W mojej higienie intymnej od dawna królują niepodzielnie naturalne mydła w kostkach. Nie mogę narzekać, jestem bardzo zadowolona z ich działania. Jednak czasem chce się odmiany. Przeszukiwałam strony sklepów internetowych w poszukiwaniu jakichś ciekawych kosmetyków do higieny intymnej i uwagę moją zwróciły produkty marki BIOTURM. W efekcie w moim posiadaniu znalazł się taki oto zestaw:
Co tutaj mamy? Przede wszystkim dwa kosmetyki myjące, a mianowicie Żel do higieny intymnej nr 91 z bio-serwatką i bio-żurawiną i Piankę do higieny intymnej nr 90 z bio-serwatką i bio-żurawiną.
Dlaczego aż dwa myjadła? Ano dlatego, że podobnie jak przysłowiowy osiołek, któremu w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano, nie mogłam się zdecydować, który produkt wybrać. W końcu wybrałam i owies i siano czyli i piankę i żel. Nie zmarnują się, z pewnością oba kosmetyki zużyję do końca.
Producent pisze, że pianka i żel zapewniają uczucie świeżości i czystości. Wysokie stężenie aktywnego kompleksu bio-serwatki i naturalnego kwasu mlekowego wspiera naturalną florę bakteryjną oraz przywraca naturalną równowagę kwasowo-zasadową (pH) kobiecych miejsc intymnych. Nowa formuła zawiera sok z bio-żurawiny, znanej z pozytywnego wpływu na zdrowie dróg moczowych i w tym celu zwykle przyjmowanej doustnie. Wiele kobiet przyjmuje preparaty z żurawiną profilaktycznie jak również podczas występowania stanów zapalnych.
Producent nadmienia też, że żurawina nadaje kosmetykom delikatnie różowy kolor i owocowy zapach.
Piankę do higieny intymnej zamknięto w plastikowej butelce z pompką. Butelka zawiera 250 ml kosmetyku mającego postać płynu, który widać na zdjęciu na białej łyżeczce. Pompka przetwarza ten płyn w białą, puszystą piankę. Piana jest biała, a nie różowa, jak zapewniał producent. Rzecz jasna nie przeszkadza mi to, wszak nie kupowałam pianki dla koloru. Zapach pianki jest rzeczywiście owocowy i bardzo przyjemny. Z działania pianki jestem bardzo zadowolona. Rzeczywiście daje poczucie czystości i świeżości. Jest bardzo delikatna. Jeśli w sferze intymnej są jakieś podrażnienia to nie powoduje zwiększonego pieczenia. Mam wrażenie, że te podrażnienia trochę łagodzi.
Skład pianki: Glycerin, Aqua, Lac* (Serwatka*), Decyl Glucoside, Alcohol, Vaccinium Macrocarpon Fruit Juice*, Sodium Lauryl Sulfoacetate, Betaine, Coco Glucoside, Glyceryl Oleate, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Pyrus Malus Fruit Extract, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Rubus Idaeus Fruit Extract, Rubus Fruticosus Fruit Extract, Vitis Vinifera Fruit Extract, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Lactic Acid.
* - składniki pochodzące z kontrolowanych upraw biologicznych
Żel do higieny intymnej otrzymujemy również w plastikowej butelce, która też zawiera 250 ml kosmetyku. Oczywiście ta butelka wygląda nieco inaczej niż ta z pianką, a przede wszystkim nie posiada pompki.
Żel ma bliżej nieokreślony kolor, taki jak widać na zdjęciu i też nie nazwałabym go różowym ale nie uważam tego za minus. Pachnie świeżo, owocowo, tak samo jak pianka. Konsystencja, jak na żel przystało, żelowa, niezbyt gęsta. Jeśli idzie o działanie, to mogę o nim powiedzieć niemal to samo, co o działaniu żelu. Dobrze oczyszcza, nie powoduje podrażnień, jest bardzo delikatny. Wytwarza obfitą pianę i pozostawia skórę bardziej śliską niż pianka, ale to już taka natura żeli myjących. Żel i pianka do higieny intymnej marki BIOTURM to bardzo dobre kosmetyki i cieszę się, że je odkryłam. Podejrzewam, że jeszcze niejeden raz zagoszczą w mojej łazience.
Skład żelu: Aqua, Lac* (Serwatka*), Glycerin, Sodium Coco-Glucoside Tartrate, Alcohol, Decyl Glucoside, Vaccinium Macrocarpon Fruit Juice*, Lactic Acid, Glyceryl Oleate, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Pyrus Malus Fruit Extract, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Rubus Idaeus Fruit Extract, Rubus Fruticosus Fruit Extract, Vitis Vinifera Fruit Extract, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Xanthan Gum, Sodium Levulinate, Sodium Anisate.
*- składniki pochodzące z kontrolowanych upraw biologicznych.
A teraz kilka słów o pozostałych dwóch produktach marki BIOTURM.
Pierwszy z nich to Dezodorujący spray z bio-serwatką do pielęgnacji intymne nr 29. Producent pisze, że Dezodorujący spray do miejsc intymnych BIOTURM pielęgnuje i przywraca poczucie świeżości i pewności siebie. Idealny w podróży, przy ograniczonej mobilności (np. w szpitalu) czy utrudnionym dostępie do bieżącej wody. Swój delikatny, świeży zapach zawdzięcza wyjątkowo łagodnej kompozycji naturalnych olejków eterycznych. Wysokie stężenie aktywnego kompleksu bio-serwatki reguluje naturalny poziom pH flory miejsc intymnych. Skwalen i bio-olej jojoba wygładzają i koją podrażnioną skórę.
Każda z nas może znaleźć się w sytuacji, że będzie czuła potrzebę umycia się, a nie będzie ku temu warunków. Mnie takie sytuacje zdarzają się z racji mojej pracy. Kiedy więc wypatrzyłam ten dezodorant wśród kosmetyków Bioturm, pomyślałam, że to coś dla mnie. Poza tym nigdy jeszcze nie zetknęłam się z tego rodzaju dezodorantem więc tym bardziej byłam go ciekawa.
Dezodorant okazał się strzałem w dziesiątkę. Rzeczywiście daje poczucie świeżości. Oczywiście nie takie jakie odczuwa się po kąpieli ale jednak jest to zauważalna zmiana na plus. Wzmacnia również poczucie pewności siebie gdyż w niekomfortowej sytuacji nie mam obaw w stylu "Ojej, a co jeśli otoczenie wyczuwa ode mnie przykry zapach?"
Dezodorant otrzymujemy w małej, plastikowej buteleczce o pojemności 50 ml. Taką małą buteleczkę bez problemu można nosić w torebce zwłaszcza, że tego dezodorantu używam głównie poza domem. Bardzo podoba mi się zapach tego kosmetyku. Jest to niewątpliwie zapach świeżości, wyczuwam w nim nuty miętowe i anyżkowe. Producent zapewnia, że dezodorant odpowiedni jest dla kobiet w każdym wieku, również dla tych, które ze względu na stan zdrowia muszą używać pieluch. Można używać go też w przypadku podrażnień skóry w okolicach intymnych, natomiast nie należy stosować go do wewnętrznych miejsc intymnych.
Skład dezodorantu: Aqua, Glycerin, Lac*, Pentylene Glycol**, Triethyl Citrate, Squalane, Sucrose Palmitate, Simmondsia Chinensis Seed Oil*, Glyceryl Stearate Citrate, Glyceryl Stearate, Coconut Alkanes, Coco-Caprylate/Caprate, Mannan,Sucrose, Parfum, Sodium Levulinate, Sodium Anisate, Xanthan Gum, Geraniol, Limonene, Linalool.
*- składniki pochodzące z kontrolowanych upraw biologicznych,
**- pochodzenia roślinnego.
Ostatnim kosmetykiem jest Maść do pielęgnacji intymnej nr 92 z bio-serwatką i bio-żurawiną.

Podrażnienia i infekcje miejsc intymnych to bardzo osobisty temat dla każdej kobiety. Najczęstszą przyczyną świądu, infekcji pochwy i upławów jest przesadna higiena. Mydło, żel pod prysznic i środki do higieny intymnej wymywają naturalny kwas mlekowy zaburzając odporność miejsc intymnych na drobnoustroje i podrażnienia. Terapia antybiotykowa, chlorowana woda, jak również materiały higieniczne i źle dopasowana, wykonana z syntetycznych włókien bielizna, nierzadko podrażniają miejsca intymne i uszkadzają naturalną florę bakteryjną. Tak pisze producent i, moim zdaniem, trudno się z nim nie zgodzić. Mnie również zdarzają się tego rodzaju podrażnienia i wówczas ta maść jest prawdziwym ratunkiem. Przede wszystkim jest skuteczna. Jak długo trzeba jej używać? Różnie. Zdarzało się, że wystarczyło jedno użycie ale kiedyś musiałam stosować ją przez kilka dni. Pewnie zależy to od rodzaju podrażnienia lub infekcji i od tego czy jest to podrażnienie lekkie, powierzchowne, czy silniejsze.

Maść otrzymujemy w tubce z twardego plastiku i jest w niej 30 ml produktu. Wbrew pozorom nie jest to mało gdyż maść nie jest kosmetykiem codziennego użytku. Stosujemy ją tylko w razie podrażnień, a te przecież nie zdarzają się codziennie. Maść ma postać lekkiego, białego kremu i nie jest perfumowana. Używać jej należy wyłącznie do zewnętrznych miejsc intymnych. Nakładać cienką warstwą nawet do kilku razy dziennie jeśli jest taka potrzeba.
Skład maści: Aqua, Lac*, Simmondsia Chinensis Sed Oil*, Squalane, Vaccinium Macrocarpon Fruit Juice*, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Polyglyceryl-3 Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Glucose, Bisabolol, Tocopherol, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Zingiber Officinale Root Extract, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Pyrus Malus Fruit Extract, Vanilla Plasnifolia Fruit Extract, Rubus Idaeus Fruit Extract, Rubus Fruticosus Fruit Extract, Vitis Vinifera Fruit Extract, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Lactoperoxidase, Helianthus Annuus Seed Oil, Glucose Oxidase, Lactic Acid, Oryzanol, Xanthan Gum.
*- składniki pochodzące z kontrolowanych upraw biologicznych.
Te dwa kosmetyki tzn. dezodorant i maść zdobyły moje uznanie i myślę, że podobnie jak pianka i żel, będą u mnie często gościły.Wszystkie te produkty certyfikowane są przez BDIH. Kupiłam je w tym sklepie.
Bardzo długi wyszedł ten post ale dotyczy czterech produktów. Mam nadzieję, że nie zanudzicie się przy czytaniu. A może znacie już te kosmetyki?
O istnieniu mydlanej marki o nazwie HAGI dowiedziałam z bloga Reni. Renia zachwycała się tymi mydełkami czym wzbudziła moje zainteresowanie. Nic dziwnego, jestem przecież zdeklarowaną fanką naturalnych mydeł w kostkach. Postanowiłam wypróbować mydlane produkty Hagi i jakiś czas temu nabyłam trzy kostki.Wybrałam mydełka z olejem z ogórecznika, z masłem tucuma i ze skrzypem polnym.
Producent tak pisze o sobie:
"Jesteśmy nową marką, która zrodziła się z przenikania świata chemii i natury. Z istniejącego od 2000 roku laboratorium chemicznego wyłoniło się laboratorium kosmetyczne. Do produkcji naturalnych kosmetyków zachęciło nas bogactwo i harmonia składu surowców kosmetycznych pochodzących z natury."
"W naszej ofercie znajdują się naturalne kosmetyki wytwarzane ręcznie naturalnymi metodami. Z zebranych dziko rosnących ziół wytwarzamy ekstrakty wodne i olejowe. Kompozycję zapachową produktów tworzymy z oryginalnych olejków eterycznych. Nasza oferta zależna jest od dostępności lokalnych surowców roślinnych i zmienia się wraz z porami roku. Wszystkie produkty możecie obejrzeć w naszym sklepie internetowym: www.sklep.hagi.com.pl."
Każdą z tych trzech kostek wymydliłam mniej więcej do połowy, a więc mogę już powiedzieć parę słów na ich temat. Zacznę od Naturalnego mydła z masłem tucuma.
Mydło wyprodukowano ręcznie metodą na zimno, a w jego składzie znajdziemy, między innymi, olej arachidowy, olej z awokado, egzotyczne, bo pochodzące znad Amazonki, masło tucuma, olej rycynowy i żel z aloesu. Wspaniałe, naturalne składniki. Żel z aloesu łagodzi podrażnienia i reakcje alergiczne, amazońskie masło tucuma wspomaga regenerację skóry i poprawia jej elastyczność, olej z awokado działa jak odżywczy i kojący kompres dla skóry suchej, zniszczonej, łuszczącej się. Na uwagę zasługuje również olej arachidowy. On również łagodzi podrażnienia skóry, zwłaszcza te, które związane są z łuszczeniem naskórka. Jest świetnym środkiem nawilżającym dla skóry suchej i bardzo suchej.
No dobrze, składniki są super ale jak spisuje się mydełko? Oczywiście wspaniale. Wytwarza obfitą, kremową pianę sprawiającą wrażenie treściwej i wręcz tłuściutkiej. Z przyjemnością rozprowadza się ją po skórze. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną ale jej nie wysusza, po myciu nie ma uczucia ściągnięcia. Używałam je do mycia całego ciała, twarzy i do higieny intymnej. W każdej z tych ról mydło spisało się znakomicie.
Kostka nie jest duża, waży 100 g. Ma intensywny, żółty kolor, trochę ciemniejszy niż na zdjęciach ale nie tylko kolor jest intensywny. Zapach też. Został on skomponowany z olejków eterycznych z cytryny, limonki i mandarynki oraz z olejków z drzewa sandałowego, ylang-ylang, cynamonu i paczuli. Ja ten zapach odbieram jako ziołowy ale też trochę orientalny. Mnie on odpowiada ale z pewnością nie każdemu się spodoba. Jednak nie utrzymuje się długo na skórze, a więc nie powinien stanowić większego problemu. Polubiłam to mydełko i chętnie kiedyś do niego wrócę.
Skład: Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Aqua, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Sodium Hydroxide, Astrocaryum Tucuma (Tucuma) Butter, Elaeis Guineensis (Palm) Kernel Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Citric Acid, Aloe Barbadensis (Aloe) Leaf Juice, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Tocopherol (Vitamin E), Amyris Balsamifera (Sandalwoof) Bark Oil, Citrus Nobilis ( Mandarin) Peel Oil, Citrus Aurantifolia (Lime) Oil, Pogostemon Cablin (Patchouli) Oil, Cinnamonum Zeylanicum (Cinnamon) Bark Oil, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Cananga Odorata ( Ylang Ylang) Flower Oil, Linalool*, Limonene*, Citral*, Geraniol*, Cinnamyl Alcohol*, Eugenol*, Cinnamal*, Coumarin*, Benzyl Benzoate*, Benzyl Alcohol, Iso Eugenol*, Benzyl Salicylate*, Farnesol*.
Kremy do rąk stale goszczą w mojej kosmetyczce. Używam ich wielokrotnie każdego dnia. Po każdej wykonanej pracy w domu, po każdym umyciu wysuszona skóra rąk dosłownie błaga o nawilżenie i natłuszczenie. Ratunkiem w tej sytuacji są dobrej jakości kremy. Dziś przedstawię Wam Krem do rąk z olejem rokitnikowym szwajcarskiej marki WELEDA.
Wybrałam ten krem, a nie inny, ze względu na zawarty w nim olej rokitnikowy będący wspaniałym surowcem kosmetycznym. Zawiera mnóstwo substancji biologicznie czynnych takich jak silne antyoksydanty, aminokwasy, kwasy tłuszczowe, mikro i makroelementy i bardzo dużo witamin. Wspaniale działa na skórę. Stymuluje proces regeneracji naskórka, chroni skórę przed działaniem wolnych rodników, opóźnia proces starzenia się skóry, nawilża ją, wygładza i zmniejsza szorstkość skóry, poprawia jej koloryt i przywraca sprężystość. Moim zdaniem są to wystarczające powody dla których warto wybierać kosmetyki z olejem rokitnikowym.
O kremie można przeczytać: "Intensywnie pielęgnujący krem z olejem rokitnikowym, idealny do szybkiej regeneracji zniszczonej skóry dłoni. Natychmiast się wchłania nie pozostawiając tłustego filmu na powierzchni oraz sprawiając, że skóra staje się miękka i aksamitna w dotyku."
"Odżywczy olej sezamowy oraz bogaty w witaminę C i nienasycone kwasy tłuszczowe olej rokitnikowy zapobiega utracie wody i ochronnej warstwy tłuszczowej skóry dłoni i paznokci. Głęboki, cytrusowy zapach naturalnych olejków eterycznych z mandarynki, grapefruita i pomarańczy poprawia nastrój i pozostawia długotrwałe poczucie świeżości."
Krem zamknięto w metalowej tubie i zapakowano w kartonik. Tubka nie jest duża, zawiera tylko 50 ml kremu, a więc bez problemu można zmieścić ją w torebce. Podoba mi się szata graficzna tych opakowań, kolorystycznie przypomina barwę owoców rokitnika.
Kosmetyk ma konsystencję typową dla kremów i odznacza się delikatnym, żółtym kolorem. Ten kolor to zapewne zasługa oleju rokitnikowego. Zgodnie z tym, co pisze producent, krem szybko się wchłania, a skóra dłoni pozostaje miękka i aksamitna w dotyku. Tyle, że to poczucie miękkości i aksamitności szybko znika. Podobnie dzieje się z cytrusowym zapachem kremu. Nie mogę powiedzieć, że jest to kiepski kosmetyk ale spodziewałam się po nim trochę więcej, a konkretnie lepszego nawilżenia i odżywienia skóry. Z pewnością efekty pielęgnacyjne byłyby lepsze gdyby producent dodał do kremu więcej oleju rokitnikowego. Niestety, znajduje się on pod koniec składu. Za nim jest już tylko guma ksantanowa i olejki eteryczne.

Skład: Water (Aqua), Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Alcohol, Hydrolyzed Beeswax, Tapioca Starch, Lysolecithin, Beeswax (Cera Alba), Glyceryl Stearate SE, Hippophae Rhamnoides Oil, Xanthan Gum, Fragrance (Parfum)*, Limonene*, Linalool*, Citronellol*, Benzyl Benzoate*, Benzyl Salicylate*, Geraniol*, Citral*, Farnesol*.
* - z naturalnych olejków eterycznych.
Krem do rąk z olejem rokitnikowym od WELEDY jest kosmetykiem certyfikowanym przez NaTrue.
Sezon dyniowy w pełni. Wystarczy pójść na targ żeby zobaczyć, że tam aż pomarańczowo od dyń. Różnej wielkości i kształtu, do wyboru, do koloru. Większość rolników sprzedających na targach warzywa ma w ofercie również dynie i to w dużych ilościach. Już od jakiegoś czasu miałam zamiar kupić dynię ale wiadomo jak to jest. Pokupuję inne warzywa, siaty są już ciężkie, a tu jeszcze w perspektywie dźwiganie kilku kilogramów dyni. Odpuszczam więc i obiecuję sobie, że następnym razem już na pewno kupię. I tak było do soboty kiedy to znów wybrałam się na targ i zobaczyłam te ogromne ilości dyń, a wśród nich taką, jakiej jeszcze nigdy nie widziałam. Dynia miała kształt dosyć grubego walca. Skórę miała ciemnozieloną (ciemniejszą niż skórka ogórków), natomiast miąższ miała w bardzo żywym kolorze pomarańczowym i w ogóle nie miała pestek. Pani, od której kupiłam tę dynię, powiedziała, że jest to odmiana francuska. Kupiłam kawałek dyni ważący około 2,5 kg. Żałuję, że nie zrobiłam jej zdjęć ale pomyślałam o tym dopiero wtedy gdy dynia była już w garnku, a więc trochę za późno.

Z dyni postanowiłam zrobić dżem. Nie z samej dyni lecz z dyni i jabłek. Dżemik wyszedł przepyszny. Następnego dnia na śniadanie były kanapki z chlebka żytniego na zakwasie własnego wypieku, masełka i dżemiku dyniowo- jabłkowego. Coś pysznego. Dżem jest bardzo łatwo zrobić i o jego wykonanie może pokusić się nawet mało doświadczona kucharka. Nie podaję przepisu gdyż wystarczy wpisać w Google hasło "dżem z dyni", a pokaże się mnóstwo stron z przepisami. Ja również wykorzystałam jeden z nich. Dynię można łączyć nie tylko z jabłkami ale również z innymi owocami np. z bananami, pomarańczami czy brzoskwiniami. Każdy może znaleźć przepis odpowiedni dla siebie.
Z dyni można przyrządzić ogromną ilość potraw gdyż jest to warzywo uniwersalne. Można z niego przygotować dania słodkie i słone, łagodne w smaku i pikantne. I warto je robić gdyż dynia ma mnóstwo wartości odżywczych. Przede wszystkim zawiera karoten, co łatwo poznać po jej kolorze. Zawartością karotenu dynia dorównuje marchewce ale, w odróżnieniu od marchewki, nie kumuluje szkodliwych pozostałości nawozów sztucznych np. azotanów czy metali ciężkich. Można więc przygotowywać z niej posiłki dla małych dzieci. Miąższ dyni zawiera wiele witamin np. C, PP, witaminy z grupy B (głównie B1 i B2). Kolejna zaleta tego warzywa to zawartość wielu pierwiastków budulcowych: wapń, żelazo, potas, magnez, fosfor i miedź. Niezbędne kwasy organiczne i pektyny to kolejne substancje wspierające zdrowie człowieka.

Jednak nie tylko dyniowy miąższ ma cenne wartości odżywcze. Na uwagę zasługują również pestki dyni. Znajduje się w nich witamina E czyli wspaniały antyoksydant oraz witamina A i C, a także te witaminy które zawiera miąższ. Nie można nie wspomnieć o tłuszczach znajdujących się w pestkach i zawierających bezcenne nienasycone kwasy tłuszczowe i o wielu cennych pierwiastkach. Czy to nie wystarcza, żeby dynia była częstym gościem na naszym stole? Dla mnie wystarcza i staram się żeby przynajmniej w sezonie dyniowym uwzględniać to ciekawe warzywo w domowym menu. Wczoraj na przykład składnikiem naszego obiadu była dynia pieczona w ziołach.
Przyrządziłam tę dynię według tego przepisu. Tym razem kupiłam dynię piżmową. Jest to danie bardzo łatwe w wykonaniu i smaczne. Może być przekąską lub dodatkiem do obiadu. Ja podałam ją do drugiego dania obiadowego zamiast tradycyjnych ziemniaków. Bardzo nam smakowało. Polecam ten przepis.
Przy okazji nadmienię, że dżem, który zrobiłam w sobotę, już zniknął. Nie było tego dużo, tylko kilka słoiczków i nie ma już ani jednego. Czeka mnie więc ponowny zakup dyni (może znów trafię na odmianę francuską) i pichcenie następnej porcji tego specjału. Z przyjemnością to zrobię i z jeszcze większą przyjemnością będę go jadła :)
Naturalnych dezodorantów używam już od kilku lat. Najpierw były to dezodoranty ałunowe, a od pewnego czasu (chyba już od dwóch lat) używałam oliwki magnezowej. Oliwkę robiłam sama gdyż jest to dziecinnie łatwe i kosztuje grosze. Jednak od jakiegoś czasu na blogach kosmetycznych pokazało się sporo recenzji dezodorantów naturalnych amerykańskiej marki SCHMIDT`S. Najczęściej były to opinie pozytywne, postanowiłam więc wypróbować to cudo na własnej skórze. Wybrałam wersję z bergamotką i limonką.
O dezodorancie przeczytałam:
"Naturalny dezodorant (...) specjalnie stworzony do skóry bardzo wrażliwej. Dezodorant zapewnia przyjemny zapach i skuteczną ochronę przez cały dzień, szybko absorbuje wilgoć, nietłusty, nie klei się. Długotrwała świeżość oraz bezpieczny dla zdrowia skład, bez aluminium, parabenów i ftalanów, czynią go kosmetykiem idealnym. (...) Zapach cytrusowy, świeży i energiczny. Dezodorant posiada dodatkowo właściwości antybakteryjne i lecznicze."
56,7 g dezodorantu zamknięto w szklanym słoiczku z plastikową zakrętką. Po otwarciu słoiczka znajdujemy w nim, oprócz dezodorantu oczywiście, plastikową szpatułkę. Szpatułka bardzo się przydaje gdyż dezodorant ma postać dosyć twardego, zbitego kremu i pewnie dosyć trudno byłoby nabierać go palcami, a szpatułka świetnie sobie z tym zadaniem radzi. Nabieram przy jej pomocy trochę kremu i rozcieram go w palcach. Od ciepła rąk krem uzyskuje lżejszą konsystencję i bez problemu można go wmasować w skórę pod pachami.
Skład dezodorantu jest naturalny i krótki. Oto on: Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Sodium Bicarbonate (Baking Soda), Maranta Arundinacea (Arrowroot) Powder, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Citrus Bergamia (Bergamot) Essential Oil, Citrus Aurantifolia (Lime) Essential Oil, Tocopherol (Vitamin E).
Dezodorant SCHMIDT`S ma dwie podstawowe zalety, a mianowicie jest skuteczny i wydajny. Zaczęłam używać go we wrześniu (niestety, nie zapamiętałam który to był dzień września) i zużyłam dopiero pół słoiczka. Co do skuteczności też nie mam zastrzeżeń. Dezodorant całkowicie usuwa przykrą woń potu, a na dodatek pod pachami jest sucho i na bluzkach nie ma nieestetycznych, mokrych plam. Skoro dezodorant nie jest antyperspirantem i nie blokuje wydzielania potu, to zachodzi pytanie gdzie podziewa się ten pot? Wytłumaczenie jest jedno. Musi pochłaniać go skrobia zawarta w jednym ze składników, a mianowicie w sproszkowanym korzeniu maranty trzcinowej (Maranta Arundinacea (Arrowroot) Powder). Poza tym dezodorant pięknie pachnie. Olejki eteryczne z bergamotki i limonki nadają mu świeży i orzeźwiający zapach cytrusów. Kosmetyk ten sprawdził się u mnie doskonale i pewnie ten pierwszy słoiczek nie będzie jednocześnie ostatnim. Kupiłam go tu.

Skład tego dezodorantu jest tak prosty, że właściwie można pokusić się o samodzielne wykonanie czegoś podobnego. Myślę, że zamiast maranty trzcinowej można użyć skrobi ziemniaczanej. Prawdopodobnie sprawdzi się nie gorzej od maranty. Zdobycie maranty też nie jest zresztą trudne. Sproszkowany korzeń tej rośliny można kupić w sklepach ze zdrową żywnością np. tutaj. Chyba kiedyś spróbuję zrobić podobny dezodorant. Może będzie równie skuteczny jak produkt marki SCHMIDT`S ?