piątek, 31 stycznia 2014

Błonnik Witalny



            Jakiś czas temu, jeszcze w ubiegłym roku, napisał do mnie pan Paweł reprezentujący firmę MAPA ZDROWIA  i zaproponował przetestowanie błonnika witalnego. Zgodziłam się na tę współpracę i w Wigilię Bożego Narodzenia dostałam paczuszkę z błonnikiem niczym gwiazdkowy prezent.



Krótko o błonniku, tak dla przypomnienia. Błonnik nie jest jednolitą substancją. Jest to kompleks substancji pochodzenia roślinnego. W jego skład wchodzą celulozy, hemicelulozy, pektyny, gumy, śluzy, ligniny itp. Błonnik nie jest trawiony przez ludzki układ pokarmowy, a więc nie jest też przyswajalny. Mimo to ma bardzo duże znaczenie dla zdrowia człowieka. Błonnikowi zawdzięczamy:
  • mniejsze wchłanianie cholesterolu i trójglicerydów i, co za tym idzie, obniżenie ich poziomu we krwi,
  • obniżenie poziomu glukozy we krwi,
  • obniżenie ciśnienia tętniczego krwi,
  • przeciwdziała zaparciom i biegunkom,
  • zmniejsza poczucie głodu,
  • oczyszcza organizm z toksyn,
  • wspomaga proces odchudzania,
  • zapobiega nowotworom przewodu pokarmowego.
Niezłe efekty jak na taką niestrawną i nieprzyswajalną substancję. 


Skoro wiadomo iż błonnik pochodzi z roślin, to oczywiste jest, że jego najlepszym źródłem są warzywa i owoce. Niestety, większość z nas jada zbyt mało warzyw i owoców co oznacza niedobory błonnika. W tej sytuacji warto sięgnąć po suplement diety np. po Błonnik Witalny. W suplemencie tym znajdziemy tylko dwa składniki, a mianowicie: nasiona babki płesznik (Plantago psyllium) 80% i łupiny z nasion babki jajowatej (Plantago ovata) 20%

Błonnik otrzymałam zapakowany w torebkę z dosyć sztywnej folii wyposażoną w zamknięcie strunowe. Jest to dobre rozwiązanie gdyż pozwala na szczelne zamknięcie torebki. Doceniłam to zabierając swój błonnik do pracy. Nigdy nic mi się nie wysypało.

Torebka zawiera 360 g błonnika, co wystarcza na miesięczną kurację. Błonnik należy zażywać dwa razy dziennie. 6 g (11ml) błonnika należy wymieszać w szklance letniej wody i wypić przed posiłkiem ale nie później niż 5 minut od przyrządzenia napoju. Z odmierzeniem potrzebnej ilości błonnika nie ma żadnego problemu gdyż do torebki dołączona jest plastikowa miarka ułatwiająca to zadanie.



  Po wsypaniu do szklanki z wodą ziarna błonnika szybko opadają na dno. Ja odstawiałam szklankę na ok. 5 minut i w tym czasie ziarna wytwarzały śluz przypominający ten z siemienia lnianego. Wtedy wystarczyło zamieszać płyn łyżeczką i wypić. Po wytworzeniu śluzu ziarna nie mają już tendencji do natychmiastowego opadania. Moim zdaniem taki płyn jest właściwie bezsmakowy.



Całkowite oczyszczenie organizmu zapewnia trzymiesięczna kuracja Błonnikiem Witalnym. Ja stosowałam go tylko przez miesiąc. Co mi to dało? Dosyć często męczyły mnie zaparcia. Błonnik uregulował te sprawy i w tej chwili o swoich zaparciach mogę mówić w czasie przeszłym.
Mam wrażenie, że jelita w znacznym stopniu oczyściły się ze złogów. Świadczy o tym takie uczucie lekkości w środku jakiego przedtem nie miałam. Dzięki błonnikowi rzeczywiście mniej jadałam. Pęcznieje on w żołądku i na jedzonko pozostaje mniej miejsca. Mniejsze porcje mi wystarczały, a to sprzyja utrzymaniu w ryzach wagi ciała. Czy schudłam? Niewiele, około 1,5 kg. To schudnięcie wcale nie musi świadczyć o ubytku tkanki tłuszczowej. Równie dobrze może być efektem oczyszczenia jelit. W każdym razie i tak weszłam w jedną parę spodni spośród kilku wiszących bezużytecznie w szafie gdyż jakiś czas temu z nich "wyrosłam". Niestety, nie wiem czy obniżył mi się poziom cholesterolu we krwi. W tym celu należało zrobić odpowiednie badania przed i po stosowaniu błonnika, a ja ich nie zrobiłam.


Podsumowując muszę powiedzieć, że z działania Błonnika Witalnego jestem bardzo zadowolona. Ma mnóstwo zalet i jedną wadę. Tą wadą jest cena,
 360 g kosztuje 127 zł. Kupić można go tutaj.




 

sobota, 25 stycznia 2014

SYLVECO Krem brzozowy z betuliną



             Kosmetyki SYLVECO  są od jakiegoś czasu bardzo popularne w blogosferze więc i ja zainteresowałam się tą marką. Pisałam już kiedyś o Rokitnikowej pomadce ochronnej o zapachu cynamonu (klik), o Lekkim kremie rokitnikowym (klik) i o Regenerującym kremie do stóp (klik), a dzisiaj przyszła kolej na Krem brzozowy z betuliną.





Prawie wszystkie kosmetyki SYLVECO zawierają betulinę. Cóż to takiego ta betulina? Jest to substancja znajdująca się w korze brzozy. Betulina nie jest odkryciem współczesnym, jest znana od ponad 200 lat. Po raz pierwszy została wyizolowana z kory brzozowej w roku 1788. To właśnie betulinie brzozy zawdzięczają biały kolor swojej kory.

Ze względu na swoje właściwości betulina jest cennym składnikiem kosmetyków. Jest ona naturalnym antyoksydantem. Wspomaga leczenie zmian skórnych przy łuszczycy i atopowym zapaleniu skóry. Reguluje wydzielanie sebum, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie co powoduje, że sprawdza się w pielęgnacji cery trądzikowej. Pobudza syntezę kolagenu i elastyny w skórze, reguluje jej gospodarkę wodną i lipidową przez co poprawia ukrwienie i koloryt skóry.




Krem brzozowy z betuliną otrzymujemy w plastikowym słoiczku o pojemności 50 ml. Słoiczek schowany jest w kartoniku z pomysłowym, podwójnym zamknięciem.



Krem ten kupiłam z myślą o zimie. Czytałam recenzje na innych blogach, z których wynikało, że jest to gęsty i tłusty krem. Rzeczywiście, jego konsystencja jest właśnie taka. Jest treściwy i tłusty ale w zetknięciu z ciepłem palców szybko się topi i bez trudu można rozprowadzić go po skórze.
Z początku, kiedy to nasza zima raczyła nas pogodą kojarzącą się raczej z wiosną, używałam tego kremiku na noc. Natomiast teraz, gdy dopadły nas mrozy, stosuję go na dzień i czasem na noc.





Krem brzozowy z betuliną  jest bezzapachowy. Znaczy to, że nie jest perfumowany natomiast można wyczuć słaby, naturalny zapach, taki trochę olejowy. Na szczęście nie utrzymuje się długo na skórze. Jest bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę niewielka ilość kremu do pokrycia twarzy, szyi i dekoltu. Pozostawia tłustą warstwę ale ona się wchłania. Im bardziej sucha jest skóra tym szybsze jest wchłanianie. Jeżeli chcemy użyć go pod makijaż, to ilość nałożonego na twarz kremu musi być bardzo mała.
Mimo iż jest to krem tłusty to bardzo dobrze spisuje się w roli nawilżacza.Jeśli użyję go na noc, to rano wstaję z miękką, aksamitną cerą, dobrze nawilżoną i natłuszczoną. Obecnie, podczas mrozów, używam go na dzień. Świetnie chroni skórę przed wiatrem i zimnem.


Dodatkowym atutem tego kremu jest fakt, iż jest to właściwie kosmetyk wielozadaniowy. Można używać go nie tylko do twarzy. Świetnie spisuje się jako krem do rąk, do przesuszonej skóry łokci, kolan czy pięt. Mam na ciele skórę suchą, która podczas zimy jest jeszcze bardziej sucha niż w cieplejszych porach roku, zwłaszcza na nogach, a dokładniej na podudziach. I tu kremik brzozowy też dobrze sobie radzi z bardzo suchą i łuszczącą się skórą.





Kolejnym plusem tego kosmetyku jest niewątpliwie jego skład. Zobaczcie:

INCI: Aqua, Glycine Soja (Soybean) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Grapeseed Oil, Cera Flava, Betulin, Sodium Stearate, Citric Acid.
Mamy piękny, prosty i, przede wszystkim, naturalny skład. Jak widać krem nie jest nafaszerowany konserwantami, a więc i jego termin przydatności do użycia jest krótki. Należy zużyć go w ciągu trzech miesięcy od dnia otwarcia słoiczka.
Kupując ten krem nie sądziłam, że zachwyci mnie tak bardzo. Dla mnie jest to prawdziwy hit i z pewnością następnej zimy też zagości w mojej kosmetyczce. Przetestowałam już kilka produktów SYLVECO i jeszcze żaden mnie nie zawiódł. Z pewnością przetestuję kolejne. Jeszcze jednym plusem tej marki są przystępne ceny. Swój krem kupiłam w stacjonarnym sklepie zielarskim za 24 zł.


sobota, 18 stycznia 2014

DIY - masło do ciała



         Nie jestem biegła w robieniu własnych kosmetyków i dlatego rzadko je robię. Najlepiej wychodzą mi proste masełka do ciała ale też dawno żadnego nie robiłam. Używałam gotowych maseł i kremów do ciała lub po prostu olejków. Przyszedł więc czas żeby to zmienić i wczoraj ukręciłam masełko. Wygląda tak:



Takie masełko robię przeważnie ze składników jakie akurat mam w domu. Bazą z reguły jest masło karite. Tak było i tym razem. Do zrobienia masła użyłam:
  • masło karite - ok. 100g,
  • oliwa z oliwek extra virgin - 50 ml,
  • olej z pestek wiśni - 50 ml,
  • olej z awokado - ok. 30ml,
  • witamina E w płynie,
  • olejki eteryczne.
Wykonanie kosmetyku jest bardzo łatwe. Masło karite wrzuciłam do rondelka i rozpuściłam w kąpieli wodnej.


 
Gdy masło całkowicie się stopiło dodałam do rondelka pozostałe oleje i odstawiłam aby mieszanina tłuszczów przestygła.



Gdy zawartość rondelka była już zimna przelałam wszystko do plastikowej miski, takiej z wysokimi ściankami. Dodałam witaminę E, olejki eteryczne dla zapachu, rozmieszałam i wstawiłam miskę do lodówki. Olejki eteryczne dodajemy według własnego uznania w zależności od tego, jaki zapach chcemy uzyskać. Po kilkunastu minutach miskę wyjmuję z lodówki i miksuję używając miksera z końcówką do ubijania piany z białek. Zmiksowany tłuszcz wygląda tak:



Moja miska z wysokimi ściankami ma intensywny, pomarańczowy kolor i dlatego tak to wygląda. Właśnie ze względu na miksowanie potrzebna jest miska głęboka, z wysokimi ściankami. Chodzi o to, żeby nie zachlapać tłuszczem wszystkiego wokół nas i nie mieć dodatkowej pracy w postaci sprzątania kuchni :)
Po zmiksowaniu miska znów wędruje do lodówki. Wyjmujemy ją co kilka minut i miksujemy. Tłuszcz coraz bardziej gęstnieje.



Gdy osiągnie konsystencję gęstego majonezu, masełko możemy uznać za gotowe.



Teraz przekładamy kosmetyk do pojemnika, w którym zamierzamy go przechowywać. Ja przełożyłam masło do ceramicznego słoiczka ozdobionego rysunkiem lawendy.

Zrobione w ten sposób masło ma lekką, delikatną konsystencję przypominającą mus. Bardzo łatwo rozpuszcza się od temperatury ciała, a więc dobrze rozprowadza się po skórze i szybko się wchłania. Nie ma potrzeby przechowywania masełka w lodówce. Nie zawiera ono wody, a więc z pewnością nie zepsuje się zanim zdążę je zużyć. Teraz "lawendowy" słoiczek z masełkiem zdobi moją łazienkową półkę, a ja z przyjemnością używam samodzielnie wykonanego kosmetyku.




 Czy Wam też zdarza się "popełniać" własne kosmetyki? Jeśli tak, to pochwalcie się :)

środa, 8 stycznia 2014

Trochę nowości...




                  ...tak, tylko trochę. Dlaczego? Dlatego, że staram się zużywać kosmetyczne zapasy. Te zapasy mają przeważnie postać częściowo zużytych kosmetyków i trzeba je powykańczać nie czekając aż się przeterminują. Żeby to się udało konieczne jest ograniczenie napływu nowości i dlatego jest ich tylko trochę. Oto one:



Szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się oraz Odżywka do wszystkich rodzajów włosów  marki Bentley Organic zakupione w sklepie MATIQUE. Tych produktów już używam więc pewnie niedługo będą recenzje.

Kolejne nowości:



Khadi Olejek antycellulitowy z 10 ajurwedyjskich ziół, oraz Mydło Royal Arabian Night 7 olejów. Na recenzje tych kosmetyków trzeba będzie poczekać dłużej gdyż otrzymałam je dopiero dzisiaj. Pochodzą z perfumerii orientalnej YASMEEN



Ciekawa jestem, co myślicie o moich nowych nabytkach? W tajemnicy zdradzę Wam, że lada dzień dotrze do mnie jeszcze jedna, niewielka paczuszka. Przybędzie z Lawendowej Farmy.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

SYLVECO Regenerujący krem do stóp



             Pisałam niedawno, że od dłuższego czasu nie miałam kremu pod oczy. Tak samo było z kremami do stóp. Po kąpieli stopy traktowałam tym, co całe ciało czyli jakimś kremem do ciała lub olejem. Na efekty nie narzekałam i nie odczuwałam specjalnej potrzeby zakupu kremu do stóp. Jednak jakiś czas temu, w ramach ochoty na odmianę oraz poznawania produktów marki SYLVECO, skusiłam się na taki kremik.




Na stronie producenta możemy przeczytać:
"Hypoalergiczy, regenerujący krem do stóp, zawierający tylko naturalne składniki, przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji suchej i zniszczonej skóry. Intensywnie i głęboko nawilża, natłuszcza i zmiękcza zrogowaciały, popękany naskórek. W skład kremu wchodzą roślinne ekstrakty aloesu oraz brzozy, które łagodzą podrażnienia, działają przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo."
Według producenta krem
  • przywraca pękającej skórze właściwy poziom nawilżenia,
  • skutecznie likwiduje wszelkie zrogowacenia, zgrubienia, odciski,
  • łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia,
  • intensywnie regeneruje szorstką, zniszczoną skórę,
  • gwarantuje natychmiastowy efekt wygładzenia,
  • regularne stosowanie kremu pozwala odzyskać stopom naturalny, zdrowy wygląd.


Skład kremu (INCI): Aqua, Glycine Soya Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Sorbinian Stearate, Sucrose Cocoate, Argania Spinosa Kernel Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Laurus Nobilis Oil, Betulin, Potassium Sorbate, Cera Alba, Rosmarinus Officinalis Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Lupeol, Oleanolic Acid, Betulinic Acid.



Krem otrzymujemy w miękkiej, plastikowej tubie, a ta z kolei zamknięta jest w kartoniku. Tuba zawiera 75 ml kremu. Charakterystyczne dla kosmetyków SYLVECO jest to, iż wszystkie ścianki opakowań wykorzystane są na opis danego produktu. Tak samo jest w tym przypadku. Na opakowaniach znajdziemy nie tylko informacje wymagane przez prawo np. skład kosmetyku, czy nazwa i adres producenta. Mamy też opis działania kremu, wymienione i krótko scharakteryzowane są składniki aktywne. Takie informacje pomocne są w dokonywaniu świadomych i trafionych zakupów.




  Regenerujący krem do stóp SYLVECO  jest kosmetykiem o lekkiej konsystencji. Dobrze i szybko wchłania się w skórę czyniąc ją jednocześnie miękką i gładką. Ma ładny, świeży zapach. Jest to zapewne zasługa olejku rozmarynowego, będącego też silnym antyseptykiem.
Krem rzeczywiście regeneruje szorstką skórę nawilżając ją i natłuszczając. Nic dziwnego, ma przecież w składzie kilka wartościowych olejów. Odcisków, niestety, nie zlikwidował, czego zresztą nie oczekiwałam. Nie wierzę w to, żeby jakikolwiek kosmetyk był w stanie tego dokonać.
Podsumowując, z kremu jestem zadowolona. Uważam, że jest to dobry, naturalny produkt za niewygórowaną cenę. Kosztował 19 zł. Z pewnością warto do niego wracać.



środa, 1 stycznia 2014

Nowy Rok 2014!





Kilka minut temu przywitaliśmy Nowy, 2014, Rok.
Z tej okazji życzę Wam wszystkiego najlepszego.
Oby udało się zrealizować plany,
oby wszystkie postanowienia noworoczne
stały się rzeczywistością
i oby wszystkie marzenia się spełniły.
Szczęśliwego Nowego Roku!



sobota, 28 grudnia 2013

l`Orient Krem pod oczy z zieloną herbatą BIO



             Muszę się przyznać, że już od dłuższego czasu nie używałam żadnego kremu pod oczy. Tak się jakoś składało. Na skórę pod oczami aplikowałam ten sam krem co na całą twarz. Jakiś czas temu skusiłam się jednak na taki kremik. Jest to Krem pod oczy z zieloną herbatą BIO marki l`Orient.



O kremie możemy przeczytać:

"Krem pod oczy z zieloną herbatą BIO stworzony został z myślą o codziennej pielęgnacji nawet najbardziej delikatnej i wymagającej skóry wokół oczu. Składniki kremu zostały tak dobrane, aby wzmacniać i chronić okolice oczu przed  działaniem niekorzystnych czynników atmosferycznych, by odżywić i nawilżyć skórę, a także by chronić i walczyć z oznakami starzenia."

Przyjrzyjmy się zatem składnikom kremu. Substancje aktywne są takie:




Większość tych składników jest doskonale znana wszystkim zwolenniczkom kosmetyków naturalnych. Mnie szczególnie zaintrygowały dwa ostatnie gdyż nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek zetknęła się z tymi nazwami. Poszperałam w internecie i znalazłam trochę informacji na ich temat.

Osilift jest to substancja otrzymywana z organicznego owsa, bogata w polisacharydy i antyoksydanty. Nałożona na skórę daje efekt liftingu tworząc przylegającą do niej, napinającą warstwę.
Antarktycyna (Pseudoalteromonas Ferment Extract). Ta nazwa od początku kojarzyła mi się z Antarktydą i okazało się że słusznie. W roku 1988 znaleziono na Antarktydzie bakterie Pseudoalteromonas Antarctica. Bakterie te żyją w głębi Ziemi i są w stanie przetrwać ekstremalnie niskie temperatury dzięki wytwarzanej przez nie glikoproteinie. Właściwości te zostały wykorzystane w kosmetykach do regeneracji i ochrony skóry, a uzyskaną substancję nazwano antarktycyną. Antarktycyna pomaga skórze utrzymać wodę i zapobiega wysuszeniu naskórka. Wykazuje działanie krioprotekcyjne czyli chroniące przed zimnem. Wywołuje zwiększenie produkcji kolagenu i elastyny przez skórę, co powoduje spłycenie zmarszczek zwłaszcza na czole i wokół oczu.



Całkowity skład kremu (INCI): Aqua, Glycerin, Camellia Sinesis Leaf Water, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Caprylic/Capric Triglyceride, Octyldodecanol, Cetearyl Alcohol, Glycerylstearate, Argania Spinosa Kernel Oil, C 10-18 Triglycerides, Potassium, Palmitoyl Hydrolized Wheat Protein, Benzyl Alcohol, Avena Sativa (Oat) Kernel Extract, Psudoalteromonas Ferment Extract, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Sodium Phytate, Camellia Sinesis Leaf Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Sodium Benzoate, Parfum (Fragrance), Tocopherol, Citric Acid, Potassium Sorbate, Salicylic Acid, Sodium Hydroxide.



Krem zamknięto w małej (20 ml) tubce, a ta z kolei schowana jest w kartoniku. I tubka i kartonik odznaczają się skromną i elegancką grafiką. Na uwagę zasługuje również fakt, iż krem posiada certyfikat ECOCERT.
Konsystencja kremu jest lekka, troszkę tłustawa. Nic dziwnego, ma przecież w składzie olej arganowy i masło karite. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, a więc nadaje się pod makijaż. Używam go na dzień, a od czasu do czasu również na noc. Bardzo dobrze nawilża skórę, zmiękcza ją i wygładza. Co do działania przeciwzmarszczkowego, to wszystkie wiemy jak trudno jest to ocenić. Mam jednak wrażenie, że drobne zmarszczki pod oczami zostały spłycone. Natomiast cienie pod oczami pozostały bez zmian.
Biorąc pod uwagę właściwości zawartej w kremie antarktycyny, powinien on stanowić dobrą ochronę skóry w mroźne dni. Tego jednak nie miałam okazji sprawdzić gdyż zima, jak dotąd, jest wyjątkowo ciepła. Z kremu jestem bardzo zadowolona, szkoda tylko, że w tubce są już tylko jego resztki. l`Orient oferuje całą linię kosmetyków z zieloną herbatą BIO, również kremy do twarzy na dzień i na noc. Dobrze by było sprawić sobie chociaż ten na dzień na wypadek, gdyby jednak pojawiły się mrozy.


 

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!



              
Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom
tego bloga
życzę spokojnych i radosnych 
Świąt Bożego Narodzenia
spędzonych w gronie rodzinnym
i wśród przyjaciół
Sandra


 
                             

Blogowy Mikołaj



                Odwiedził mnie dzisiaj Blogowy Mikołaj. Dlaczego "Blogowy"? To proste. Jego dzisiejsza wizyta jest ściśle związana z prowadzeniem bloga. Gdyby nie blog nie byłoby go dzisiaj u mnie i nie dostałabym tych dwóch paczuszek, które mi wręczył.

Pierwszą paczuszkę przysłała Bianka. Tak, tak, ta sama, która prowadzi bloga Naturalna Bianka. Bardzo lubię czytać jej bloga, szkoda tylko, że ostatnio pisuje rzadziej. Pewnie czasu brakuje...
W przesyłce od Bianki znalazłam tę oto książkę:



Beata Matuszewska "Aromaterapia praktyczna". No tak, pewnie Bianka, posiadająca dużą wiedzę w dziedzinie aromaterapii, nie mogła już znieść mojej aromaterapeutycznej ignorancji i postanowiła dać mi szansę na dokształcenie się w tej materii, a ja tę szansę z przyjemnością wykorzystam. Książka zapowiada się ciekawie, o czym świadczy tekst na tylnej okładce:



Dziękuję Ci, Bianko. Jeszcze dzisiaj zagłębię się w lekturze.

W drugiej paczuszce znalazłam Błonnik Witalny.



Skąd ten błonnik? Otóż jakiś czas temu napisał do mnie pan Paweł reprezentujący sklep Mapa Zdrowia  i zaproponował mi testowanie Błonnika Witalnego. Poczytałam sobie trochę o tym błonniku i doszłam do wniosku, że warto spróbować tym bardziej, że mojemu organizmowi dobrze zrobi porządne oczyszczenie od środka. Zgodziłam się na współpracę i dzisiaj otrzymałam przesyłkę z błonnikiem.




Może to i nie jest Gwiazdkowy prezent ale skoro dostałam go w Wigilię Bożego Narodzenia... Zresztą, jeśli ten błonnik spisze się tak, jak o nim czytałam, to uznam go za prezent od Świętego Mikołaja.

I jak tu nie nazwać tego Mikołaja Blogowym? Przecież gdyby nie blog to prawdopodobnie nigdy bym nie poznała Bianki. Nigdy też nie dostałabym do testowania błonnika czy innych produktów. Bardzo się cieszę z dzisiejszych prezentów :)

niedziela, 22 grudnia 2013

AUBREY ORGANICS Balsam do ust Miód i Wanilia



                 Nigdy jeszcze nie miałam żadnego amerykańskiego kosmetyku. Dopiero niedawno, gdy od sklepu biosna.pl. otrzymałam kosmetyki do testów, znalazłam wśród nich Balsam do ust w sztyfcie Miód i Wanilia AUBREY ORGANICS.




Aubrey Organic to amerykańska firma produkująca naturalne kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Założył ją w roku 1967 biochemik Aubrey Hampton. Od początku swojego istnienia firma używa do produkcji  kosmetyków wyłącznie surowców naturalnych. Nie znajdziemy w ich składzie substancji syntetycznych, petrochemicznych czy pochodzących z organizmów modyfikowanych genetycznie.




Skład balsamu jest taki:

INCI: Cera Alba (organic beeswax), Cocos Nucifera (organic coconut) Oil, Virgin Olea Europaea (organic olive) Oil, Simmondsia Chinensis (organic jojoba) Seed Oil, Organic Flavor, Cannabis Sativa (organic hemp) Seed Oil, Rosa Rubiginosa Seed Oil, Tocopherol (vitamin E).
Prosty, naturalny skład. Widzimy tu kilka wartościowych olejów roślinnych, a poza tym tylko wosk pszczeli, witamina E i naturalne substancje zapachowe.




Balsam zamknięty jest w wygodnym opakowaniu podobnym do opakowań kolorowych pomadek do ust. Pachnie, zgodnie z nazwą, miodem i wanilią. Bardzo łatwo rozprowadza się go po ustach. Dla mnie plusem jest to, że balsam nie pozostawia na ustach grubej, tłustej warstwy, tylko niemal całkowicie się wchłania. Bez problemu można na wierzch nałożyć kolorową szminkę.
A jak działa? Rewelacyjnie. Bardzo dobrze nawilża i odżywia naskórek ust. Bardzo szybko doprowadził do porządku moje spierzchnięte usta. Teraz są miękkie, gładziutkie i delikatne. Po pociągnięciu kolorową pomadką usta wyglądają znacznie lepiej niż wówczas, gdy były jeszcze spierzchnięte.




Balsam posiada amerykański certyfikat USDA Organic. Jest to certyfikat przyznawany przez Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych. Urząd ten jest bardzo restrykcyjny w przyznawaniu certyfikatów. Wymaga, między innymi, aby minimum 95% składu kosmetyku była organiczna. Certyfikacja USDA została stworzona dla produktów spożywczych i dlatego uważana jest za wyjątkowo surową także w stosunku do kosmetyków. Bez obaw możemy zlizywać balsam z ust, z pewnością nam nie zaszkodzi.

Mój pierwszy kontakt z kosmetykiem AUBREY ORGANICS wypadł pomyślnie. Jestem bardzo zadowolona z tego balsamu i pewnie w przyszłości sięgnę również po inne produkty tej marki.

sobota, 14 grudnia 2013

PROVIDA ORGANICS Krem do rąk z avocado



     Każdej z nas zależy na tym, żeby mieć piękne, zadbane dłonie. Nie ma w tym nic dziwnego. Wszak dłonie to jeden z ważniejszych elementów kobiecej urody i, poniekąd, nasza wizytówka, przez wiele osób traktowana niemal jak świadectwo kultury osobistej. Jednak na ten piękny wygląd dłoni trzeba zapracować gdyż ich skóra jest bardzo delikatna i wrażliwa, a więc wymaga starannej pielęgnacji.



Dlaczego skóra dłoni jest taka delikatna? Przede wszystkim ze względu na swoją budowę. W odróżnieniu od innych obszarów naszego ciała skóra dłoni posiada minimalną podskórną tkankę tłuszczową, co powoduje, że jest to skóra cienka. Posiada też bardzo niewiele gruczołów łojowych i dużo potowych co sprzyja jej przesuszeniu. Drugą ważną przyczyną wyjątkowej delikatności tej skóry jest działanie czynników zewnętrznych. Są to czynniki atmosferyczne jak promienie słoneczne, wiatry, mrozy. Poza tym wiele razy dziennie moczymy ręce w wodzie, najczęściej chlorowanej i "wzbogaconej" detergentami i innymi substancjami chemicznymi znajdującymi się w środkach czystości. Efektem są dłonie o skórze wysuszonej, zaczerwienionej i spierzchniętej, a często popękanej i łuszczącej się. Nic więc dziwnego, że wymagają racjonalnej i intensywnej pielęgnacji.



Ja też staram się dbać o swoje dłonie. Zawsze zużywałam dużo kremów do rąk. Jedne sprawdzały się lepiej, inne gorzej. Jednak gdy przestawiłam się na kosmetyki naturalne, kremy do rąk zastąpiłam olejami. Zadowolona byłam z tej olejowej pielęgnacji ale po jakimś czasie zachciało mi się odmiany i powróciłam do kremów, a moim najnowszym nabytkiem jest Krem do rąk z avocado PROVIDA ORGANICS otrzymany do testowania od sklepu BIOSNA.



 Nigdy jeszcze nie używałam kosmetyków marki Provida Organics, ten krem jest pierwszy. Zamknięty jest w tubie o pojemności 50 ml przy czym jest to taka tuba można powiedzieć, że staroświecka. Wąska i długa, wykonana z metalu, chyba z aluminium. Po odkręceniu nakrętki okazało się, że wlot tuby zabezpieczony jest folią aluminiową, co daje pewność, że nikt przed nami z kremu nie korzystał.



Skład kremu (INCI): Aqua, Persea gratissima oil, Glycerin, Olea europaea fruit oil, Cetearyl alcohol, Sorbitol, Cetyl palmitate, Citrus limon fruit oil, Citrus aurantium bergamia leaf oil, Melaleuca alternifolia leaf oil, Pelargonium graveolens oil, Cymbopogon nardus oil, Lavandula angustifolia oil, Alcohol, Tocopherol, Styrax benzoin gum, Sodium cetearyl sulfate, Parfum (Limonene, Linalool, Citronellol, Benzyl benzoate, Geraniol, Citral). 



Krem Provida Organics posiada certyfikat NCCO. Jest to niemiecki certyfikat kosmetyków naturalnych i organicznych. Przyznawany jest produktom kosmetycznym pozbawionym syntetycznych barwników, syntetycznych substancji zapachowych, konserwantów, pochodnych przetwórstwa ropy naftowej. Wykluczone jest również testowanie na zwierzętach. Certyfikat ten przyznawany jest producentom, których wszystkie produkty są kosmetykami naturalnymi, a surowce roślinne pochodzą z upraw ekologicznych lub dzikich zbiorów. 



Krem do rąk z avocado jest kosmetykiem treściwym o konsystencji podobnej do gęstej śmietany. Posiada delikatny, kwiatowy zapach. Jest bardzo wydajny i dlatego należy aplikować na dłonie niewielkie jego ilości. Wówczas szybko się wchłania. Jeśli użyjemy zbyt dużo kremu na skórze pozostanie tłusta warstwa potrzebująca więcej czasu na wchłonięcie. Czasem na noc nakładam nieco więcej kremu i rano skóra jest miękka i gładka jak po odżywczym opatrunku. Wysoko w składzie kremu jest olej z awokado, oliwa z oliwek i gliceryna. Gliceryna nawilża i wygładza przesuszoną skórę rąk, a oleje natłuszczają i odżywiają i chronią przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Tego właśnie potrzeba moim dłoniom. Jest to krem idealny zwłaszcza na chłodne pory roku. Po wykończeniu tej tubki chyba skuszę się na następną.

Czy znacie kosmetyki Provida Organics? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

środa, 11 grudnia 2013

Kominek do aromaterapii



 
     Dzisiaj chcę pochwalić się moim nowym kominkiem do aromaterapii. Miałam już jeden kominek ale ten kupiłam tylko dlatego, że bardzo mi się spodobał. Urzekł mnie jego orientalny styl i naturalność materiału, z którego go wytworzono. Wygląda jak wykuty z kamienia.


Jest to dwuczęściowy zestaw składający się z kominka i miseczki.


Wykonano go ze steatytu, minerału zwanego też kamieniem mydlanym. Steatyt jest minerałem łatwym w obróbce gdyż jest miękki i tłusty. Dlatego też jest nazywany kamieniem mydlanym. Ma on również inne zalety, a mianowicie jest materiałem odpornym na zmiany temperatury. Bardzo dobrze znosi wysoką temperaturę, a nawet potrafi magazynować ciepło, co powoduje, że jest często wykorzystywany przy budowie pieców i kominków. 


Steatyt ma zarówno zwolenników jak i przeciwników. Ci ostatni twierdzą iż jest on szkodliwy dla zdrowia ze względu na zawartość azbestu. Okazuje się jednak, że tylko w niektórych partiach steatytu można znaleźć niewielkie ilości azbestu. Poza tym tylko włókna azbestu które przenikają do płuc są zagrożeniem dla zdrowia. Włókna znajdują się w pyle powstającym podczas obróbki tego minerału np. piłowania, cięcia, szlifowania, a więc normalne korzystanie z pieca czy innych przedmiotów ze steatytu nie zagraża zdrowiu. Kamień mydlany ma tę zaletę, że nie wchodzi w reakcje z olejkami eterycznymi, a więc nie wydziela żadnych substancji szkodliwych dla zdrowia.


Mój nowy kominek jest malutki. Na powyższym zdjęciu widać go w porównaniu z kominkiem o najczęściej spotykanej wielkości. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotkałam się z tak małym kominkiem. Mimo iż mały to jednak "wydajny", o ile można tak powiedzieć o kominku. Odparowanie pełnej miseczki wody z olejkiem trwa w granicach półtorej godziny.


Nie jestem znawcą aromaterapii. Moja wiedza w tej dziedzinie jest bardzo powierzchowna. Lubię jednak w jesienne i zimowe wieczory "wypełnić" pokój pięknym zapachem jednego z ulubionych olejków eterycznych. Do tego filiżanka zielonej herbaty, dobra książka lub film czyli pełen relaks po ciężkim dniu.

Ciekawa jestem, czy Wam rónież spodobał się mój nowy nabytek?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...