sobota, 13 października 2012

Październik miesiącem maseczek - maseczka numer dwa.



           Dzisiaj przedstawię Wam drugą "pażdziernikową" maseczkę. Tym razem jest to maseczka domowa, mówiąc inaczej, kuchenna. Składa się ona z samych produktów spożywczych. Oto jej składniki:




Te składniki to: dojrzałe awokado, dojrzały banan, trochę jogurtu naturalnego i kilka kropli witaminy E.  Wykonanie jest bardzo proste i zabiera niewiele czasu. Miksujemy banana i awokado z niewielkim dodatkiem jogurtu naturalnego. Mamy otrzymać masę o konsystencji kremu. Wkraplamy do niego kilka kropel witaminy E i gotowe! Kremik wygląda tak:



Maseczkę nakładam na oczyszczoną skórę twarzy, trzymam 15-20 minut i spłukuję letnią wodą. Skóra jest gładziutka, odżywiona i przyjemnie natłuszczona. Po spłukaniu maseczki możemy nałożyć na twarz dowolny krem. 

Dlaczego warto stosować tę maseczkę? Ze względu na jej wartości odżywcze. Awokado zawiera aż 20-30 procent kwasów tłuszczowych, głównie nienasyconych. Są one znane jako Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe (NNKT). Zawiera także sporo witamin: B9, B6, K, E i C, a także karoteny, białko i sporo magnezu, białka i fosforu. Banan również zawiera białko, witaminy C, B1, B2, A, E, a także minerały: wapń, fosfor, fluor i magnez. Ponadto jest ona zgodna z jedną z ajurwedyjskich zasad mówiącą: Nie kładź na skórę niczego, czego nie włożyłbyś do ust.

Przepis na tę maseczkę znalazłam już dosyć dawno gdzieś w internecie. Wydała mi się interesująca i od czasu do czasu sobie ją robię. Pamiętam, że w przepisie zalecano aby do przygotowania maseczki wziąć małe awokado i małego banana. Wcale nie przestrzegam tego zalecenia. Biorę duże awokado i dużego banana. Oczywiście kremu wychodzi mi znacznie więcej niż potrzeba na maseczkę. Co robię z jego nadmiarem? Dosładzam łyżeczką miodu i...z apetytem zjadam. Jest pyszny!

środa, 10 października 2012

Mydło POPPY



               Pisałam już o mydełku miętowym z Soap Bakery (klik), a teraz przyszła kolej na następne czyli Mydło POPPY.




Poppy  to po angielsku mak  i rzeczywiście mydełko obsypane jest makiem.




Wiecie z czym kojarzy mi się wygląd tego mydełka? Z lodami jagodowymi!  Myślę, że kawałek lodów jagodowych położony na talerzyku wyglądałby bardzo podobnie. Mamy więc kolejne mydło o smakowitym wyglądzie.

Mydło opakowane było w pergamin do którego przyklejona była etykietka ze składem mydełka:




Skład mydełka jest jak najbardziej naturalny, a ciekawostką wśród jego składników jest olej Canola. Canola to kanadyjski olej rzepakowy. Używając tradycyjnych metod hodowli roślin zmieniono skład jego kwasów tłuszczowych, dlatego też rzepak ten i uzyskiwany z niego olej różni się od wytwarzanego w Europie. Cechuje go wysoka zawartość minerałów, witamin (głównie E) i jedno- i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, a przede wszystkim GLA (gammalinolenowego). Brak GLA powoduje, że nasza skóra staje się z dnia na dzień sucha i traci elastyczność, co przyspiesza tworzenie się zmarszczek, a także zmniejsza odporność skóry na szkodliwe działanie czynników zewnętrznych.

Mydło Poppy ma piękny, delikatny zapach. Nie za bardzo potrafię opisać go słowami, ale kojarzy mi się z jedzeniem. Coś jakby wanilia z odrobiną cynamonu...




Mydełko dobrze się pieni. Bardzo lubię jego gęstą, tłustawą pianę przypominającą emulsję. Myję nim całe ciało, twarz i używam do higieny intymnej. Bardzo dobrze oczyszcza skórę i nie wysusza jej. Dodatkowym jego plusem jest możliwość wykonania delikatnego peelingu ciała. Służy do tego makowa posypka. Oprócz tych wszystkich zalet jest jeszcze jedna. Mydełko jest prawdziwą ozdobą łazienki.

niedziela, 7 października 2012

Numer jeden październikowej akcji maseczkowej czyli Błękitna Glinka Wałdajska.



         Zachęcona recenzją Łucji z Agulkowego Pola (klik ) postanowiłam kupić tę glinkę. Nigdy nie miałam glinki błękitnej, ani nawet o niej nie słyszałam więc moja ciekawość została skutecznie pobudzona. Nie zamierzałam kupować jej natychmiast tylko w bliżej nieokreślonej przyszłości, najprawdopodobniej przy okazji składania zamówienia w sklepie "Kalina" mającym ją w swej ofercie.
Kilka dni temu wybrałam się do sklepu zielarsko - kosmetycznego w moim mieście w nadziei, że znajdę tam jakieś ciekawe maseczki naturalne, które będę mogła wykorzystać w październikowej akcji maseczkowej. Jakież było moje zdziwienie gdy na sklepowej półce ujrzałam Błękitną Glinkę Wałdajską, tę samą, o której pisała Łucja. Oczywiście natychmiast ją kupiłam.



 Glinka zapakowana jest w błękitny kartonik, a w jego środku znajdziemy dwie celofanowe torebki zawierające po 50 g glinki.




W pudełeczku znalazłam też karteczkę z informacjami producenta, firmy FITOkosmetik, na temat glinki. Oto co pisze producent:

"Ma właściwości lecznicze i jest szeroko stosowana we współczesnej kosmetologii. Dzięki zawartości minerałów i substancji bioaktywnych pochodzenia naturalnego, maseczki na bazie błękitnej glinki wałdajskiej skutecznie redukują zmarszczki, odmładzają i doskonale oczyszczają skórę.
Błękitna glinka wałdajska nasyca komórki skóry w niezbędne substancje i związki naturalne, odżywia i pobudza procesy regeneracji w skórze. Nadaje skórze jędrność, elastyczność, zdrowy wygląd." 

Glinka ma postać drobniutkiego proszku w kolorze szarozielonkawym. Należy rozmieszać ją z taką ilością wody aby uzyskać konsystencję pasty. Po rozmieszaniu z wodą nie zmienia swojego koloru. Jednak gdy nałożymy ją na twarz przybiera piękną, błękitną barwę wpadającą w odcień morski.



Dzisiaj po raz pierwszy nałożyłam na twarz maseczkę z glinki błękitnej. Producent zaleca trzymać ją na twarzy od 5 do 15 minut. Ja trzymałam 15 minut. Maseczka dosyć szybko wysychała. Wtedy spryskiwałam suche miejsca hydrolatem. Można też spryskiwać wodą. Nie należy dopuszczać do wysychania maseczek glinkowych na twarzy (dotyczy to wszystkich glinek) gdyż po pierwsze: pojawia się wtedy nieprzyjemne uczucie ściągania, a po drugie: glinki działają tylko wówczas, gdy są wilgotne. Glinka sucha po prostu nie działa. Szybkiemu wysychaniu maseczek glinkowych na twarzy można też zapobiec przez dodanie do rozmieszanej z wodą glinki kilku kropel dowolnego olejku i czasem tak robię.
Po 15 minutach zmyłam maseczkę z twarzy ciepłą wodą. Producent zaleca, aby po zmyciu maseczki nałożyć na twarz lekki krem i tak też zrobiłam.
Trudno powiedzieć po jednorazowym użyciu czy glinka rzeczywiście działa odmładzająco i przeciwzmarszczkowo, ale jednego jestem pewna: dawno nie miałam tak gładziutkiej cery. Teraz co chwilę dotykam swojej twarzy i cieszę się jej jedwabistą miękkością i gładkością.
Spodobała mi się błękitna glinka wałdajska i chyba na długo pozostanę jej fanką.





 







środa, 3 października 2012

TAG: Październik miesiącem maseczek.



          Dostałam aż cztery zaproszenia do ciekawej blogowej akcji Październik miesiącem maseczek. Zaprosiły mnie Autorki blogów: Agulkowe Pole (klik), Naturalna Bianka (klik), Natura i ja (klik) i Natura z LIMONKĄ (klik). Dziękuję Wam, Dziewczyny.

      


Bardzo lubię maseczki i uważam, ze odgrywają one znaczną rolę w pielęgnacji cery. Dlatego ten tag uważam bardziej za pożyteczną, blogową akcje niż za zabawę. Na pomysł tej interesującej akcji wpadła Malina będąca autorką bloga malinowe testy kosmetyczne (klik).

Oto zasady:

Czas trwania: PAŹDZIERNIK

Celem tagu jest: 
  • zachęcenie do chwili relaksu, aby zrobić coś tylko dla siebie,
  • zadbanie o swoją twarz bez względu na wszystkie obowiązki,
  • poprawienie swojego wyglądu,
  • wyrobienia sobie nawyku nakładania maseczki raz w tygodniu,
  • radość i duma ze swojego wyglądu. 

Zasady tagu:
  • umieść baner z linkiem do inicjatora tagu (czyli do Maliny),
  • umieść zasady tagu w poście na swoim blogu,
  • napisz, kto Cię otagował,
  • zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki,
  • otaguj minimum 5 osób.
 Chętnie wezmę udział w tej akcji gdyż lubię maseczki i doceniam ich znaczenie dla urody. Nie wiem tylko czy zdołam przetestować i zrecenzować jedną maseczkę tygodniowo, ale spróbuję. Dodatkową korzyścią z tagu jest to, że poznałam jeszcze jeden ciekawy blog kosmetyczny, o którego istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Mam na myśli, oczywiście blog Maliny.

Do zabawy zapraszam autorki blogów:
  • Aszanti (klik ),
  • Czarownicująca i Wiedźmi kociołek (klik),
  • Siempre la belleza (klik)
  • Nasze kosmetyczne eko-skarby (klik),
  • Neli w krainie czarów (klik),
  • Natural perfect`s secret (klik)

Mam nadzieję, że Dziewczyny chętnie podzielą się z nami swoimi maseczkowymi doświadczeniami i zrecenzują nam zrecenzują nam fajne maseczki gotowe lub samorobione. 
  

 

poniedziałek, 1 października 2012

TSO MORIRI Mus do ciała z ekstraktem z bursztynu.



             Jeszcze całkiem niedawno nie wiedziałam o istnieniu kosmetyków TSO MORIRI. Dowiedziałam się o nich z blogów kosmetycznych. Blogi te są nieocenioną skarbnicą wiedzy kosmetycznej. Można znaleźć tam dużo ciekawych informacji i wiele się nauczyć. 
Zainteresowały mnie te kosmetyki i postanowiłam, tytułem próby, nabyć jeden z nich. Mój wybór padł na Mus do ciała z ekstraktem z bursztynu.





TSO MORIRI  to linia kosmetyków naturalnych stworzona przez firmę Eskulap G. Czarnecki, której główną działalnością jest prowadzenie aptek. Kosmetyki marki TSO MORIRI  są bezpieczne dla skóry, nie zawierają parabenów ani produktów ropopochodnych, nie są testowane na zwierzętach, a jako barwniki używane są: naturalny chlorofil, betakaroten, karmel, barwniki mineralne.
TSO MORIRI  to nazwa dla nas intrygująca i egzotyczna. Cóż ona oznacza? Otóż Tso Moriri to nazwa szafirowego jeziora w północnych Indiach. Jest ono największym na południu Himalajów słonawym zbiornikiem wody zasilanym strumykami powstałymi w wyniku topnienia lodowca. Obszar jeziora jest siedliskiem wielu gatunków zwierząt i roślin, a kosmetyki  TSO MORIRI oparte są na cennych darach natury pochodzących z Indii.

Wracajmy jednak do musu.



Producent obiecuje:
"Aksamitny mus do ciała o zniewalającym zapachu damskich perfum. Maso shea i olej kokosowy nawilżają i pielęgnują skórę, a olej z ogórecznika lekarskiego, dzięki dużej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych, jest ratunkiem dla przesuszonej skóry, a dzięki zawartości kwasu gamma - linolenowego wyraźnie poprawia się napięcie skóry, dzięki czemu staje się ona sprężysta i gładka. Niezwykły ekstrakt z bursztynu pobudza skórę do odnowy działając przeciwrodnikowo. Jest również naturalnym filtrem przeciw promieniowaniu UV".  

Skład musu:
  
 
Moja opinia:
Mus zamknięty jest w aluminiowym pudełeczku o pojemności 150 ml. Ma bardzo ładny, jasnoróżowy kolor. Pięknie pachnie i rzeczywiście zapach ten przywodzi na myśl perfumy. Pozostaje on na skórze jeszcze przez pewien czas po użyciu musu.


 

 Konsystencja musu jest bardzo delikatna i lekka. Bardzo łatwo rozprowadza się na skórze i szybko się wchłania. Pod wpływem ciepła ciała niemal natychmiast rozpuszcza się.


 Mus Tso Moriri dobrze natłuszcza i nawilża skórę. Sprawia, że jest ona gładka i na dodatek pięknie pachnie. Wmasowywanie go w skórę to prawdziwa przyjemność.  Dla mojej suchej skóry to idealny kosmetyk. Jest to chyba najlepsze gotowe "mazidło" do ciała jakie kiedykolwiek miałam. Jestem nim zachwycona.



 

czwartek, 27 września 2012

Miętowa babeczka z czekoladowym serduszkiem i perełkami.



    Babeczka wygląda tak apetycznie, że chciałoby się ją zjeść. Niestety, nie da się jej zjeść gdyż wykonana jest z mydła. Zresztą, zobaczcie sami:




Prawda, że wygląda jak polukrowane ciacho?

Jak już pisałam (klik), dostałam od Magdy z Soap Bakery (klik) kilka mydełek do przetestowania. Muszę przyznać, że miałam z nimi pewien problem. Polegał on na tym, że nie mogłam zdecydować się, które mydełko przetestować w pierwszej kolejności. Przecież one wszystkie są takie kuszące... W końcu podjęłam "męską" decyzję i wybór padł na miętową babeczkę. 




Mydełko było opakowane w folię i na spodzie miało przyklejoną etykietką, na której, między innymi, znajdował się skład mydła. Oto on:
INCI: Aqua, Sodium Olivate, Sodium Cocoate, Canola Oil, Sodium Palmate, Glycerin, Sodium Hydroxide, Mentha arvensis, Theobroma Cacao, CI 77288.
Skład jest w porządku. Jedynym nieorganicznym składnikiem jest CI 77288. Jest to tzw. zieleń chromowa pełniąca rolę barwnika. Jest jednak na samym końcu składu, co świadczy o niewielkiej zawartości tego składnika. Świadczy o tym również kolor mydełka, który nie jest intensywny, tylko jasny, delikatny. Ja taki skład akceptuję.

W użyciu babeczka jest bardzo przyjemna. Wytwarza delikatną, dosyć obfitą pianę.


 
Mydełko ma bardzo delikatny zapach mięty. Myję tą babeczką całe ciało i twarz. Używam jej również do higieny intymnej. Spisuje się świetnie. Przede wszystkim nie wysusza skóry. Dla mnie jest to bardzo ważne, gdyż mam na ciele skórę bardzo suchą. Oczywiste jest więc, że dodatkowe wysuszenie nie jest mi potrzebne. Dobrze też oczyszcza skórę. Po umyciu twarzy nie odczuwam ściągnięcia. Czegóż można więcej chcieć od mydła? Dodam tylko, że kąpiel z miętową babeczką jest bardzo przyjemna, mogłabym się namydlać nią bez końca.



poniedziałek, 24 września 2012

O tonikach naturalnych słów kilka



           Gdy zrezygnowałam z kosmetyków chemicznych na rzecz naturalnych stało się jasne, że powinnam przestawić się również na naturalne toniki. Znalazłam takowe w sklepach internetowych, ale były, niestety, drogie. Za butelkę o zawartości 150 - 200 ml trzeba było z reguły zapłacić około 50 zł, a często i więcej. Na szczęście znalazłam również ciekawe informacje na temat hydrolatów, których nigdy jeszcze nie używałam. Postanowiłam spróbować. Kupiłam jeden hydrolat, potem drugi i następne. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.




Hydrolaty świetnie zastępują toniki i są produktami naturalnymi.  Są też dosyć uniwersalne. Można ich używać np. jako mgiełek do włosów, do przygotowywania maseczek z glinek itp. Najbardziej opłacalny jest zakup hydrolatów w sklepach z półproduktami. Po prostu są tam najtańsze.

Od dłuższego czasu używam hydrolatów i chociaż bardzo je lubię, to jednak czasem chce się odmiany. Co wtedy robię? Po prostu napary ziołowe. Używałam już naparu z rumianku, z nagietka, z nasion wiesiołka, z zielonej herbaty. Bardzo dobrze spisywały się w roli toników. Robię niewielką ilość takiego naparu (100 - 150 ml), wlewam do ładnej butelki z granatowego szkła po jednym z hydrolatów i przechowuję w lodówce. Nie są one niczym konserwowane więc mogłyby szybko się zepsuć. 

Przez dłuższy czas używałam takiego samorobionego "toniku" z aloesu. Do jego wykonania potrzebny jest czysty sok aloesowy. Czysty tzn. bez żadnych drobinek miąższu. Ja kupuję taki:

 

Wykonanie jest bardzo proste. Odmierzamy dowolną ilość soku np. 50 ml i dolewamy tyle samo wystudzonej, przegotowanej wody. Zamieszamy i gotowe. Tego "toniku" nie musimy przechowywać w lodówce. Sok aloesowy zawiera pewną ilość konserwantów (benzoesan sodu i sorbinian potasu), a więc nasz tonik zbyt szybko się nie zepsuje.

Moim najnowszym "tonikowym" odkryciem jest... woda pietruszkowa. Nie jest to mój wynalazek. O wodzie pietruszkowej przeczytałam na tym blogu.  Przygotowanie takiej wody jest bardzo proste. Pęczek pietruszki siekam niezbyt drobno.



Posiekaną pietruszkę przekładam do słoiczka i zalewam wystudzoną, przegotowaną wodą. Wody daję tyle, żeby posiekana natka była nią przykryta. Słoiczek wstawiam do lodówki na 12 godzin. Po tym czasie odcedzam i woda pietruszkowa pełna witaminy C i wielu minerałów gotowa. Używamy jej jak toniku i przechowujemy w lodówce. Taki "tonik" kosztuje grosze i jest całkowicie naturalny.

Czy Wy też eksperymentujecie z naturalnymi tonikami?  A może macie jakieś ciekawe pomysły?

sobota, 22 września 2012

So Sweet Blog Award



          Wczoraj trafiły do mnie aż dwie słodkie babeczki. Jedną dostałam od Bianki, autorki bloga Naturalna Bianka, a drugą od Łucji z Agulkowego Pola.  Bardzo Wam, Dziewczyny, dziękuję za to wyróżnienie. 



Zabawa polega na nominowaniu do tego wyróżnienia 5, 10 lub 15 blogów. 

Odwiedzam wiele blogów, głównie tych poświęconych naturalnej pielęgnacji i zdrowemu, ekologicznemu stylowi życia. Autorki wielu z nich zasługują na to słodkie wyróżnienie. Oto moje nominacje:

Violka - autorka bloga Natura i ja. Lubię czytać jej zwięzłe i rzeczowe recenzje.

Limonka - autorka bloga Natura z LIMONKĄ. Sprawia na mnie wrażenie marzycielki i romantyczki.

Ania - autorka bloga cudowne diety. Jej wiedza na tematy związane ze zdrowiem i naturalną pielęgnacją jest imponująca. 

Aszanti - autorkę bloga Aszanti. Dzieli się z nami swoją rozległą wiedzą na temat pielęgnacji włosów i nie tylko.

Ewelinę - autorkę bloga Śliwki robaczywki.  Na swoim blogu zamieszcza wiele cennych rad dotyczących naturalnej pielęgnacji.

Na wszystkie wymienione wyżej blogi często zaglądam. Po prostu uważam, że warto je czytać i dlatego postanowiłam wyróżnić je słodkimi babeczkami.

 


piątek, 21 września 2012

I kolejne nowości...



            
                      Wczoraj znowu dostałam przesyłkę, a w niej takie mydlane wspaniałości:




Mydełka przysłała mi do testowania Magda, autorka bloga Soap Bakery (klik).  Bardzo dziękuję Ci Magdo za te mydlane cudeńka. Wyobraźcie sobie, że te piękne, naturalne mydła Magda robi sama! Jestem pełna podziwu zarówno dla jej wiedzy i umiejętności, a także dla pomysłowości i smaku w nadawaniu mydełkom pięknych form.
W paczuszce znajdowały się dwa pełnowymiarowe mydełka:


Jedno z nich to Mydło Poppy z makiem, a drugie to Mydło Miętowe w kształcie babeczki z mydlanym "czekoladowym" serduszkiem i perełkami. Wygląda słodko i apetycznie.

Pozostałe mydełka są mniejsze, takie próbki:




Jest tu mydło solne z zieloną glinką. Jestem bardzo ciekawa tego mydełka gdyż jeszcze nigdy nie zetknęłam się z mydłem solnym. Oprócz niego jest mydełko miętowe i kastylijskie, a także śliczna mydlana różyczka w kolorze różowym.

Teraz czeka mnie testowanie mydełek i jestem przekonana, że będzie to wielka przyjemność. Po testach będą, oczywiście, recenzje.



niedziela, 16 września 2012

Wyprawa do lasu



                Dzisiaj wybrałam się do lasu. Pogoda dopisała, słonko świeciło, ale nie było zbyt gorąco. W sam raz na wyjazd do lasu. Nie liczyłam na obfite grzybobranie, gdyż na to jest zbyt sucho, ale koszyczek na wszelki wypadek wzięłam.
Tak jak przypuszczałam, grzybów było niewiele, ale za to trafiły się bardzo ładne okazy:










Oczywiście to nie wszystkie grzybki jakie się nam (byłam z mężem) trafiły, ale naprawdę było ich niewiele. Odrobinę więcej było grzybów niejadalnych. Mimo, że niejadalne, są prawdziwą ozdobą lasu:






 Spotkałam też kilku maleńkich mieszkańców lasu:







 Ta mała żabka tak się upodobniła do swojego otoczenia, że na pierwszy rzut oka wcale jej nie widać:



 Uwielbiam las. Bardzo lubię grzybobranie, ale nawet jeśli, tak jak dziś, nie ma dużo grzybów, to też jestem zadowolona z wyjazdu. Dotleniłam się i poobserwowałam przyrodę. Zmęczyłam się fizycznie, ale odpoczęłam psychicznie. Uważam dzisiejszy dzień za bardzo udany.
Niestety, nie wszystko było takie cudowne. Po raz nie wiadomo który widziałam, jak bardzo zaśmiecone są nasze lasy. Przy prawie każdym leśnym dukcie można znaleźć dzikie wysypisko śmieci. Po całym lesie poniewiera się pełno butelek szklanych i plastikowych, toreb foliowych, starych opon itp. To przykre, ale wychodzi na to, że istoty zwane ludźmi są w stanie zniszczyć wszystko i robią to.



piątek, 14 września 2012

Zgodnie z obietnicą...




                   ...nowości ciąg dalszy. Wczoraj dostałam drugą paczkę, o której wspominałam w poprzednim poście. Jej zawartość wygląda tak:




Staram się w jak najmniejszym stopniu szkodzić zdrowiu własnemu, rodziny, a także środowisku. Oczywiste jest więc, że oprócz naturalnych kosmetyków wprowadzam do swojego domu również ekologiczne środki czystości. W zamówieniu, o którym mowa, były dwa:





L` ARTISAN SAVONNIER Organiczny Płyn do Prania oraz  LES ALPILLES Mydło marsylskie odplamiające z glinką Sommieres.

Były też kosmetyki:




Od lewej: SAVONNERIE Mydło Naturalne Herbaciane, ALEPIA Mydło Alep Premium z 7 olejami z dodatkiem ziaren, SWAZI SECRETS Olej Marula Peeling. Oprócz tego w paczuszce znalazłam próbkę  Serum HA Rosalia Bio ARGILE PROVENCE.

To jeszcze nie wszystkie nowości. Byłam dzisiaj na targu. W każdy piątek są tam sprzedawcy artykułów sypkich na wagę. Sprzedają różne rodzaje kasz, ryż, fasole, siemię lniane, orzechy, pestki dyni i słonecznika i wiele innych ziaren. Zawsze kupuję tam takie właśnie produkty spożywcze. Dzisiaj okazało się, że mają też olej lniany, więc kupiłam:




Jest to olej tłoczony na zimno, a za buteleczkę zawierającą 200 ml oleju zapłaciłam tylko 6 zł. Jeszcze nigdy nie używałam do olejowania włosów oleju lnianego więc mam zamiar to robić. Jeśli okaże się, że moje włosy nie lubią tego oleju, to zawsze mogę go zużyć do innych celów kosmetycznych lub kulinarnych.

Oczywiście po przetestowaniu tych wszystkich produktów będą recenzje. A więc koniec chwalenia się, teraz trzeba się brać za testowanie.

wtorek, 11 września 2012

Moje nowości.




                       Wczoraj odwiedził mnie listonosz. Przyniósł paczuszkę z moimi najnowszymi zakupami. Oczywiście muszę pochwalić się nowymi nabytkami. Oto zawartość paczki:



 A teraz po kolei:



                       

  • Stara Mydlarnia - mydło naturalne 200g z drewnianą mydelniczką,
  • Stara Mydlarnia - mydło naturalne w kształcie misia    







  •    Stara Mydlarnia - Peeling z masłem shea do skóry suchej,
  •  Tso Moriri - Mus do ciała z ekstraktem z bursztynu.   

Te cztery produkty składały się na moje zamówienie. Oprócz tego w paczuszce znalazłam kilka próbek:




i broszurki reklamowe:




Żadnego z kosmetyków tych marek jeszcze nigdy nie używałam, ani tych, które zamówiłam, ani tych w otrzymanych próbkach. Tym bardziej jestem ciekawa ich działania i jakości. Po przetestowaniu będą, oczywiście, recenzje. No może oprócz tego mydełka w kształcie misia gdyż jest ono przeznaczone na prezent dla małego dziecka.

I na koniec ktoś najbardziej zainteresowany nowymi kosmetykami. Kto taki? Oczywiście Kicia!



W drodze do mnie jest jeszcze jedna paczka. Jak dojdzie nie omieszkam się pochwalić.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...