1 cytryna, najlepiej ekologiczna
- 2 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego
Opcjonalnie:
- 10 kropli eterycznego olejku cytrynowego.
Wykonanie jest bardzo proste. Cukier wsypujemy do miski. Ze sparzonej i wyszorowanej cytryny ścieramy na tarce skórkę i łączymy z cukrem. Z cytryny wyciskamy sok i tez dodajemy do cukru. Olej kokosowy powinien mieć konsystencję płynną, a więc trzeba go stopić w kąpieli wodnej. Dwie łyżki płynnego oleju dodajemy do cukru, całość mieszamy łyżką i gotowe. Mamy peeling o pięknym, delikatnym zapachu cytryny i kokosa. Jeśli chcemy bardziej intensywny zapach, możemy dodać cytrynowego olejku eterycznego. Ja dodałam.
Autorka receptury zaleca przechowywanie peelingu w lodówce i tak też robię.
Lubię eksperymentować z takimi samorobionymi kosmetykami i tym razem też tak było. Zrobiłam drugą porcję peelingu cytrynowego i wzbogaciłam go kilkoma dodatkami, a mianowicie żelem aloesowym, potrójnym kwasem hialuronowym i nasionami pokrzywy.
Najpierw wsypałam trochę nasion i wszystko wymieszałam. Peeling zmienił kolor. Już nie był taki biało-żółty tylko jasnoszary z odcieniem zielonym.
Domieszałam jeszcze po trochu kwasu hialuronowego i żelu aloesowego. Teraz mam dwa peelingi własnej produkcji.
Bardzo lubię te peelingi. Kiedyś już je robiłam, a więc mam je przetestowane. Są to dobre zdzieraki o pięknym zapachu. Po ich użyciu nie trzeba już stosować balsamu do ciała. Dzięki zawartemu w nich olejowi kokosowemu skóra jest nawilżona i natłuszczona ale prawie nie ma na niej tłustej warstwy.
Warto robić takie domowe peelingi. Są to produkty dobrej jakości, wiemy z czego się składają, są całkowicie naturalne. Są też bardzo tanie. Nie będę liczyć ile by kosztowały np. dwie łyżki oleju kokosowego ale koszt takiego peelingu to zaledwie kilka złotych. Gotowe są wielokrotnie droższe.
Robicie domowe peelingi? Może macie jakieś ciekawe przepisy?
Puder myjący od Make me bio kusił mnie już od dosyć dawna. Czytałam różne opinie na jego temat. Pochwalne i krytyczne. Jest jednak tylko jeden sposób na to, żeby się dowiedzieć jaki jest kosmetyk i czy działa tak, jak producent obiecuje. Trzeba wypróbować go na własnej skórze. Poza tym byłam ciekawa jak to jest myć się pudrem. Tak więc robiąc w czerwcu kosmetyczne zakupy wrzuciłam go do koszyka.
Producent tak pisze o pudrze:
Nieskazitelna, niemal porcelanowa cera dzięki naturalnemu pudrowi do oczyszczania twarzy. Niezwykle delikatny puder myjący szczególnie polecam do skóry delikatnej, suchej i naczynkowej.W łagodny lecz skuteczny sposób oczyszcza skórę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, odtyka zatkane pory oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne pozostawiając skórę odżywioną i pełną blasku.
- biała glinka - wykazuje działanie ściągające i odżywiające. To delikatny i skuteczny sposób na oczyszczenie porów. Odświeża, wygładza i nadaje odpowiedni koloryt skórze.
- owies - działa przeciwzapalnie i oczyszczająco. Wspomaga walkę z trądzikiem, regeneruje i łagodzi podrażnienia. Zmiękcza i nawilża skórę pozostawiając ją miękką w dotyku.
- olejek z lawendy - działa antyseptycznie i oczyszczająco. Pomaga w walce z trądzikiem i wypryskami. Dodatkowo wygładza skórę i reguluje pracę gruczołów łojowych oraz regeneruje naskórek.
- ekstrakt z róży - tonizuje i wygładza. Zmniejsza zmiany trądzikowe i odżywia skórę wyrównując jej koloryt. Uelastycznia i nawilża skórę dzięki zawartym w ekstrakcie witaminom i kwasom organicznym.
Urokliwy słoiczek z ciemnego szkła przewiązany sznurkiem skrywa 60 ml białego pudru. Zapach tego pudru jest trochę dziwny. Lawendę wyczuwam w nim słabo, jest też trochę ziołowy, trochę pudrowy. W sumie kojarzy mi się z apteką.
Puder można stosować na dwa sposoby. Przede wszystkim jako środka myjącego ale można też zrobić z niego maseczkę. Najczęściej używam go do mycia twarzy, robię to 1-2 razy w tygodniu. Trochę pudru wsypuję do małej miseczki i rozrabiam z wodą do otrzymania papki. Papkę nakładam na twarz i wykonuję delikatny masaż palcami. W pudrze znajduje się drobno zmielony owies, który działa jak delikatny peeling. Po wymasowaniu twarzy spłukuję puder letnią wodą. Po takim zabiegu cera jest czyściutka i miękka. Puder oczyszcza twarz delikatnie, a więc nie powoduje podrażnień oraz nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Spodobał mi się taki (inny niż zazwyczaj) sposób oczyszczania twarzy.

Czasem robię z tego pudru maseczkę. Biorę go niewiele więcej niż do samego oczyszczania, mieszam z hydrolatem i dodaję odrobinę oleju, a czasem także inne dodatki np. kwas hialuronowy, glicerynę roślinną, żel aloesowy, witaminę E. Za każdym razem maseczka jest trochę inna. Nakładam ją na twarz, masuję palcami i pozostawiam na ok. 10 minut. Skóra jest oczyszczona, nawilżona i odżywiona. Moja cera polubiła ten niekonwencjonalny kosmetyk i pewnie od czasu do czasu do niego wrócę.
Skład pudru jest krótki. To tylko cztery składniki: Kaolin, Avena Sativa (Oat) Meal, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Oil, Rosa Damascena (Rose) Flower Oil.
Znacie ten puder? Jeśli tak, to przypadł Wam do gustu, czy też nie?
Obiecałam sobie, że we wrześniu i w październiku nie będę robiła kosmetycznych zakupów. Jak dotychczas danego sobie słowa dotrzymuję, natomiast tytułowe nowości dostałam w prezencie. W poniedziałek do moich drzwi zadzwonił kurier i wręczył mi paczkę. Nie miałam pojęcia co się w niej znajduje więc szybko ją otworzyłam. Zobaczcie co było w środku:
W kartonie znalazłam słoik miodu wielokwiatowego. Bardzo lubię miód i z przyjemnością go skonsumuję. Były tam też trzy mydełka. Dwa od Sylveco (ujędrniające i odżywcze) oraz kostka czarnego mydła afrykańskiego marki Shamasa. Na to mydło już od dawna miałam ochotę, a więc chętnie przetestuję je na własnej skórze. Kolejnym produktem jest Eukaliptusowy krem przeciw przeziębieniu marki Argital. Z pewnością przyda się podczas jesiennych i zimowych infekcji. No i jeszcze maseczki w saszetkach. Trzy marki Luvos (regenerująca, rewitalizująca i nawilżająca) oraz Naturalna, upiększająca maska do twarzy z różowym pomelo od Cosnature. Zadbają o moją cerę.
To jeszcze nie wszystko. Na dnie kartonu, zapakowana w eleganckie, płaskie pudełko znajdowała się najważniejsza moim zdaniem część prezentu. Oto ona:
Piękna, trójkątna chusta wykonana szydełkiem. Muszę przyznać, że ta chusta to był dla mnie szok. W życiu bym się nie spodziewała takiego wspaniałego prezentu. Kto przysłał mi te cudeńka? Oczywiście Bianka. Jakiś czas temu Bianka pokazała na swoim blogu jedną z wydzierganych przez siebie chust. Możecie zobaczyć ją tutaj. Wyobrażam sobie ile czasu i pracy trzeba włożyć w wykonanie takiej chusty. Bardzo Ci, Bianko, dziękuję. Właściwie to ja jeszcze nigdy nie miałam chusty. Różne szale, szaliki tak ale chusty nie. Teraz to się zmieni. Zima przed nami więc chusta z pewnością nie będzie leżała odłogiem. Jeszcze raz dziękuję.
PURITE to polska marka kosmetyków naturalnych, którą dopiero zaczynam poznawać. Miałam już od nich dezodorant w kremie, który spisał się bardzo dobrze, a dziś napiszę o dwóch mydlanych kostkach tej marki.
Opakowanie mydeł PURITE stanowi gumka recepturka pod którą wsunięto opaskę z szarego papieru z nadrukowanym logotypem marki i nazwą mydła. Okazało się jednak, że nie jest to opaska lecz złożona w kilkoro kartka/ulotka, na której znajdziemy wszelkie informacje o mydełku, a także o jego najważniejszych składnikach.
Pierwsza kostka to mydło nagietkowe, którego pełna nazwa brzmi: Nagietek + Rozmaryn + Kozie mleko + Miód. Producent pisze, że jest to Najbardziej lecznicze ze wszystkich mydeł, przeznaczone do skóry z problemami (zmiany cukrzycowe, żylakowe zapalenia podudzi) oraz dojrzałej - zw względu na właściwości ujędrniające i przeciwzmarszczkowe nagietka. Ma podwójne działanie lecznicze: część zielona (rozmarynowa) - odkaża, część żółta (nagietkowa) - łagodzi i goi podrażnienia.

Skład mydła (INCI): Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Aqua, Brassica Campestris Oleifera Oil (olej rzepakowy), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu), Olea Eurpaea Fruit Oil (oliwa z oliwek), Butyrospermum Parkii Fruit Butter (masło shea), Ricinus Communis Seed Oil (olej rycynowy), Goat Milk (kozie mleko), Cera Flava (wosk pszczeli), Mel (miód), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka), Rosmarinus Officinalis Leaf Extract (ekstrakt z rozmarynu), Rossmarinus Officinalis Leaf Oil (olejek eteryczny z rozmarynu).
Druga kostka to Mydło płatki owsiane + kozie mleko + miód. Producent pisze, że jest Najdelikatniejsze ze wszystkich mydeł Purite. Przeznaczone do skóry wrażliwej i wysuszonej.Za sprawą oczyszczającej mocy płatków owsianych skutecznie likwiduje zaskórniki. Wzbogacone w miód i kozie mleko. Doskonale oczyszcza i nawilża skórę.
Skład mydła (INCI): Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Aqua, Brassica Campestris Oleifera Oil (olej rzepakowy), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu), Olea Europaea Fruit Oil (oliwa z oliwek), Butyrospermum Parkii Fruit Butter (masło shea), Persea Gratissima Oil( olej z awokado), Goat Milk Powder (sproszkowane mleko kozie), Cera Flava (wosk pszczeli), Mel (miód), Oatmeal (płatki owsiane), Cocos Oil (olejek eteryczny kokosowy), Mica (CI 77019), Iron Oxide (CI 77491), Titanium Dioxide (CI 77891).
Mydła Purite nie zawierają konserwantów, sztucznych aromatów i barwników.
Obie kostki mają wiele wspólnych cech. Bardzo ładnie pachną. Nagietkowa ma delikatny zapach mydła i rozmarynu, natomiast owsiana pachnie wyraźniej niż nagietkowa i jest to zapach kokosu i wanilii z nutą mydlaną. Każde z tych mydełek obficie się pieni. Wytwarzają tak charakterystyczną dla mydeł naturalnych aksamitną pianę. Mam wrażenie, że myję się delikatną, aksamitną emulsją. Uwielbiam tę pachnąca pianę otulającą ciało.
Mydełka bardzo dobrze oczyszczają skórę i nie wysuszają jej. Myję nimi ciało i twarz. Po umyciu nie ma uczucia ściągniętej skóry. Są też dobrym środkiem do higieny intymnej. I to jest właściwie wszystko czego oczekuję od mydeł. Nie wierzę natomiast w obiecywane przez producenta ujędrnianie i nawilżanie skóry. Najważniejsze dla mnie jest to, że skóra jest czysta ale nie wysuszona. Od nawilżania i odżywiania skóry są inne kosmetyki. Jak dla mnie działanie myjące tych mydeł jest bardzo dobre i z pewnością do nich powrócę. Będę też chciała wypróbować inne mydła Purite. Myślę, że na to zasługują.
Ostatnio często piszę o kosmetykach polskiej marki ORIENTANA. Dzisiaj opowiem o dwóch kolejnych kosmetykach tej marki, a mianowicie o Ajurwedyjskim szamponie i odżywce Jaśmin i migdałecznik.
Szampon otrzymujemy w prostej, plastikowej butelce o pojemności 210 ml.
Producent pisze, że jest to Naturalny szampon do włosów na bazie roślin indyjskich stworzony według formuły ajurwedyjskiej. Nie zawiera SLS/SLES, silikonów, parabenów ani innych szkodliwych substancji chemicznych. Nie plącze włosów, nawilża je i odżywia. Do włosów cienkich i delikatnych.
Działanie aktywnych składników:
Amla - zapobiega wypadaniu,
Reetha - naturalnie oczyszcza,
Shikakai - zmiękcza i wygładza,
Lodhra - chroni skórę głowy,
Jaśmin - nadaje połysk,
Migdałecznik - wzmacnia i odżywia.
Szampon jest dosyć gęsty ale bez problemu wylewa się z butelki potrzebną ilość. Kolor ma biały, trochę jak rozwodnione mleko, lekko opalizujący. Zauroczył mnie zapach tego szamponu. Jest to zapach jaśminu z ziołowym akcentem, a jednocześnie jest świeży i nieodparcie kojarzy mi się z Orientem. Bardzo mi się podoba.
Szampon bardzo dobrze się pieni. Tworzy pianę o takiej zwartej strukturze. Mam wrażenie, że myję włosy emulsją, a nie pianą. Wymaga też dokładniejszego spłukiwania niż w przypadku innych szamponów. Jest wydajny, a więc trzeba uważać żeby nie użyć go zbyt dużo gdyż wtedy trzeba go dosyć długo spłukiwać.
Ten szampon rzeczywiście w niewielkim stopniu plącze włosy, a więc można go stosować solo, bez odżywki. Włosy po nim ładnie się błyszczą, są miękkie i lekko odbite od nasady. Są też sypkie, co bardzo mi odpowiada. Krótko mówiąc fajny, naturalny szampon. Nie polecam go jedynie do zmywania oleju z włosów. Raz spróbowałam i dopiero po trzecim namydleniu włosów szamponem olej był zmyty. Dlatego do zmywania oleju używam innego szamponu, który lepiej sobie radzi z tym zadaniem.

Skład szamponu (INCI): Aqua, Lauryl Glucoside, Palm Kernel/Coco Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoyl Glutamate, Glycerin, Jasminum Officinale Extract, Emblica Officinalis Fruit Powder, Sapindus Mukurossi Fruit Powder, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Glyceryl Oleate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sodium PCA, Rosa Damascena Flower Water, Hydrolyzed Wheat Protein, Terminalia Bellerica Fruit Extract, Oryza Sativa Bran Oil, Acacia Concinna Fruit Powder, Symplocos Racemosa Bark Extract, Zinc PCA, Polyquaternium 10, Panthenol, Decyl Glucoside, Camellia Sinensis Seed Oil, Hydrolyzed Sweet Almond Protein, Xanthan Gum, Jasminum Sambac Flower Extract, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.
Ajurwedyjska odżywka do włosów Jaśmin i migdałecznik zamknięta jest, podobnie jak szampon, w plastikowej butelce o pojemności 210 ml.
Odżywka wygląda identycznie jak szampon. Jest jednak od niego gęściejsza dzięki czemu nie spływa z włosów ale łatwo się po nich rozprowadza. Dosyć trudno jest wydobyć ją z butelki i byłoby lepiej gdyby producent zapakował ją w miękką, plastikową tubę.
Odżywka nie tylko wygląd ma identyczny z szamponem. Zapach też. Piękny, jaśminowy aromat z ziołową nutą.
Składniki aktywne odżywki:
Jojoba - olejek pozyskiwany z pustynnej rośliny Simmondsia Chinensis nawilża, zmiękcza i odżywia włosy,
Gotu Kola (Centella Asiatica) - wzmacnia skórę głowy, przyspiesza wzrost włosów,
Shikakai (Acacia Concinna) - oczyszcza włosy bez naruszania ochrony lipidowej i uszkodzeń. Wzmacnia cebulki włosa i pobudza wzrost. Zwiększa połysk, zmiękcza, wygladza włosy,
Ajwan (Trachyspermum Ammi) - działa aseptycznie i odkażająco na skórę głowy,
Jaśmin - nadaje połysk,
Migdałecznik - wzmacnia i odżywia.
Odżywkę nakładam na umyte, mokre włosy i po kilku minutach spłukuję ciepłą wodą. Włosy łatwo się rozczesują, a po wyschnięciu są błyszczące, miękkie i lekko (szkoda, że nie bardziej) uniesione u nasady. Dobrze się układają. Zarówno szampon jak i odżywka są kosmetykami delikatnymi i nie powodują podrażnień skóry. Moje włosy polubiły ten duet i z pewnością będę do niego wracać.
Skład odżywki (INCI): Aqua, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Glycerin, Stearyl Alcohol, Simmondsia Chinensis Oil, Aquaxyl, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Cetyl Alcohol, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Hydrogenated Vegetable Oil, Centella Asiatica Extract, Citrus Medica Limonum Fruit Powder, Acacia Concinna Fruit Powder, Tocopherol, Sodium PCA, Polyquaternium 10, Jasminum Officinale Flower Oil, Camelia Sinensis Seed Oil, Terminalia Bellerica Fruit Extract, Cetrimonium Chloride, Trachyspermum Ammi Flower Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.
Miodowy słodziak od PSZCZELEJ DOLINKI to nic innego jak scrub do ciała. Bardzo lubię peelingi do ciała i do twarzy. I choć nadal uważam, że najlepszy peeling to czarne mydło Savon Noir i rękawica kessa, to nie gardzę też innymi scrubami. Cukrowymi, czasem solnymi. Tym razem mój wybór padł na Scrub do ciała Miodowy Słodziak. Poznałam już kilka mydełek od Pszczelej Dolinki i wszystkie bardzo mi się podobały, a najbardziej mydło miodowe o nazwie Sam Miód (recenzja). Miałam też masło do ciała tej marki (recenzja) i byłam z niego zadowolona. Skusiłam się więc na peeling.

Producent pisze, że Scrub do ciała jest mieszanką cukru trzcinowego, miodu, masła mango i oliwy z oliwek. Stosujemy go na mokrą, rozgrzaną skórę, pod prysznicem lub w wannie. Delikatnie masujemy ciało, tak, aby kryształki cukru nie podrażniły skóry. Po użyciu dokładnie spłukać ciało dość ciepłą wodą. Świetnie rozgrzewa, pobudza mikrokrążenie w skórze, masuje i usuwa zrogowaciały i martwy naskórek. Bardzo odżywczy, wygładza i zmiękcza skórę.
Skład peelingu jest krótki i naturalny. Oto on: cukier trzcinowy, miód, masło mango, oliwa z oliwek, olejek waniliowy.
W składzie widzimy masło mango polecane do pielęgnacji skóry suchej, zniszczonej, spalonej słońcem, a także skóry dojrzałej, podrażnionej i wrażliwej. Nawilża, uelastycznia i regeneruje skórę oraz ułatwia gojenie się niewielkich ran i podrażnień. Z kolei miód doskonale wpływa na kondycję skóry. Jest dobrze przyswajalny i łatwo się wchłania, nadaje się do pielęgnacji każdego typu skóry. Ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne. Oliwa z oliwek bogata w witaminę F chroni skórę przed nadmierną utratą wilgoci. Jest też bogatym źródłem antyoksydantów, których obecność zapewnia skórze młodość, witalność i ochronę.
Scrub otrzymujemy w płaskim, plastikowym słoiczku o pojemności 200 ml. Podoba mi się to, że zamawiając ten kosmetyk można sobie wybrać jego zapach. Do wyboru mamy zapachy: waniliowy, migdałowy, cynamonowy, daktylowy i imbirowy. Ja wybrałam waniliowy i nie żałuję. Peeling pachnie tak naturalnie jakbym wąchała domowe ciasto. Po prostu apetycznie.
Niestety, w użyciu scrub okazał się nieco uciążliwy, a to ze względu na swoją konsystencję. Jest gęsty i zbity. Trudno go rozprowadzić po skórze gdyż kruszy się i grudki wpadają do wanny. Próbowałam temu zaradzić dolewając do niego trochę oliwy ale nic to nie dało. Przypuszczam, że to ze względu na miód, który w oleju raczej się nie rozpuści. Woda mogłaby pomóc ale wtedy rozpuści się i cukier więc nie ma sensu jej dolewać. Zadowolona byłam natomiast z działania peelingu. Dobrze wygładza skórę pozostawiając ją miękką, pachnącą i delikatnie natłuszczoną. Gdyby nie jego konsystencja peeling byłby świetny. Jednak uciążliwość w stosowaniu trochę zniechęca i dlatego długo trwało zanim go wykończyłam. Raczej nie kupię go ponownie.
Kremy
pod oczy są już stałym elementem pielęgnacji mojej twarzy. Czas
nieubłaganie upływa, lat przybywa. Doszłam więc do wniosku, że trzeba
delikatnej skórze pod oczami zapewnić bardziej staranną pielęgnację i
teraz już zawsze na mojej półce w łazience znajduje się krem pod oczy.
Obecnie jest to Maska - krem pod oczy z rozmarynu polskiej marki ORIENTANA.
O kremie przeczytałam:
Maska
- krem z rozmarynu to bezpieczne połączenie odżywczej maseczki z kremem
pod oczy na noc. Zawarty w nim kwas karnozowy i karnozol mają działanie
antyoksydacyjne - chronią skórę przed wolnymi rodnikami oraz posiadają
właściwości antybakteryjne, drenujące i przeciwzapalne. Dzięki swojej
lekkiej konsystencji maska - krem przenika do najgłębszych warstw skóry i
wygładza zmarszczki stymulując proces odnowy kolagenu.
Maska
- krem zawiera ekstrakty roślinne, które działają wygładzająco i
odżywczo na skórę wokół oczu. Bazą maski jest ekstrakt z trzęsaka - to
bogaty w chitynę i chitosany grzybek, który stymuluje skórę do odnowy i
wygładza zmarszczki. Ekstrakt z rozmarynu likwiduje opuchlizny i worki
pod oczami. Stosuj w nocy - wtedy skóra najlepiej pobiera substancje
zawarte w kosmetykach. Już po kilku dniach stosowania twoja skóra wokół
oczu stanie się jasna, promienna i wygładzona.

Rozmaryn używany jest do celów kosmetycznych od wieków. Już starożytni Egipcjanie wiedzieli o jego właściwościach zmniejszających opuchliznę. Znajdujące się w tej roślinie olejki eteryczne i terpenoidy (kwas karnozowy, karnozol
i inne) posiadają silne własności antybakteryjne, antygrzybicze i
przeciwwirusowe. Działają też antyoksydacyjnie, ujędrniająco i
przeciwzmarszczkowo. W składzie kremu znajduje się też trehaloza. Jest to substancja otrzymywana z alg morskich działająca jako antyutleniacz i utrzymująca długo rezerwy wodne w skórze. Ekstrakt z trzęsaka bogaty w chitynę i chitosany stymuluje skórę do odnowy i wygładza zmarszczki. Z kolei alantoina nawilża i regeneruje skórę.
Opakowanie kremu to wąska i dosyć długa tubka zawierająca 20 g kosmetyku. Wylot tubki ma kształt dziubka co ułatwia precyzyjne dozowanie niewielkich ilości kremu potrzebnych pod oczy.
Kosmetyk ten z wyglądu przypomina mleko, a jego konsystencję określiłabym jako kremowo-żelową. Jest to kosmetyk, który można określić jako dwa w jednym. Wskazuje na to jego nazwa "maska-krem". Producent zaleca stosować go na noc gdyż wtedy skóra najlepiej wchłania składniki i maska najefektywniej spełnia swoją rolę. Krem lekko rozprowadza się po skórze i szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej warstwy i dlatego stosuję go również na dzień. Tuż po aplikacji mam poczucie lekkiego chłodzenia, które szybko mija. Jest to kosmetyk w zasadzie bezzapachowy. Jeśli trochę kremu podstawię pod sam nos to wyczuwam bardzo lekki i przyjemny, ziołowy zapach, natomiast w trakcie nakładania go na skórę nie wyczuwam zapachu.
Po wieczornej aplikacji maski-kremu rano skóra wokół oczu jest dobrze nawilżona. I wiecie co? Ten krem rzeczywiście zmniejsza poranne, podoczne obrzęki, a bywa też, że rano w ogóle ich tzn. obrzęków nie ma. Było to dla mnie miłe zaskoczenie gdyż, prawdę mówiąc, nie dowierzałam, że takie efekty są możliwe. Poza tym krem jest delikatny, nie podrażnił mi oczu, nie uczulił.
Maska-krem pod oczy z rozmarynu jest produktem przeznaczonym do każdego rodzaju cery.
Skład: Aqua, Isoppropyl Myristate, Seaweed Trehalose (naturalny disacharyd z alg), Glycerin, Rosmarinus Officinalis Extract (ekstrakt z rozmarynu) Tremella Fuciformis Extarct (ekstrakt z trzęsaka), Allantoin, Disodium EDTA.
Skład kremu jest krótki i to mi się podoba. Zastrzeżenia mam tylko do konserwantu (Disodium EDTA). Wolałabym żeby producent użył bardziej naturalnej substancji konserwującej zwłaszcza w kosmetyku pod oczy. Jednak ogólnie jestem zadowolona z tego kremu. Podejrzewam, że Orientana zaprzestała jego produkcji gdyż nie ma go już w ofercie firmowego sklepu internetowego. W niektórych sklepach można go jeszcze dostać. Ja kupiłam tu.
O tym, że uwielbiam naturalne mydła w kostkach już wiecie gdyż niejeden raz o tym mówiłam tzn. pisałam. Żele pod prysznic bardzo rzadko goszczą w mojej łazience. Ostatnio zdarzyło się to w roku 2015. Zdecydowanie wolę mydlane kostki od żeli. Podobnie jak Viola z bloga Natura i ja wizyty w sklepach internetowych zaczynam od przeglądu mydeł jakie dany sklep ma w ofercie. W ten sposób można trafić na mydlane marki, których się nie zna czy nawet się o nich nie słyszało. Właśnie w taki sposób trafiłam na mydełka AJEDEN i sprawiłam sobie takie oto cztery cudeńka. Są to: Mydło z pyłkiem pszczelim, Mydło z aloesem, Mydło z czekoladą i Mydło z różą.
AJEDEN to mała rodzinna manufaktura
znajdująca się na obrzeżach Drawieńskiego Parku Narodowego. Właściciele
tej małej firmy mają pasiekę i w ich ofercie znajdziemy, oprócz mydeł, miody i inne produkty pszczele jak pyłek kwiatowy czy świece z wosku pszczelego. Ale pasieka i produkty pszczele to nie wszystko. Właściciele hodują też kozy, a więc mają świeże, kozie mleko i na jego bazie wytwarzają swoje mydła. W składzie większości mydełek nie ma wody. Została zastąpiona kozim mlekiem.
Dzisiaj przedstawię Wam dwie z czterech kostek widocznych na zdjęciu gdyż dopiero dwie przetestowałam. Kostki są dosyć duże. Ważą po 150 g (+/- 10%), a więc trudno je szybko wymydlić. Do tej pory zużyłam połowę jednej kostki i prawie połowę drugiej. Pierwsza z nich to Mydło z aloesem.

Opis producenta: Jeżeli twoja skóra woła o pomoc nie pozostaje nic innego jak wybrać mydło z kozim mlekiem i wyciągiem z aloesu. Wzbogacone nierafinowanym masłem shea i zieloną glinką przyniosą ulgę niejednym dłoniom. Aloes pobudza regenerację naskórka, działa ściągająco i przeciwzapalnie. Mydło łagodzi podrażnienia, jest bezzapachowe więc nie podrażnia skóry. Warto tu wspomnieć o kwasie mlekowym, który występuje naturalnie w kozim mleku. Otóż kwas ten zapewnia naszej skórze odpowiednie pH. Ma to istotne znaczenie ponieważ nie naruszamy naturalnej bariery ochronnej naskórka, która zabezpiecza go przed działaniem czynników zewnętrznych. Kwas mlekowy posiada również silne właściwości nawilżające i odbudowujące komórki.

Mimo iż kostka jest dosyć duża to dobrze układa się w dłoniach i bez problemu można ją mydlić. Mydełko jest bezzapachowe tzn. nie jest perfumowane. Natomiast posiada bardzo lekki zapach naturalnego mydła. Wytwarza obfitą, kremową pianę. Producent w swoim opisie wspomina o myciu nim rąk ale ja używam go także do mycia twarzy i całego ciała. Mydełko dobrze oczyszcza skórę ale jednocześnie jest bardzo delikatne. Nie wysusza jej, nie podrażnia i nie powoduje uczucia ściągnięcia. Dobrze też spisuje się w higienie intymnej. Myślę, że tak delikatnym mydłem można myć również małe dzieci. Jestem z tej kostki bardzo zadowolona.
Skład mydła z aloesem: zmydlona oliwa z oliwek, kozie mleko, zmydlone: olej kokosowy, nierafinowane masło shea i olej z otrąb ryżowych, wyciąg z aloesu, zmydlony: zrównoważony olej palmowy i olej rycynowy, zielona glinka.
Druga kostka to Mydło z pyłkiem pszczelim.
Opis producenta: Mydło z pyłkiem kwiatowym (potocznie zwanym pszczelim) to taka bomba witaminowa o wymiarach 8x6 cm. Te małe kuleczki posiadają ogromną moc. Bogate w witaminy z grupy A, C, PP, E, D, K, H oraz witamin z grupy B. Zawierają również mikroelementy: wapnia, potasu, magnezu, żelaza i cynku. Pyłek posiada właściwości antybakteryjne. Mydło nadaje się do codziennej pielęgnacji. Po dłuższym stosowaniu możliwe, że Wasza skóra odzyska zdrowy wygląd. Po pozytywnych opiniach naszych klientów mydło na stałe zagościło w ofercie.

To mydło, mimo sporych rozmiarów, też dobrze układa się w dłoni i jest wygodne w użyciu. Jest również nieperfumowane. Pieni się obficie ale inaczej niż mydło z aloesem. Tamto wytwarza klasyczną pianę jak większość mydeł naturalnych. Piana mydła z pyłkiem pszczelim jest inna. Bardziej przypomina emulsję niż pianę. Bardzo lubię rozprowadzać tę emulsję po skórze. Mam wrażenie jakbym myła się kremem z dodatkiem piany. Bardzo przyjemne uczucie. Mydełko z pyłkiem pszczelim jest łagodne dla skóry ale dobrze ją oczyszcza i, podobnie jak poprzednie, nie wysusza jej i nie ściąga. Też myję nim twarz i całe ciało i spisuje się świetnie. Kostka ładnie wygląda z kolorowymi kuleczkami pyłku. Obracając kostkę w dłoniach wyczuwa się te kuleczki ale nie jest to mydło peelingujące. Do peelingu potrzeba jednak czegoś ostrzejszego. Najważniejsze, że dobrze myje skórę i jest dla niej delikatne.
Skład mydła: zmydlony zrównoważony olej palmowy, kozie mleko, zmydlone oleje: kokosowy i rycynowy, pyłek pszczeli.
Manufaktura AJEDEN pakuje swoje produkty w opakowania ekologiczne wykonane ze zwykłego, szarego papieru. Mydełka w opakowaniach wyglądały tak:
Pozostałe dwa mydełka czyli z różą i z czekoladą będą musiały trochę poczekać na rozgoszczenie się na łazienkowej mydelniczce. Najpierw muszę wykończyć te dwie kostki, a potem pewnie będę chciała wypróbować mydła innej marki i o nich napisać ale to się dopiero okaże.
Mydła tej marki można kupić w firmowym sklepie producenta oraz w sklepie, w którym je odkryłam, czyli tu.