środa, 27 sierpnia 2014

NAJEL Mydło Aleppo z różą damasceńską




      Uwielbiam mydła naturalne w kostkach do tego stopnia, że sama siebie nazywam "mydłomaniaczką". Zawsze mam w domu solidny zapas mydlanych kostek chociaż ostatnio moje zasoby znacznie się skurczyły. Musiałam ich trochę zużyć choćby po to, żeby mieć miejsce (i pretekst oczywiście) do nowych mydlanych zakupów :) Jednak Mydło Aleppo z różą damasceńską NAJEL, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, nie jest nowym nabytkiem. Kupiłam je jeszcze w ubiegłym roku i tyle czasu czekało, biedne, na swoją kolejkę. W końcu się doczekało. Oto ono:



Przyzwyczaiłam się już do tego, że kostki mydlane są najczęściej prostokątne, czasem kwadratowe. Miewałam też kuliste. Natomiast to mydełko jest okrągłe, a takie mam, a właściwie miałam, bo już się skończyło, po raz pierwszy. Mydlany krążek, owinięty w pergamin, schowany jest w kartoniku o fantazyjnym kształcie.



Po wyjęciu mydełka z pergaminu ujrzałam urokliwą, okrągłą kostkę z wytłoczonym wzorkiem, który tak naprawdę nie jest wzorkiem jako takim ale napisem w języku arabskim, którego, oczywiście, nie potrafię odczytać. Nazywam go więc wzorkiem gdyż w moim mniemaniu stanowi ozdobę mydlanego krążka.


 
Zapewne interesuje Was zapach tego mydełka. Skoro jest to mydło z różą damasceńską, to logiczne jest, że powinno pachnieć różą. I rzeczywiście pachnie ale nie jest to czysty zapach różany, raczej taki mydlano - różany. Z całą pewnością pachnie dużo lepiej niż klasyczny alep. Jest to jakaś alternatywa dla osób, które chciałyby używać alepowych mydeł ale zapachu klasycznego alepu nie lubią.

Mydło Aleppo z różą damasceńską jest produktem naturalnym o prostym i krótkim składzie. Wygląda on tak: Sodium Olivate, Sodium Laurate, Rosa Damascena Flower Extract, (Citronellol, Alpha - Isomethyl Ionone, Geraniol, Linalool), Sodium Hydroxide.
Zawartość oleju laurowego w tym mydle wynosi 12%.

Mydełko pieni się podobnie do klasycznego alepu, a nawet może troszkę słabiej. Jest to jednak piana wystarczająca do porządnego umycia ciała. Delikatnie i dokładnie oczyszcza skórę ale jej nie podrażnia i nie wysusza. Nie powoduje niemiłego uczucia ściągnięcia. Myłam nim twarz i całe ciało, używałam też do higieny intymnej. Sprawdziło się bardzo dobrze. Kostka, a właściwie krążek, jest niewielki (100 g) i z łatwością mieści się w dłoni, a to oznacza, że jest wygodne w użyciu. Krótko mówiąc miałam przyjemność poznać jeszcze jedno naturalne mydło dobrej jakości. Polecam wszystkim miłośnikom mydeł z Aleppo, a to mydło rzeczywiście zostało wyprodukowane w Syrii, w mieście Aleppo. Taką informację znalazłam na kartoniku. Warto się skusić na to egzotyczne cudeńko.


 

środa, 20 sierpnia 2014

BIOFFICINA TOSCANA Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy



           Wspominałam już kilka razy, że bardzo lubię peelingi zarówno te do twarzy jak i te do ciała. Ciało najczęściej peelinguję przy pomocy czarnego mydła Savon Noir i rękawicy Kessy. Jednak czasem, dla odmiany, używam peelingów gotowych lub samorobionych np. z kawy. Tym razem skusiłam się na Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy marki BIOFFICINA TOSCANA. Już od dawna miałam chrapkę na ten peeling, a od zakupu powstrzymywała mnie jego wysoka cena. Nadarzyła się jednak okazja i peeling kupiłam w bardzo korzystnej cenie w likwidującym się (i już zlikwidowanym) sklepie Ecosme. Oto mój nabytek:



O peelingu można przeczytać:
" Naturalnie oczyszcza i odżywia skórę Twego ciała. Unikalne połączenie organicznych olejów, masła roślinnego i soli morskich. Dzięki zawartości naturalnej krzemionki wygładza skórę, usuwając martwy naskórek. Intensywnie odżywia pozostawiając skórę miękką. Olejek z melisy działa uspokajająco i relaksująco na umysł i całe ciało. Pachnie melisą, bergamotką i kwiatem gorzkiej pomarańczy."




Plastikowy słoiczek, w jakim otrzymujemy peeling, zawiera 250 g kosmetyku. Pod zakrętką słoiczka znajdziemy dodatkowe, papierowe wieczko dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami tego peelingu nie używał.
Po otwarciu słoiczka moim oczom ukazało się niemal białe mazidło o konsystencji kremu ale bardzo tłuste. Wzięłam trochę mazidła w palce i poczułam, oprócz tłuszczu, bardzo drobne ziarenka. Jest to drobno zmielona sól morska.


 
Ziarenka są tak drobne, że nie byłam przekonana, czy aby na pewno dobrze wygładzą skórę i oczyszczą ją z martwych komórek. W praktyce okazało się ,że moje obawy były niepotrzebne. Peeling bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Ponieważ jest to kosmetyk tłusty więc najpierw myję ciało mydłem, spłukuję mydlaną pianę i dopiero wówczas wykonuję peeling. Na koniec ponowne płukanie i gotowe. Delikatnie osuszam skórę ręcznikiem żeby nie usunąć z niej całego, pozostałego tłuszczu. Na skórze pozostaje cienka, tłusta warstewka, a dzięki takiemu natłuszczeniu nie trzeba już używać żadnego kremu czy balsamu. Nawet mojej, bardzo suchej skórze to natłuszczenie wystarcza.
Pozostaje jeszcze kwestia zapachu. Według producenta peeling pachnie melisą, bergamotką i kwiatem gorzkiej pomarańczy. Moim zdaniem wyczuwa się również nutę olejową. Zapach jest delikatny, ledwo wyczuwalny.
Pewnie nie wszystkim odpowiadają kosmetyki pozostawiające tłustą warstwę ale ja lubię takie tłuścioszki tym bardziej, że mam suchą skórę. Po tym peelingu  jest ona dobrze wygładzona, mięciutka i delikatnie natłuszczona. Używanie tego kosmetyku to dla mnie prawdziwa przyjemność.


 
Peeling do ciała BIOFFICINA TOSCANA  jest kosmetykiem certyfikowanym przez ICEA. Jest to jeden z najważniejszych organów certyfikujących produkty naturalne i organiczne we Włoszech i w Europie. Produkty posiadające ten certyfikat wytwarzane są z surowców naturalnych pochodzenia roślinnego. Rygorystyczne testy dermatologiczne gwarantują czystość składników odpowiednich dla skóry wrażliwej i alergicznej. Nie zawierają sztucznych barwników i substancji zapachowych, a także substancji pochodzących z roślin modyfikowanych genetycznie (GMO). Nie są też testowane na zwierzętach.

I jeszcze na koniec skład peelingu:





piątek, 15 sierpnia 2014

RECEPTURY BABUSZKI AGAFII - Balsam do włosów wzmacniający



           Dawno nie pisałam o rosyjskich kosmetykach. Wygląda na to, że największy szał na te produkty już minął. Widzę to nie tylko u siebie ale i u innych blogerek kosmetycznych. Czy to znaczy, że z kosmetyków rosyjskich rezygnuję? Z pewnością nie chciałabym rezygnować, tym bardziej, że można znaleźć wśród nich wiele bardzo dobrych produktów, których dodatkowym atutem są przystępne ceny. Jest jednak pewne "ale", które powoduje, że zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam pisać o tym kosmetyku. Chodzi mi, oczywiście, o wielką politykę, a konkretnie o to, jak Rosja postępuje w stosunku do Ukrainy. Czy w tej sytuacji powinno się kupować rosyjskie kosmetyki i inne produkty? Z jednej strony, jeśli zbojkotujemy rosyjskie kosmetyki, to może paść kilka polskich sklepów internetowych mających w swej ofercie głównie lub wyłącznie te produkty. Z drugiej strony kupując rosyjskie produkty wspieramy rosyjską gospodarkę, a czy powinno się wspierać agresora? Możemy, oczywiście, powiedzieć sobie "a co nas obchodzi Ukraina?". Tylko jaką mamy pewność, że Rosja zatrzyma się na Ukrainie, czy nie posunie się dalej na Zachód, a więc do Polski?  Balsam do włosów wzmacniający z serii Receptury babuszki Agafii  kupiłam na początku tego roku kiedy to sytuacja na Ukrainie nie była jeszcze aż tak dramatyczna, nie było zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego i innych szokujących wydarzeń. Postanowiłam, że skoro mam ten balsam i go używam, to jednak o nim napiszę. Jednak na zakup kolejnych rosyjskich kosmetyków zdecyduję się chyba dopiero wówczas, gdy Rosja zrezygnuje ze swojej awanturniczej polityki.







O balsamie przeczytamy:
"Zawarta w balsamie woda brzozowa jest efektywnym środkiem wzmacniającym korzenie włosów, a starannie dobrany zestaw syberyjskich ziół sprawia, że włosy przestają być łamliwe,  odzyskują siłę na całej swojej długości.
Dzięki zawartości olejów tłoczonych na zimno balsam posiada delikatną teksturę i wyśmienicie pielęgnuje włosy, regeneruje i przynosi ulgę w rozczesywaniu."

I rzeczywiście tych składników ziołowych jest w balsamie dużo. Poza wodą brzozową są to: łopian, róża daurska, sosna karłowa, pokrzywa, dziurawiec, melisa, krwawnik pospolity, prawoślaz, olej wrzosowy, korzeń tataraku, podbiał pospolity.

Całkowity skład balsamu: Aqua with infusion of Betula Alba Bud, enriched by oils: Arctium Lappa, Rosa Daurica, Primus Pumila, extracts: Urtica Dioica, Hypericum Perforatum, Melissa Officinalis, Achillea Millefolium, Althaea Officinalis, Caluna Vulgaris, Acorus Calamu, Tussilago Farfara, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Guar Gum, White Beeswax, Flower Wax, Tocopherol, Niacinamide, Glucosamine, Citric Acid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol.



t


350 ml balsamu zamknięto w prostokątnej, plastikowej butelce w kolorze oliwkowym. 350 ml to dosyć dużo. Plastik jest dosyć miękki, a więc balsam łatwo się z niej wydobywa tym bardziej, że ma on dosyć rzadką konsystencję. Z włosów jednak nie spływa i łatwo się po nich rozprowadza. Ma przyjemny, kwiatowy zapach, natomiast kolor jest zbliżony do koloru butelki.





 Balsam przeznaczony jest do wszystkich typów włosów. Po jego użyciu włosy rzeczywiście bardzo łatwo się rozczesują i nie plączą się. Po wyschnięciu ładnie się błyszczą i dobrze się układają. Czy rzeczywiście wzmacnia włosy? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Co prawda włosy masowo mi nie wypadają ale mam wrażenie, że wypada ich trochę więcej niż np. rok temu. Nie zauważyłam, żeby ten balsam poprawił sytuację. Zużyłam dotychczas jakieś 2/3 butelki tego kosmetyku, no, może trochę więcej. Być może jest to zbyt mało na wzmocnienie włosów, może trzeba zużyć 2-3 butelki żeby uzyskać efekt wzmocnienia? A może, po prostu, moje włosy potrzebują czegoś innego? Oceniam ten balsam jako przeciętną odżywkę ułatwiającą rozczesywanie, nadającą włosom połysk i przyjemną w użyciu.




Ciekawa jestem, co Wy myślicie o ewentualnym bojkocie rosyjskich kosmetyków? Czy, Waszym zdaniem, to dobry pomysł? 

wtorek, 12 sierpnia 2014

BIO LOGICAL Krem przeciwzmarszczkowy "Delicate skin - guard"



                Markę BIO LOGICAL  miałam już przyjemność poznać, a to za sprawą Morelowego kremu do ciała i do rąk. Pisałam o nim tutaj. Jestem z tego kremu bardzo zadowolona (tak, tak, "jestem", a nie "byłam". Opakowanie jest tak duże, że jeszcze go nie wykończyłam), a więc chętnie sięgnęłam po kolejny kosmetyk tej marki, a mianowicie Krem przeciwzmarszczkowy "Delicate skin - guard".



O kremie możemy przeczytać: "To krem młodości. Dzięki róży i malinie skóra będzie zdrowa i gładka w dzień i w nocy...Olej arganowy jest znany ze swoich odmładzających i przeciwzmarszczkowych właściwości. Masło karite odżywia i chroni skórę. Woda z gorzkiej pomarańczy nawilża, rozjaśnia, zmniejsza przebarwienia i łagodzi podrażnienia. Witamina C zawarta w malinach jest silnym antyoksydantem i opóźnia procesy starzenia się skóry. Polecamy krem dla skóry suchej, odwodnionej i dojrzałej, a także gdy pojawią się pierwsze oznaki starzenia się skóry."

Skład kremu (INCI): Aqua, Rose Flower Water*, Arganis Spinosa Kernel Oil*, Caprylic Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behenyl Alcohol, Coco Caprylate Caprate, Orange Flower Water*, Butyrospermum Parkii*, Raspberry Fruit Extract*, Cetearyl Glucoside, Plankton Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Microcrystalline Cellulose, Tocopherol, Cellulose Gum, Sodium Benzoate, Benzyl Alcohol, Parfum**, Citric Acid, Citronellol**, Limonene**, Eugenol**, Linalool**.

* - składniki pochodzące z upraw ekologicznych,
** - składniki pochodzące z olejków eterycznych.

99,1% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego,
17,5% wszystkich składników pochodzi z upraw ekologicznych.




Krem otrzymujemy w butelce z grubego, mrożonego szkła zapakowanej w kartonik. Podoba mi się szata graficzna tych opakowań, jest kolorowa i wesoła. Lubię też szklane opakowania kremów niezależnie od tego, czy jest to butelka, czy słoiczek.
Butelka zaopatrzona jest w działającą bez zarzutu pompkę zapewniającą właściwe dozowanie kosmetyku. Jest to krem o lekkiej konsystencji, a więc nadaje się również na lato. Zaskoczył mnie jego zapach. Spodziewałam się zapachu kwiatowego lub owocowego, a tymczasem pachnie on ziołowo z wyraźnie dominującą wonią rozmarynu.
Krem dobrze się wchłania, nadaje się więc pod makijaż. Używam go głównie na dzień chociaż czasem też na noc.
Nie jestem w stanie ocenić przeciwzmarszczkowego działania kremu ale moja skóra go polubiła. Nakładam go na całą twarz łącznie ze skórą pod oczami. Nie powoduje żadnych podrażnień. Dobrze nawilża i odżywia skórę, a o to przecież chodzi. Cera po jego aplikacji jest miękka i gładka, aż miło ją dotykać.


  
Kosmetyk ten jest certyfikowany przez Cosmebio i Ecocert. Jestem z niego zadowolona więc prawdopodobnie w przyszłości wypróbuję też inne produkty tej marki. Mam nadzieję, że też się na nich nie zawiodę.

Znacie kosmetyki tej marki? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

piątek, 8 sierpnia 2014

TERRACTIVE Islandzka maska błotna z wodorostami




           Kilka miesięcy temu przeczytałam na jednym z blogów, że w Rossmanie pojawią się wkrótce kosmetyki naturalne w saszetkach francuskiej marki TERRACTIVE. Bywam od czasu do czasu w Rossmanie i, niestety, kosmetyków tych nie widziałam. W końcu pojawiły się. Sześć produktów w saszetkach: dwie maski do twarzy, dwa peelingi i dwa kremy. Na początek skusiłam się na Islandzką maskę błotną z wodorostami.




Na odwrocie saszetki możemy przeczytać:





Skład maski: Aqua, Glycerin, Laminaria Digitata Powder, Sodium Magnesium Silicate, Kaolin, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Citric Acid, Laminaria Digita Extract, Citrus Aurantium (Orange) Dulcis Peel Oil, Disodium EDTA, Lavandula Angustifolia Oil, Dehydroacetic Acid, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, CI 77499 (Iron Oxides), Limonene, Linalool.

Saszetka, w której zamknięto maskę, zaopatrzona jest w zakrętkę, co ułatwia przechowywanie produktu. Zawartość saszetki to 16 g maski, co, według producenta, ma wystarczyć na dwie aplikacje. Mnie wystarczyło na trzy razy mimo iż mazidło nakładałam obficie na twarz, szyję i dekolt. Z saszetki wydobywamy niezbyt gęstą maź w kolorze szarozielonym.


 
Maska jest niezbyt gęsta ale z twarzy nie spływa. Wolałabym jednak żeby była bardziej gęsta. W składzie maski znajdują się algi ale maska nie ma nieprzyjemnego zapachu charakterystycznego dla alg. Wprost przeciwnie, ma bardzo ładny, lawendowy zapach. Glinka kaolinowa wchodząca w skład produktu powoduje iż maska lekko zasycha na skórze ale nie powoduje jej ściągania. Bez problemu zmywa się ją wodą, a skóra pozostaje nawilżona i odżywiona. Moim zdaniem jest to całkiem niezły kosmetyk ale na kolana mnie nie rzucił. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi samorobione maseczki glinkowe i glinkowo-algowe. Jednak od czasu można się na maskę TERRACTIVE skusić. Będę też chciała wypróbować inne kosmetyki tej marki. 

Ciekawa jestem czy znacie kosmetyki TERRACTIVE ? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

sobota, 2 sierpnia 2014

DIY - Krem magnezowy



           
                  Pewnie myślicie, że na punkcie magnezu, a zwłaszcza jego suplementacji przez skórę, odbiło mi całkowicie. Niedawno pisałam o gotowym kremie magnezowym do ciała (klik ), potem o oliwie magnezowej (klik ), którą bardzo łatwo można zrobić samemu, a teraz znów samorobiony krem magnezowy. Nie dziwcie się mojej fascynacji tą formą suplementacji magnezu. Po prostu efekty jej stosowania przeszły moje najśmielsze oczekiwania, ale po kolei.
Pisząc recenzję Magnezowego kremu do ciała ZECHSAL (klik) pochwaliłam się, że stosując ten krem pozbyłam się uciążliwych i bolesnych nocnych skurczów mięśni nóg. Nie było to dla mnie zaskoczeniem gdyż na to liczyłam, tego oczekiwałam. Zaskoczył mnie natomiast zupełnie inny efekt. W ubiegłym roku zaczął dokuczać mi ból prawej pięty. Ponieważ ból nie tylko nie ustępował ale się nasilał poszłam do lekarza. Prześwietlenie wykazało, że w mojej pięcie utworzyły się tzw. ostrogi piętowe. Lekarz przepisał mi zastrzyki. Były one bardzo bolesne i dobrze, że były tylko trzy, bo gdyby było ich więcej, to pewnie już na czwarty bym nie poszła. Czy pomogły? W niewielkim stopniu i na krótko. Silny ból szybko powrócił i znów chodzenie było katorgą. Każdy krok oznaczał ból. I tu właśnie spotkała mnie wspaniała niespodzianka.
 Od napisania recenzji kremu ZECHSAL upłynęło może półtora tygodnia gdy pewnego ranka wstałam z łóżka i gdy tylko stanęłam na podłodze dotarło do mnie, że, po raz pierwszy od długiego czasu, nie boli mnie pięta! I tak jest do dzisiaj. Wreszcie mogę normalnie chodzić, a ból jest przeszłością. Takiego efektu się nie spodziewałam, było to dla mnie całkowite zaskoczenie. Nadal używałam kremu ZECHSAL ale, niestety, w tubie było już go niewiele. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie dałoby się samemu ukręcić kremu z magnezem. Poszperałam w internecie i tutaj znalazłam przepis na taki kremik. Znalazłam i zrobiłam.






 Nie trzymałam się ściśle przepisu, posłużył mi on raczej jako inspiracja. 

Składniki mojego kremu:
  • 150 ml chlorku magnezu,
  • 40-45 ml wody destylowanej,
  • 50 g wosku pszczelego,
  • 50 g masła aloesowego,
  • 50 ml oliwy z oliwek,
  • 170 g masła karite
Zaczęłam od rozpuszczenia chlorku magnezu w wodzie. Niestety, nie udało mi się rozpuścić 150 ml chlorku w 25 ml wody jak jest zalecane w przepisie. W tej sytuacji dolałam trochę wody, całość podgrzałam i chlorek pięknie się rozpuścił.
Następnie wszystkie tłuszcze umieściłam w małym rondelku i stopiłam w kąpieli wodnej.



 
Stopione tłuszcze odstawiłam do przestygnięcia, a roztwór chlorku magnezu podgrzałam. Gdy płyny były dobrze ciepłe, ale nie gorące, przelałam je do wysokiego, plastikowego pojemnika od blendera i miksowałam końcówką do ubijania piany z białek. Składniki bardzo szybko połączyły się i krem miał wygląd i konsystencję gęstego majonezu. 





Po 5 minutach miksowania krem był gotowy. Przełożyłam go do słoiczków i odstawiłam aby ostygł. Krem powinien stygnąć w cieple gdyż inaczej może się rozwarstwić. Wówczas należy go ponownie stopić i zmiksować. Wnioskuję z tego, że nie należy przechowywać go w lodówce. Mój stoi w łazienkowej szafce.

Jeśli chcemy żeby krem miał ładny zapach, możemy w trakcie miksowania dodać ulubionego olejku eterycznego. Masła i płynny olej też możemy dobierać według własnego upodobania. Mój krem po wystygnięciu uzyskał taką dosyć zbitą konsystencję. Myślę, że jest to zasługa wosku pszczelego. Być może należało dać go mniej lub nie dawać wcale. Następny kremik zrobię chyba bez wosku.

Kremu własnej produkcji używam już od kilku tygodni i stwierdzam, że działa nie gorzej niż krem ZECHSAL, a kosztuje znacznie mniej. Codziennie po kąpieli wmasowuję go w stopy, a czasem również w podudzia. Skurcze mięśniowe nie powróciły, ból pięty też się nie pokazuje. I właśnie o to mi chodzi i dlatego zachwycam się przezskórną metodą suplementacji magnezu i jej efektami.

niedziela, 27 lipca 2014

ORGANIC HEAVEN Szampon z odżywką




              Szampon ten kupiłam dosyć dawno, bo na początku roku. Zauważyłam go w stacjonarnym sklepie zielarsko-kosmetycznym i z ciekawości kupiłam. Nigdy nie słyszałam o firmie ORGANIC HEAVEN  więc tym bardziej byłam ciekawa tego szamponu.



ORGANIC  HEAVEN  wiem tylko tyle, że jest to firma brytyjska. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji na temat tej firmy, a ich strona internetowa od dawna jest zaczęta i nieskończona. Możecie ją zobaczyć tutaj .

Szampon zamknięty jest w płaskiej butelce z przeźroczystego plastiku. Butelka ma pojemność 320 ml. Jest wygodna w użyciu. Zamknięcie na zatrzask umożliwia otwieranie i zamykanie jej jedną ręką, a także właściwe dozowanie szamponu. Butelka wraz z zawartością prezentuje się bardzo ładnie gdyż w szamponie zatopione są liczne bąbelki.


 
Jednym z ważniejszych składników czynnych szamponu ORGANIC HEAVEN  jest placenta. Placenta zwierzęca to łożyska lub wyciąg z łożysk płodów zwierzęcych. W szamponie znajdziemy placentę, ale roślinną. Placenta roślinna jest to ekstrakt ze zbóż specjalnie do tego celu wyselekcjonowanych i uprawianych specjalną metodą. Placenta roślinna jest cenną substancją kosmetyczną ze względu na swoje właściwości odmładzające, poprawiające koloryt skóry i redukujące zmarszczki. Placenta roślinna jest też skutecznym środkiem przeciw wypadaniu włosów dlatego często spotykamy ją w składzie kosmetyków służących do pielęgnacji włosów.

Całkowity skład szamponu wygląda tak:


 
Szampon ma gęstość typową dla większości szamponów. Ładnie pachnie ale nie potrafię, niestety, określić tego zapachu słowami. Pieni się średnio i również średnio poradził sobie ze zmyciem oleju arganowego z włosów. Ale nic to, oleje mogę zmywać innymi szamponami. Włosy i skóra głowy są dobrze oczyszczone, a po wyschnięciu ładnie błyszczą i dobrze się układają. Zaniepokoiło mnie natomiast coś innego. Otóż przy rozczesywaniu mokre włosy lekko się plączą. Myślę, że gdybym miała włosy długie, to plątałyby się bardziej. Jednak ten szampon podobno jest z odżywką, takie dwa w jednym, a więc włosy nie powinny się plątać. I tu powstaje pytanie, czy rzeczywiście jest to szampon z odżywką? Podejrzewam, że nie, że jest to sam szampon. Na etykiecie mamy napis Shampoo, a nie Shampoo&Conditioner. Na dole etykiety widnieje, co prawda, napis Conditioning with Panthenol ale oznacza to raczej kondycjonowanie/odżywianie włosów z pantenolem, a nie odżywkę.
Skąd zatem wzięła się ta odżywka? Prawdopodobnie stąd: 



Na odwrocie butelki znajduje się etykieta w języku polskim i jak przysłowiowy wół stoi tu napisane Szampon z odżywką, a niżej znajduje się taki tekst:
"Koncentrat szamponu do włosów wzbogacony placentą roślinną oraz panthenolem. Przeznaczony szczególnie do włosów cienkich, słabych i zniszczonych farbowaniem. Zapobiega wypadaniu włosów, intensywnie regeneruje oraz przyspiesza ich naturalny wzrost. Zwiększa objętość, nadając im połysk i jedwabistość. Szampon zawiera naturalne olejki eteryczne i nie jest zalecany dla kobiet w ciąży."

Zwróćcie uwagę, że w całym tekście jest mowa tylko o szamponie, ani razu nie użyto słowa odżywka. Myślę, że ktoś po prostu błędnie przetłumaczył wyraz Conditioning



Podsumowując muszę powiedzieć, że z szamponu jestem zadowolona ale po umyciu nim włosów nakładam odżywkę jak po każdym innym szamponie. Skoro ta roślinna placenta ma tak dobre działanie na włosy, to szkoda, że firma ORGANIC HEAVEN ni pokusiła się o wyprodukowanie odżywki lub maski do włosów zawierające tę placentę. Szampon przebywa na włosach tak krótko, że nie zdąży zbyt wiele zdziałać, natomiast odżywki, balsamy czy maski trzymamy na włosach dłużej, a więc składniki tych kosmetyków mają więcej czasu na wykazanie się swoimi dobroczynnymi właściwościami. Szkoda, że nie pomyśleli... Może jednak pomyśleli, tylko firma jest tak tajemnicza, że nie wiadomo co, oprócz tego szamponu, jeszcze produkuje.

poniedziałek, 21 lipca 2014

DIY - naturalny dezodorant... czyli alternatywa dla ałunu



       
             Kilka lat temu, chyba już prawie pięć, zrezygnowałam z antyperspirantów na rzecz ałunu lub dezodorantów produkowanych na bazie ałunu. Z ich działania jestem zadowolona i nie zamierzałam zamieniać tych dezodorantów na inne. Do czasu... Niedawno dowiedziałam się o innej, naturalnej możliwości likwidowania przykrego zapachu potu, a tą inną możliwością jest olejek magnezowy zwany też oliwą magnezową.
Magnez jest pierwiastkiem niezbędnym dla utrzymania w zdrowiu ludzkiego organizmu. Ma wpływ na mnóstwo procesów zachodzących w naszym ciele i na utrzymaniu w zdrowiu wielu narządów w tym również serca.







Oliwę magnezową możemy używać w charakterze naturalnego dezodorantu. Działa jak ałun, a więc nie hamuje wydzielania potu ale likwiduje jego nieprzyjemny zapach gdyż wchodzący w jej skład chlorek magnezu ma silne działanie antybakteryjne. Dodatkową korzyścią jest to, że jednocześnie dostarczamy naszemu organizmowi magnez przez skórę. Oliwę można kupić gotową ale nie jest to produkt tani. Natomiast bardzo tanio można zrobić ja samemu. Jest to proste jak przysłowiowa konstrukcja cepa.
Do zrobienia oliwy potrzebne są tylko dwa składniki:
  1. Chlorek magnezu sześciowodny - czysty do analizy (CZDA),
  2. Woda destylowana. 







Wykonanie:
Najczęściej spotyka się przepisy proponujące użycie chlorku magnezu i wody w stosunku 1:1. Należy więc odmierzyć np. 100 gram chlorku i 100 gram, czyli ml wody. Chlorek wsypać do miseczki lub innego pojemnika. Ja użyłam tym razem po 50 gram składników.
Wodę podgrzewamy tak, żeby była dobrze ciepła, wlewamy do naczynia z chlorkiem i czekamy aż chlorek rozpuści się w wodzie. Żeby było szybciej zamieszałam plastikową łyżeczką. I to wszystko, oliwa gotowa. Prawda, że proste?





 Z początku nasz roztwór będzie mętny ale jeśli damy mu trochę czasu to ustoi się i będzie wyglądał jak woda. Oliwa magnezowa tak naprawdę nie jest oliwą ani jakimkolwiek olejem. Otrzymała taką nazwę dlatego, że podczas wcierania jej w skórę mamy wrażenie tłustości podobne do tego, jakie jest przy wcieraniu olejów. Jest całkowicie bezzapachowa. Jeśli wolimy pachnący dezodorant, można do niej dodać ulubionego olejku eterycznego. Możemy też zamiast wody użyć do rozpuszczenia chlorku dowolnego hydrolatu lub naparu ziołowego. Gotową oliwę przelewamy do buteleczki, najlepiej takiej z atomizerem i spryskujemy skórę pod pachami. Ponieważ nie posiadam butelki z atomizerem, przelewam swoją oliwkę do butelki z pompką. Spryskuję oliwą palce i wcieram w skórę pod pachami. Chcąc zwiększyć suplementację magnezu, możemy oprócz pach wmasować oliwę w każdą inną część ciała. Ja na przykład wcieram ją w skórę nóg. I jeszcze jedna ważna rzecz. Oliwy magnezowej nie należy stosować na skórę podrażnioną czy mającą zadrapania lub inne uszkodzenia np. po depilacji. W takiej sytuacji oliwa będzie solidnie piekła.
Jeśli robimy oliwę po raz pierwszy lepiej jest zrobić ją o połowę słabszą czyli użyć 1 części chlorku i 2 części wody, np. 50g chlorku i 100ml wody. Chodzi o to, żeby skóra miała możliwość przyzwyczaić się do działania oliwy. Skóra nieprzyzwyczajona może, choć nie musi, zareagować np. pieczeniem czy swędzeniem.






 

Na początku postu napisałam, ze niedawno dowiedziałam się o tym, jak samodzielnie zrobić oliwę magnezową. Skąd się dowiedziałam?  Stąd.  Bardzo ciekawa stronka, warto poczytać.

Chlorek magnezu CZDA można kupić na Allegro i w niektórych sklepach internetowych. Ja kupiłam go tutaj. Wodę destylowaną można kupić na stacji benzynowej. Za litrową butelkę zapłaciłam coś około 2 zł. Można też kupić wodę w aptece ale jest tam kilkakrotnie droższa. 

Jestem bardzo ciekawa czy zdecydujecie się na zrobienie i wypróbowanie oliwy magnezowej.

piątek, 18 lipca 2014

O mydle aleppo raz jeszcze



  
          Mydło aleppo zna każda blogerka kosmetyczna, a jeśli nawet nie zna, to przynajmniej o nim słyszała lub czytała. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak aleppo to najstarsze z mydeł i niemal podstawa naturalnej kosmetyki. Ja również pisałam już o tym mydle ale dzisiaj chciałabym pokazać Wam jeszcze jedną alepową kostkę.



Jest to klasyczny alep z 16-procentową zawartością oleju laurowego. Jego skład możecie zobaczyć tu:




Nie ma w tym mydle nic szczególnego poza tym, że leżało sobie u mnie w domu aż trzy lata. Kupiłam je w lipcu 2011 roku. Pamiętam jak dziś, że byłam na Dworcu Centralnym w Warszawie (wracałam z mojej ówczesnej pracy), a ponieważ miałam jeszcze trochę czasu do mojego pociągu więc spacerowałam po podziemnych korytarzach dworca oglądając wystawy znajdujących się tam licznych sklepów. W ten sposób trafiłam na mały sklepik z pamiątkami z egzotycznych krajów, a do szyby wystawowej tego sklepu była przyklejona napisana ręcznie, a raczej nabazgrana długopisem kartka informująca, że sklep prowadzi sprzedaż mydeł aleppo. Oczywiście weszłam do środka i kupiłam  mydełko. Nie miałam zamiaru przetrzymywać go aż trzy lata ale wiecie jak to jest. Ciągle są jakieś mydlane nowości, które chce się wypróbować i napisać o nich na blogu, a to mydełko sobie leżało i czekało na swoją kolej. Wreszcie się doczekało. Trochę się obawiałam czy tak długie leżakowanie mu nie zaszkodziło. Po wyjęciu z opakowania ujrzałam taką kostkę:




 
.Mydło miało bardzo ciemny, brunatny kolor, ciemniejszy niż widać to na zdjęciach. Nie wiem, czy takie było od nowości, czy ciemniało z upływem czasu gdyż nie otwierałam wcześniej opakowania.



Mydełko bardzo dobrze się pieni. Używam je, jak każdego alepowego mydła, do mycia twarzy, ciała oraz do higieny intymnej. Jednak pewna rzecz zaczęła mnie niepokoić. Zużyłam już wiele kostek mydła aleppo i zawsze dosyć szybko ukazywał się charakterystyczny dla tego mydła kolor zielony. Tym razem mydło długo pozostawało brunatne. Już zaczęłam obawiać się czy nie jest to podróbka alepu gdy po 2,5 tygodnia używania zaczęła pojawiać się piękna, ciemna zieleń.



Właściwie to jest logiczne. Wiadomo, że świeżo wyprodukowane mydła aleppo mają kolor ciemnozielony. Podczas długiego, najczęściej dziewięciomiesięcznego, leżakowania na powierzchni mydlanych kostek zachodzi proces utleniania w wyniku czego zmieniają one barwę na różne odcienie beżu aż do brunatnego. Skoro moje mydło leżało u mnie trzy lata, to przez cały ten czas miało miejsce utlenianie i brunatna warstwa była coraz grubsza. Dlatego tak długo trwało zanim można było ujrzeć zieleń.
Tak oto, całkiem przypadkowo przekonałam się naocznie, jak długo może leżeć mydło aleppo. Podejrzewam, że gdyby poleżało jeszcze rok czy dwa, to też nic by mu się nie stało. Jeśli więc w jakimś sklepie trafimy na interesującą promocję mydeł aleppo możemy śmiało kupić kilka kostek nie obawiając się o to, że mogą się nam przeterminować i zepsuć zanim zdążymy je zużyć. Nic złego im się nie stanie.  

sobota, 12 lipca 2014

Moje najnowsze nabytki



     Na samym początku muszę się pochwalić. Nie wiem czy pamiętacie, że w marcu przyrzekłam sobie iż w kwietniu nie kupię żadnych kosmetyków. Słowa dotrzymałam ale to jeszcze nie wszystko. W maju i w czerwcu również nie wydałam na kosmetyki nawet złotówki. Wytrzymałam aż trzy miesiące bez kosmetycznych zakupów! W tym miesiącu powiedziałam sobie, że dosyć tej "ascezy" i pozwoliłam sobie na zakupy ale niezbyt duże. Zobaczcie co kupiłam:




Maseczka do twarzy z płatków róży HESH. Od dawna miałam na nią ochotę i teraz wreszcie mam okazję ją wypróbować. Drugi nabytek to Maska do włosów Intensiv - Seide ANNEMARIE BORLIND. Jest to mój pierwszy kosmetyk tej marki, z przyjemnością go wypróbuję. Również po raz pierwszy goszczą w mojej kosmetyczce "przedstawiciele" marki LAVERA. Są to: Puder sypki transparentny - Trend Sensitiv 2014 oraz Szminka do ust - Trend Sensitiv. Jeśli idzie o tę szminkę, to już wiem, że nie będę miała z niej pożytku, nie trafiłam z kolorem. Pozostałych produktów jeszcze nie używałam. Zakupy te zrobiłam w sklepie Skarbiec Natury.

Po kolejne zakupy wybrałam się do sklepu  Blisko Natury.




W największym pojemniku znajduje się masło shea nierafinowane. Małe pojemniczki skrywają wosk pszczeli, masło aloesowe i masło kakaowe łupane. Nie ukrywam, że produkty te posłużą mi do ukręcenia kremiku. Jaki to będzie krem? Tego Wam teraz nie zdradzę. Pochwalę się dopiero po zrobieniu kremu i to pod warunkiem, że będzie to produkt udany. Do koszyka dorzuciłam jeszcze olej malinowy tzn. z pestek malin. Naczytałam się tyle dobrego o tym oleju, że musiałam go kupić. Zobaczymy jak się sprawdzi na mojej skórze i włosach.
I to już wszystkie lipcowe zakupy, więcej w tym miesiącu nie będzie. Być może w sierpniu skuszę się na jakieś nowości ale do sierpnia mamy jeszcze trochę czasu.  

niedziela, 6 lipca 2014

SANTAVERDE Aloe Vera Żel Regenerujący




               Żel Regenerujący Aloe Vera to ostatni kosmetyk z zestawu otrzymanego od firmy SANTAVERDE. Trzy produkty już Wam przedstawiłam (tutu, i tu), a dzisiaj przyszedł czas na ten żel.




Producent tak pisze o żelu:
"Delikatny żel na bazie czystego soku aloesowego i hydrolatu z kwiatu czarnego bzu wzbogacony olejkami z wiesiołka i masłem z mango intensywnie regeneruje skórę i przywraca właściwy poziom nawilżenia. W sposób widoczny wygładza skórę, wzmacnia jej strukturę i przywraca naturalną elastyczność. może być stosowany samodzielnie, jako podstawowa pielęgnacja młodej cery ze skłonnością do przetłuszczania lub jako serum uzupełniające działanie kremu pielęgnacyjnego." 




Skład żelu: Sok z Aloe Vera*, alkohol*, betaina roślinna, mleczan sodu, wyciąg z czarnego bzu*, olej z wiesiołka*, olej ze słodkich migdałów*, wyciąg z lawendy*, kwas hialuronowy, guma ksantanowa, masło z mango, mech irlandzki, witamina E, olej słonecznikowy, witamina C palmitat, roślinny fitynian sodu, glukoza, roslinne estry gliceryny i kwasów tłuszczowych, roślinny kwas lewulinowy, siarczan srebra, olejki eteryczne.

* składniki pochodzące z certyfikowanych upraw organicznych.   



Żel Regenerujący Aloe Vera zamknięty jest w małej, miękkiej tubce o pojemności 30 ml. Wylot tubki, podobnie jak w przypadku Kremu Medium Aloe Vera, zamknięty był sreberkiem, dzięki czemu możemy mieć pewność, że nikt przed nami z zawartości tej tubki nie korzystał.
Kosmetyk nosi nazwę żelu ale bardziej niż z żelem kojarzy mi się z gęstym i lekko lepkim płynem. Barwą przypomina rozwodnione mleko. Ma przyjemny, owocowy zapach.
Testowanie tego kosmetyku zostawiłam na koniec gdyż, prawdę powiedziawszy, byłam do niego trochę uprzedzona. Dziwne mi się wydawało wklepywanie żelu w twarz, jakoś mnie to nie przekonywało. W końcu ciekawość zwyciężyła i postanowiłam spróbować. Spróbowałam i...rozczarowałam się. Wklepywałam żel w oczyszczoną i spryskaną tonikiem skórę. Wchłaniał się dosyć szybko ale po wchłonięciu przez skórę miałam wrażenie jakbym niczego na nią nie położyła, jakbym umyła twarz, osuszyła i na tym poprzestała. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest to kosmetyk nie dla mnie ale przypomniałam sobie, że przecież producent zaleca go do pielęgnacji cery młodej i przetłuszczającej się, a mojej cery nie można uznać za tłustą, a tym bardziej, niestety, za młodą. Postanowiłam więc dać żelowi drugą szansę i potraktowałam go, zgodnie z sugestią producenta, jako serum czyli pod krem. I to był strzał w dziesiątkę! Teraz codziennie stosuję żel pod krem na noc, a rano cera jest wspaniale nawilżona i wygładzona. W charakterze serum żel spisuje się doskonale. Czasem dodaję go też do maseczek glinkowych dzięki czemu cera otrzymuje dodatkowe substancje odżywcze. Zrobiłam też eksperyment z maską do włosów. Glinkę rhassoul rozrobiłam z wodą, dodałam trochę żelu i kilka kropel eliksiru piękna (klik ). Tak przygotowaną maskę nałożyłam na umyte, mokre włosy. Trzymałam około 20 minut po czym maskę spłukałam i włosy ponownie umyłam szamponem. Po wyschnięciu miały piękny połysk, dobrze się układały i były uniesione u nasady czyli zwiększyły swoją objętość, a więc efekt był świetny.




 Żel Regenerujący Aloe Vera, podobnie jak wszystkie kosmetyki SANTAVERDE, posiada certyfikat NaTrue. Otrzymał również tytuł Doskonałości Roku 2013 w prestiżowym konkursie miesięcznika "Twój Styl", w kategorii kosmetyków naturalnych i organicznych.
Podsumowując moją przygodę z produktami SANTAVERDE muszę stwierdzić, że są to wspaniałe, luksusowe kosmetyki i bardzo się cieszę, że miałam przyjemność wypróbowania kilku spośród nich, bo testowanie tak dobrych produktów to rzeczywiście sama przyjemność. Podoba mi się ich jakość, wydajność, wszechstronność i działanie na skórę. Są to kosmetyki drogie ale, moim zdaniem, warto odłożyć sobie trochę pieniążków i od czasu do czasu zafundować sobie odrobinę luksusu.  

wtorek, 1 lipca 2014

Projekt DENKO - czerwiec 2014




          Czerwiec się skończył i polowa roku za nami. I pomyśleć, że tak niedawno był Sylwester i Nowy Rok... Wraz z końcem miesiąca przyszła pora na pokazanie tego, co udało mi się wykończyć. Moje czerwcowe denko nie jest może imponująco duże ale lepsze to niż nic. Zobaczcie:



1. BENTLEY ORGANIC Odżywka do wszystkich rodzajów włosów - o tej odżywce pisałam tutaj.. Niestety, moje włosy niezbyt ją lubiły i dlatego nie kupię jej ponownie.

2. SWAZI SECRETS  Olej marula peeling - klasyczny przykład dobrego kosmetyku spapranego przez tandetne opakowanie. Tubka zaopatrzona jest w dużą zakrętkę, a więc przeznaczona do stawiania na tej zakrętce. Niestety, niezależnie od tego czy tuba była postawiona czy leżała olej wyciekał na zewnątrz. W końcu musiałam przełożyć zawartość tuby do pojemniczka po innym kosmetyku. Recenzję znajdziecie tu. Do tego jeszcze ta łuszcząca się farba na tubie... Nie wiem jeszcze czy kupię ponownie ten peeling ale jeśli się skuszę, to przełożę go do innego pojemnika od razu po zakupie nie czekając aż większość oleju wycieknie.

3. PLANETA ORGANICA  Hammam Body Soap czyli Naturalne mydło tureckie do sauny i pod prysznic - mydła tego używałam do peelingu z rękawicą kessą tak, jak savon noir. Bardzo dobrze sprawdziło się w tej roli. Pojemnik o pojemności 450 ml starcza na długo tym bardziej, że mydło jest wydajne. Więcej na jego temat przeczytacie tu. Zasługuje na ponowny zakup.

4 i 5. COSMETIC GARDEN Mydło Świeżo ścięta trawa oraz Pomarańcza i bez. Zostały mi z tych mydełek nieduże kawałki, a więc nietrudno było je wykończyć. Polubiłam te mydełka, a zwłaszcza to o nazwie Pomarańcza i bez ze względu na piękny, delikatny zapach bzu. Recenzję mydełek znajdziecie tutaj. Jak najbardziej zasługują na ponowny zakup.

6. LA MAISON DU KARITE  Mydło z masłem karite i neem - kolejne naturalne mydełko o lekko peelingującym działaniu. Pisałam o nim tu. Bardzo dobre mydło i z pewnością kupię je ponownie, a także inne mydła tego producenta.

I to już wszystko, co udało mi się wykończyć w czerwcu. Kolejne denko za miesiąc. Czy będzie większe? Zobaczymy...


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...