sobota, 25 lipca 2015

KAPPUS Naturalne mydło wellness - lotos z mąką ryżową





                       Jakiś czas temu szukając czegoś w internecie natrafiłam zupełnie przypadkiem na niemiecką firmę KAPPUS produkującą mydła. Poszukałam informacji na temat tej firmy i znalazłam taki tekst:
"Niemiecka firma KAPPUS powstała i rozpoczęła produkcję mydeł w 1848 roku. W chwili obecnej jest jedną z najbardziej znanych marek rozpoznawalnych na całym świecie, od Japonii poprzez całą Europę aż po Stany Zjednoczone.
Marka KAPPUS  jest kojarzona z wysoką jakością, różnorodnością rodzajów, form, kształtów oraz zapachów. Mydła KAPPUS wyprodukowane są na bazie naturalnych, roślinnych składników między innymi oleju palmowego i kokosowego oraz najlepszych, najwyższej jakości komponentów używanych w przemyśle spożywczym."
KAPPUS rzeczywiście produkuje mnóstwo różnych mydeł, a wiele z nich ma bardzo ciekawe kształty i wzornictwo. Tylko czy są to mydła naturalne? Tego nie udało mi się stwierdzić gdyż nigdzie nie znalazłam składu choćby jednego mydła. Okazało się natomiast, że KAPPUS wypuścił na rynek serię, a właściwie seryjkę (4 sztuki) mydeł z certyfikatem NaTrue. Też nie znałam ich składu ale zaufałam certyfikatowi i postanowiłam kupić wszystkie cztery mydełka. Okazało się, że nie jest to takie proste. Tylko w jednym sklepie udało mi się znaleźć jedno certyfikowane mydełko, a mianowicie lotos z mąką ryżową.




  Odwrotna strona mydła wygląda tak:




 Natomiast cała seria mydełek prezentuje się tak:



 Widzimy tu mydełka (od lewej): bergamotka z limonką, różane, lawendowe i na końcu właśnie lotos z mąką ryżową. Bardzo mi się podoba ich fantazyjny kształt i wytłoczone listki.
Mydło o wadze 125g otrzymujemy zapakowane w kartonik. Gdy wyjęłam je z kartonika od razu poczułam, że mydełko jest tłuste w dotyku ale w taki przyjemny sposób. Ma bardzo ładny zapach. Nie potrafię określić go słowami ale, być może, jest to właśnie zapach lotosu. Nie wiem jak pachnie lotos ale przeczytałam, że "zapach, który jest delikatny, kobiecy, pudrowy i zapadający w pamięć musi należeć do lotosu." W składzie mydełka nie widzę lotosu, przypuszczam więc, że jest to tylko sam zapach i kryje się pod określeniem "parfum". Całkowity skład jest taki:




Mydełko wspaniale się pieni, a wytwarzana przez nie piana jest gęsta, kremowa, aksamitna i pachnąca. Myję nim twarz i ciało, jest też świetnym środkiem do higieny intymnej. Dobrze oczyszcza skórę ale nie drażni jej i nie wysusza. Jest bardzo delikatne. Nic dziwnego, wszak w składzie mamy glicerynę i mąkę (skrobię) ryżową. Gliceryna działa nawilżająco, natomiast skrobia ryżowa jest wspaniałym składnikiem łagodzącym, wskazanym w leczeniu wszelkich podrażnień i chorób skórnych nawet u małych dzieci. Podobną rolę spełnia spotykana czasem w kosmetykach skrobia kukurydziana, a nasza medycyna ludowa od wieków zaleca kąpiel z dodatkiem krochmalu, czyli skrobi ziemniaczanej, w przypadku problemów skórnych. Kąpiel z tym mydłem jest bardzo przyjemna i polecam je wszystkim, a nie tylko tym, którzy mają problemy skórne. Tak delikatne mydło osobom ze zdrową skórą tym bardziej nie zaszkodzi. Jeśli jego zapach nie przypadnie komuś do gustu, to też niewielki problem gdyż nie utrzymuje się długo na skórze.




Znacie mydła tej marki? Jeśli tak, to co o nich sądzicie? 

niedziela, 19 lipca 2015

PETAL FRESH ORGANICS Odżywka do włosów farbowanych z wyciągiem z granatu i jagód acai



          W końcu czerwca pisałam o Szamponie odżywczo-antyseptycznym Tea Tree od Petal Fresh Organics (klik), a dzisiaj przyszła kolej na kilka słów o odżywce tej samej marki, którą kupiłam razem z szamponem. Jest to Odżywka do włosów farbowanych z wyciągiem z granatu i jagód acai.



O kosmetyku możemy przeczytać:
"Składniki Petal Fresh pochodzą wyłącznie z ekologicznych upraw. Organiczność naszych produktów została potwierdzona przez Stellar Certification Services. Produkt wolny od szkodliwych substancji: parabenów, siarczanów (SLS, SLES), GMO, ftalanów i sztucznych barwników, posiadający zrównoważone pH, nietestowany na zwierzętach.
Odżywka Pomegranate & Acai skutecznie chroni kolor włosów farbowanych. Bogaty w przeciwutleniacze i organiczne ekstrakty z granatu i jagód, odżywia włosy i chroni przed szkodliwym działaniem wolnych rodników.
Korzyści: Chroni włosy przed utratą koloru, odżywia skórę głowy, zapobiega wypadaniu włosów."
Zdaniem producenta odżywka jest też idealnym kosmetykiem po zabiegach keratynowych.

 
 Odżywkę otrzymujemy w butelce identycznej jak szampon tej samej marki. Jest taka sama zarówno pod względem wyglądu jak i pojemności. Mają też takie same, wygodne zamknięcia na klik. Pomimo tych podobieństw nie ma obaw, że pomylimy w łazience butelki. Szampon jest przezroczysty, a odżywka biała jak mleko, a więc na pierwszy rzut oka, bez konieczności czytania etykiety, widać, w której butelce jest szampon, a w której odżywka.




Odżywka ma konsystencję bardzo lekkiego kremu, typową dla wielu odżywek. Podoba mi się jej zapach. Jest owocowy ale też trochę taki landrynkowy. Bardzo łatwo rozprowadza się ją po włosach. Zgodnie z zaleceniem producenta wmasowuję ją lekko w mokre włosy, chwilę czekam i spłukuję. Włosy po zastosowaniu odżywki  rozczesują się bez problemu, a po wyschnięciu są miękkie, gładkie i błyszczące. Dla mnie ważne jest również to, że nie drażni skóry głowy i nie powoduje przykrego swędzenia.
Czy rzeczywiście chroni kolor? W pewnym stopniu tak. Efekt ochronny byłby prawdopodobnie lepszy gdybym kupiła taki sam szampon ale ja wybrałam odżywczo-antyseptyczny. Mimo to z odżywki jestem zadowolona i uważam, że zasługuje na ponowny zakup. Cieszy mnie również to, że w stacjonarnej, sieciowej drogerii (Rossmann) można już kupić kosmetyki o naturalnym składzie nie rujnując przy tym swojego portfela. Oby ich było jak najwięcej.




Skład odżywki (INCI):    Aqua (Water), Glycerin, Isopropyl Palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, Behenyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Hydroxypropyl Methylcellulose, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Tocopheryl Acetate (Vitamin E), Retinyl Palmitate (Vitamin A), Panthenol (Vitamin B5), *Punica Granatum Extract (Pomegranate), *Euterpe Oleracea Fruit Extract (Acai), Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract, Achillea Millefolium (Yarrow), Equisetum Arvense (Horsetail), *Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Althaea Officinalis (Marshmallow) Root, Chamomilla Recutita (Chamomile) Flower Extract, Melissa Officinalis (Lemon Balm) Leaf Extract, *Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance).

wtorek, 14 lipca 2015

SYLVECO Oczyszczający peeling do twarzy



 
         Bardzo lubię kosmetyki SYLVECO. Co prawda wypróbowałam dotychczas tylko kilka spośród nich ale na żadnym się nie zawiodłam. Czasem myślałam, że mając w swojej ofercie sporo kosmetyków do pielęgnacji twarzy (kremy, tonik, micel, żele myjące), Sylveco mogłoby pokusić się o wyprodukowanie również peelingu do twarzy. No i proszę, mówisz i masz! W ubiegłym roku na rynku pojawił się nie jeden ale dwa peelingi do twarzy tej marki. Od razu zaświeciły mi się do nich oczy ale zdołałam zachować zdrowy rozsądek i nie kupiłam ich natychmiast. Musiałam chociaż częściowo zużyć moje peelingowe zasoby. Dopiero wiosną tego roku kupiłam jeden z nich, a mianowicie Oczyszczający peeling do twarzy.


  
Producent tak opisuje kosmetyk: "Hypoalergiczny, kremowy peeling z korundem przeznaczony do oczyszczania skóry ze skłonnością do przetłuszczania, z rozszerzonymi porami. Drobinki ścierające są mocne i doskonale złuszczają martwy naskórek. Peeling zawiera ekstrakt ze skrzypu polnego o działaniu normalizującym pracę gruczołów łojowych, łagodzącym podrażnienia i przyspieszającym regenerację. Stosowany systematycznie dotlenia skórę, poprawia jej ogólny stan, zmniejsza pory i reguluje wydzielanie sebum."




Peeling otrzymujemy zapakowany w kartonik, w którym znajdziemy plastikowy słoiczek z metalową zakrętką, a w nim 75 ml kosmetyku. Jak to zwykle u SYLVECO bywa ścianki kartonika pokryte są informacjami na temat produktu. Jest tam również, co oczywiste, skład peelingu:




Po otwarciu słoiczka naszym oczom ukazuje się substancja wyglądająca jak krem. Leciutki, gładziutki kremik bez żadnych drobinek wskazujących na to, iż jest to peeling. Ale to tylko pozory. Wystarczy odrobinę tego kremu rozetrzeć między palcami żeby poczuć maleńkie, delikatne ziarenka. Jednak gdy masujemy nim twarz okazuje się, że ten lekki, delikatny kremik to porządny zdzierak. Tak działa zawarty w nim korund. Mimo to peeling nie rysuje skóry i nie podrażnia. Pozostawia ją czystą, gładką i jedwabistą w dotyku. 




Po minucie lub dwóch masażu twarz jest oczyszczona ale nie zawsze od razu zmywam peeling. Zawiera on ekstrakt ze skrzypu, a skrzyp jest cenną pod względem kosmetycznym rośliną. Wspaniale działa na skórę (na włosy i paznokcie też). Chcę więc czasem, żeby skóra mogła dłużej chłonąć dobrodziejstwa skrzypu i wchodzę do wanny nie zmywając peelingu. Robię to dopiero po kąpieli. W ten sposób skóra otrzymuje coś w rodzaju skrzypowej maseczki.
Ciekawy jest zapach tego peelingu. Gdy po raz pierwszy go powąchałam, wyczułam zapach ziołowy ale poprzez te zioła przebijała jeszcze inna woń. Dobrze mi znana ale z niczym nie mogłam jej skojarzyć. Dopiero po pewnym czasie przyszło olśnienie. To przecież zapach chrzanu! Oczywiście nie ostry, a łagodny i delikatny ale jednak zapach chrzanu. Nie mogłam skojarzyć gdyż nie spodziewałam się takiego zapachu w kosmetyku. Gdybym wąchała podobnie pachnącą potrawę, rozpoznałabym ten chrzan natychmiast. W sumie zapach do najpiękniejszych może nie należy ale jest dosyć przyjemny i nie przeszkadza mi.
Na uwagę zasługuje też fakt, że peeling jest bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę niewielka ilość do wymasowania twarzy. Kupiłam go w końcu kwietnia, używam 1-2 razy w tygodniu i niewiele go ubyło. Te 75 ml starczy na długo.



Z peelingu jestem zadowolona i pewnie za jakiś czas wypróbuję tę drugą wersję czyli peeling wygładzający. Pomyślałam też, że skoro mamy już od Sylveco dwa peelingi do twarzy, to jakiś do ciała też by się przydał. I masełkiem do ciała też bym nie pogardziła. Najwyraźniej apetyt rośnie w miarę jedzenia :)   

          

środa, 8 lipca 2015

CANAAN Minerals & Herbs Mydło z blota mineralnego



       W końcu kwietnia chwaliłam się kosmetycznymi nowościami (klik), a wśród tych nowości było Mydło z błota mineralnego CANAAN Minerals & Herbs.




CANAAN Minerals & Herbs jest firmą izraelską, założoną w roku 1987. Obecnie jest to jedna z wiodących firm kosmetycznych w Izraelu, a jej oferta jest bardzo bogata. Produkuje kosmetyki do pielęgnacji ciała, twarzy, włosów, kolorówkę, perfumy, przybory toaletowe. Nie wiem czy wszystkie te produkty można uznać za naturalne gdyż nie znam ich składów ale mydełko ma sklad bardzo dobry. Oto on:

INCI: Sodium Palmate & Sodium Palm Kernelate, Water, Maris Limus (Dead Sea Mud), Plantago Lanceolata, Hypericum Perforatum Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Glycerin, Olea Europaea ( Olive Oil), Fragrance. 

Widać, że oprócz olejów (palmowy i oliwa z oliwek), błota mineralnego z Morza Martwego i gliceryny, mamy też ekstrakty ziołowe, a mianowicie: z babki lancetowatej (dezynfekuje skórę, działa przeciwzapalnie), z dziurawca (korzystnie działa na skórę wrażliwą, suchą i swędzącą) i z prawoślazu lekarskiego (łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie, regeneruje, nawilża). Piękny, naturalny skład, wymarzony dla skóry suchej czyli takiej jak moja.




Mydło ma kształt kwadratowej kostki o ściętych rogach. Kosteczka jest niewielka, waży tylko 100 g. Była zafoliowana i zapakowana w kartonik. Kolor ciemny, brunatny, kojarzył mi się z czekoladą. W kontakcie z wodą kolor zmienił się na dosyć ciemny szary jakby z odrobiną zieleni. Pieni się słabiej niż inne mydła naturalne ale piana jest wystarczająca do dokładnego umycia ciała. Obracając mokrą kostkę w dłoniach wyczuwam, że jest ona inna niż znane mi dotychczas. Może nie jest szorstka ale jest taka tępa. Natomiast piana, podobnie jak przy innych mydłach naturalnych, ma konsystencję kremową i z przyjemnością rozprowadzam ją po skórze.



Producent tak pisze o tym mydełku: "Aromatyczne mydło zawierające 21 minerałów z Morza Martwego, kompleks Canaan CSE Complex oraz sporą dawkę błota mineralnego, świetnie odżywia skórę. Skóra jest nie tylko dokładnie i głęboko oczyszczona z zachowaniem odpowiedniego odczynu pH, mydło to działa także delikatnie złuszczająco, usuwa obumarłe komórki naskórka usprawniając metabolizm skóry."  

Czy zgadzam się z producentem? Niezupełnie. Przede wszystkim nie zgadzam się, że mydełko jest aromatyczne. Jak dla mnie to ma ono taki zwykły, mydlany zapach. Nie uważam tego zapachu za minus ale przeczytawszy, że jest aromatyczne spodziewałam się czegoś innego.
Mydło rzeczywiście dobrze oczyszcza skórę i byłoby wspaniale gdyby na tym poprzestało. Jednak tak nie jest i dodatkowo, w gratisie, wysuszyło mi skórę, zwłaszcza na nogach i rękach i to już po kilku dniach jego używania. Skóra na tych częściach ciała jest szorstka i łuszcząca się. Wygląda gorzej niż zimą, a przecież zanim zaczęłam się myć mydłem Canaan była w bardzo dobrym stanie. Podejrzewam, że to wysuszenie jest "zasługą" błota z Morza Martwego, a ekstrakty z ziół o działaniu regenerującym, nawilżającym itp. na niewiele się zdały. Muszę teraz odstawić to mydło, odstawić balsam do ciała i sięgnąć znów po oleje. Stopniowo uda mi się przywrócić skórze jej normalny wygląd.
Ciekawa jestem, czy któraś z Was miała to mydło? Jeśli tak, to jak się spisało? 

środa, 1 lipca 2015

Denko majowe i czerwcowe 2015




          Minęły kolejne dwa miesiące i przyszła pora żeby pokazać co udało mi się zużyć i wykończyć w tym czasie. Uzbierało się tego tyle:




Kosmetyki włosowe




1. KHADI  Naturalna henna do włosów - już od kilku lat używam henny do farbowania włosów. Ciągle tej samej: Khadi jasny brąz. Bardzo ją lubię i nie zamierzam z niej rezygnować. Nowe opakowanie henny już stoi w szafce, a jak się skończy, to będą następne.

2. l`ORIENT  Hair mud mask - maska do włosów pochodząca z Mydlarni u Franciszka. Dobrze sprawdziła się na moich włosach. Tej maski nie ma już w ofercie mydlarni ale i tak ponownie bym jej nie kupiła ze względu na niezbyt naturalny skład. O tym kosmetyku pisałam tutaj. 

3. SYLVECO  Odbudowujący szampon pszeniczno - owsiany - moje włosy polubiły ten szampon i nie tylko włosy. Skalp też. Szampon jest tak delikatny, że nie drażni mojego wrażliwego skalpu. Więcej o tym szamponie przeczytacie tu. Czy kupię ponownie? Z pewnością tak.


Pielęgnacja twarzy




4. SANTAVERDE  Eliksir piękna extra rich - kompozycja kilku wartościowych olejów i olejków eterycznych. Wspaniały kosmetyk. Używałam go zamiast kremu na noc, dodawałam do maseczek glinkowych. Jest bardzo wydajny. Recenzję znajdziecie tutaj. Zasługuje na ponowny zakup.

5. ABELLIE  Organiczny krem witalizujący - treściwy, odżywczy krem z miodem, woskiem pszczelim, mleczkiem pszczelim i pyłkiem. Pisałam o nim tu. Bardzo dobry krem i chętnie bym go kupiła ponownie ale, niestety, nie ma go już w sklepach z kosmetykami naturalnymi.


Pielęgnacja ciała


 
6. LAVERA  Regeneracyjny krem do rąk z bio-żurawiną i bio-olejem arganowym - łatwo rozprowadza się po skórze rąk i nie pozostawia tłustej warstwy. Dobrze nawilża skórę i pozostawia ją miękką i delikatną. Recenzja tutaj. Jak najbardziej zasługuje na ponowny zakup.

7. ABSOLUTE ORGANIC  Odżywcze masło do ciała - zgodnie z nazwą masło jest rzeczywiście odżywcze. Bogate w oleje i ekstrakty z ziół dziko rosnących w Alpach Szwajcarskich doskonale odżywia i nawilża suchą skórę, nie pozostawiając przy tym tłustej warstwy. Jeśli chcecie przeczytać więcej o tym kosmetyku, zajrzyjcie, proszę, tu. Masełko zasługuje na ponowny zakup.

8. DIY  Pokrzywowy peeling do ciała - bardzo prosty w wykonaniu. Dobrze oczyszcza skórę z martwych komórek. Pozostawia na skórze delikatną, tłustą warstewkę, co sprawia, że nie trzeba już używać balsamu. O tym peelingu pisałam tutaj. Z pewnością zrobię go po raz kolejny.

Mydełka




9. LAWENDOWA FARMA Mydło naturalne Czerwona Koniczyna - jest to już kolejna zużyta przeze mnie kostka Czerwonej Koniczyny. Bardzo polubiłam to mydełko i jego kremową pianę. Więcej przeczytacie o nim tu. Czy kupię je ponownie? Oczywiście, że tak i to niejeden raz.

10. SAVON DU MIDI  Prowansalskie mydlo z masłem karite AGRUMES/pomarańcza i grapefruit - bardzo dobre mydło naturalne. Dobrze się pieni, delikatnie pachnie i dobrze oczyszcza skórę. Nie pisałam jego recenzji gdyż jest ono bardzo podobne do tego mydełka. Różni się od niego tylko zapachem. Mydła tej marki na pewno jeszcze niejeden raz zagoszczą w mojej łazience.

11. LASS NATURALS  Mydełko z drzewem agarowym OUD - kolejne dobre mydło o prostym, naturalnym składzie. Kupiłam je głównie ze względu na piękny, orientalny zapach. Bardzo polubiłam zapachy z dodatkiem drzewa agarowego oud. Polecam wszystkim osobom lubiącym orientalne wonie. Recenzję mydełka znajdziecie tutaj. Czy kupię je ponownie? Oczywiście, że tak. Będę też chciała wypróbować inne mydełka tej marki.

12. MYDLARNIA "POWRÓT DO NATURY" 100% naturalne mydło z woskiem pszczelim - wiecie jakim uwielbieniem darzę mydła naturalne. Tym bardziej jest mi przykro wypowiadać się negatywnie o takim mydełku. Jest to jedno z mydeł, które kupiłam na poczcie. Pisałam o nich tutaj. Mydło z woskiem pszczelim, niestety, nie spisało się zupełnie. Za minus uważam zawartość łoju wołowego (Sodium Tallowate) w jego składzie ale to jeszcze nie wszystkie jego wady. Gdy zaczęłam je używać była to normalna, mydlana kostka. Jednak wraz z jej zmydlaniem kostka robiła się coraz bardziej chropowata i drapiąca. Z opisu na opakowaniu mydła nie wynikało, że jest to mydło peelingujące. Miewałam już mydła peelingujące i były one zupełnie inne. Gdy mydło zużyłam mniej więcej do połowy, było już tak drapiące i nieprzyjemne, że po prostu wyrzuciłam tę niezużytą połówkę kostki. Pierwszy raz zdarzyło mi się wyrzucić mydło i mam nadzieję, że ostatni. Nie muszę chyba dodawać, że więcej mydeł tej marki nie kupię.

I to już wszystko, co udało mi się zużyć lub wykończyć w maju i czerwcu. Moje kosmetyczne zapasy są już na normalnym poziomie. Jakiś jeden szampon w zapasie, jakiś balsam czy krem. Tylko mydełek jest więcej ale znacznie mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Myślę, że uporałam się już z ciągotkami do robienia nadmiernych zakupów kosmetycznych. Sytuacja opanowana :)

     

czwartek, 25 czerwca 2015

PETAL FRESH ORGANICS Odżywczo-antyseptyczny szampon Tea Tree




         Dosyć dawno, bo jeszcze w lutym, chwaliłam się zakupem szamponu i odżywki amerykańskiej marki PETAL FRESH (klik). Oczywiście zamierzałam zacząć je testować już następnego dnia po zakupie ale zmieniłam zdanie. Doszłam do wniosku, że lepiej będzie jeśli najpierw wykończę inne szampony i odżywki i tak też zrobiłam. Nowości PETAL FRESH musiały trochę poczekać na swoją kolej i w końcu się doczekały. Dzisiaj napiszę o Szamponie odżywczo-antyseptycznym z wyciągiem z drzewa herbacianego. Ale długa nazwa...




PETAL FRESH  to marka, która niedawno zaistniała na polskim rynku i dlatego nie jest jeszcze u nas zbyt popularna, a co za tym idzie, niewiele o niej wiadomo. Poszperałam w internecie i znalazłam na jej temat taką informację:
"Kosmetyki Petal Fresh Organics w 100% oparte są na najwyższej jakości roślinnych składnikach, pochodzących wyłącznie z upraw ekologicznych.
Zgodnie z zasadą - nakładaj na ciało tylko to, co możesz zjeść - firma Petal Fresh Organics do swoich produktów nie dodaje żadnych:
  • syntetycznych środków konserwujących,
  • syntetycznych substancji zapachowych,
  • syntetycznych barwników,
  • substancji pochodzących z ropy naftowej,
  • roślin manipulowanych genetycznie.
Kosmetyki Petal Fresh Organics  posiadają certyfikat Stellar Certification Services, przyznany przez USDA (United States Department of Agriculture). Daje on gwarancję produktu etycznego, nietestowanego na zwierzętach na żadnym etapie produkcji. Petal Fresh Organics używa surowców zwierzęcych (mleko, miód, lanolina, wosk pszczeli), jednak tylko pod warunkiem, że są one pozyskiwane od zwierząt żywych, w sposób dla nich bezpieczny i nieszkodliwy."




Szampon zamknięto w butelce z ciemnozielonego, przezroczystego plastiku dzięki czemu widać ile szamponu mamy jeszcze do dyspozycji. Butelka jest dosyć duża, zawiera 355 ml kosmetyku. Szata graficzna przyjemna dla oka, ładnie prezentuje się w łazience.
Szampon jest przezroczysty jak woda ale, rzecz jasna, znacznie gęściejszy. Ma konsystencję żelu ale bez problemu wydobywa się go z butelki gdyż zastosowano w niej wygodne zamknięcie na klik.




Producent zapewnia, że "Szampon Tea Tree skutecznie oczyszcza i odżywia skórę głowy, zapewniając twoim włosom zdrowy, świeży wygląd. Właściwości antyseptyczne szamponu pomagają w radzeniu sobie z problemami skórnymi.
Korzyści: Pomaga zwalczać swędzenie i dyskomfort skóry głowy, odżywia skórę głowy, nadaje włosom blask."
A jak jest w rzeczywistości? Szampon ładnie się pieni i dobrze oczyszcza skórę i włosy. Bez problemu zmywa z włosów oleje. Nie mogę stwierdzić czy pomaga przy problemach skórnych gdyż takowych nie posiadam, przynajmniej jeśli idzie o skórę głowy. Jest ona wrażliwa ale nie ma łupieżu ani innej przypadłości skórnej. Szampon jest na tyle delikatny, że nie drażni skóry i nie powoduje swędzenia. Włosy przy rozczesywaniu się plączą ale nie bardziej niż po innych szamponach, a może nawet trochę mniej. Po wyschnięciu włosy są błyszczące i dobrze się układają. Nie zauważyłam natomiast żeby szampon zmniejszył przetłuszczanie się włosów. W dalszym ciągu muszę je myć codziennie.
Pozostaje jeszcze powiedzieć coś na temat zapachu. Jest on bardzo specyficzny, z podobną wonią jeszcze się nie spotkałam. Jest to zapach, który trudno określić słowami. Taki ziołowo-ziemisty z wyczuwalną nutą miętową. Nie zachwycił mnie ten zapach ale nie utrzymuje się długo na włosach, a poza tym i tak najczęściej stosuję odżywki, które z reguły mają przyjemne zapachy.



Skład (INCI): Aqua (Water), Sodium Lauroyl Sarcosinate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoyl Isethionate, Ammonium Cocoyl Isethionate, Hydroxypropylcellulose, *Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Flower/Leaf/Stem Extract, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Tocopheryl Acetate (Vitamin E), Retinyl Palmitate (Vitamin A), Panthenol (Vitamin B5), Glycerin, Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract, Achillea Millefolium (Yarrow), Equisetum Arvense (Horsetail), *Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extarct,  Althaea Officinalis (Marshmallow) Root, Chamomilla Recutita  (Chamomile) Flower Extract, Melissa Officinalis (Lemon Balm) Leaf Extract, *Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Polysorbate 20, Citric Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Chloride, Parfum (Fragrance).
* składniki organiczne certyfikowane przez Stellar Certification Services przyznany przez USDA NOP.

Spotkałam się z krytyką tego szamponu z takiego powodu, iż  zawiera on ponoć SLS. Czy rzeczywiście tak jest? I tak, i nie. Otóż SLS, którego unikają zwolennicy naturalnych kosmetyków, to Sodium Lauryl Sulfate czyli laurylosiarczan sodu. Natomiast w szamponie Petal Fresh znajduje się Sodium Lauroyl Sarcosinate. Jest to kwas laurylowy pozyskiwany z oleju kokosowego połączony z sarkozyną czyli aminokwasem, który znajduje się również w organizmie ludzkim np. wchodzi w skład białek naszych mięśni. Tak się składa, że obydwa detergenty dają taki sam skrót: SLS. Żeby się dowiedzieć, który z SLS-ów zawiera kosmetyk, trzeba po prostu spojrzeć na skład.
Niewątpliwym plusem szamponu jest bogactwo ekstraktów ziołowych w składzie. Znajdziemy tu np. rumianek, prawoślaz, skrzyp, rozmaryn, melissę, tymianek, drzewko herbaciane, a więc zioła odgrywające istotną rolę w pielęgnacji włosów i skóry głowy. Moim zdaniem jest to dobrej jakości szampon i chętnie kupię go ponownie pod warunkiem, że pojawi się znów w Rossmanie. 
   

sobota, 20 czerwca 2015

HESH Maseczka z płatków róży



        Maseczka do twarzy to ulubiony zabieg pielęgnacyjny wielu, o ile nie większości, kobiet. Ja również zaliczam się do miłośniczek maseczek i stosuję je systematycznie 1-2 razy w tygodniu. Jednak rzadko zdarza mi się kupować gotowe maseczki natomiast uwielbiam robić je samodzielnie. Z czego je robię? Z glinek, z alg, a także ze składników, które są w kuchni. Wbrew pozorom takie przygotowywanie własnych maseczek nie zabiera dużo czasu, a jest przyjemne i pożyteczne. Przede wszystkim wiem, co maseczka zawiera. Poza tym składniki podstawowe jak glinki, algi itp. wzbogacam dodatkami, o których wiem, że są odpowiednie dla mojej cery i które lubię. Za każdym razem powstaje moja własna, indywidualna maseczka, a jej skład zależy od wymagań mojej cery i od mojej inwencji. Nie muszę chyba dodawać, że tworzenie takich maseczek to świetna zabawa.
Już dosyć dawno, bo jeszcze w ubiegłym roku kupiłam Maseczkę z płatków róży indyjskiej marki HESH. Maseczkę schowałam i właściwie o niej zapomniałam. Jakiś czas temu niespodziewanie wpadła mi w ręce i zaczęłam ją używać.




Dla mnie ta maseczka jest typowym półproduktem kosmetycznym. Ma postać proszku, a właściwie pudru o kolorze ciemnego różu. Ten puder to nic innego jak ususzone i sproszkowane płatki róż. Jest to jedyny składnik maseczki. Wyczytałam, że płatki róży  "należą do delikatnych surowców kosmetycznych, bardzo cenionych od niepamiętnych czasów. Płatki róży zawierają olejek lotny, tłuszcze, flawonoidy, witaminę C, kwasy organiczne, związki cukrowe. Flawonoidy i witamina C wykazują synergizm we wzajemnym oddziaływaniu, zwiększają odporność naskórka na proces starzenia się. Sproszkowane płatki róży służą jako peeling i składnik maseczek nawilżających i regenerujących do cery suchej, dojrzałej i wrażliwej. Działają odżywczo, tonizująco i odmładzająco." 


 
Maseczkę zamknięto w estetycznym, kolorowym kartoniku, w którym znajdziemy celofanową torebkę z różanym pudrem. Ponieważ przechowywanie i nabieranie kosmetyku z takiej torebki do najwygodniejszych nie należy, przesypałam jej zawartość do małego słoiczka. Tak jest znacznie wygodniej.





Producent zaleca: "Proszek dobrze wymieszaj z odrobiną wody lub wody różanej, w przypadku cery suchej z mlekiem, do uzyskania rzadkiej papki. Nałóż na twarz oraz szyję. Po 20 minutach zmyj."
Z początku używałam maseczkę tak, jak zaleca producent tzn. proszek mieszałam z wodą. Chciałam przekonać się jak spisze się maseczka w takiej skromnej postaci. Nie mogę narzekać, maseczka nie była zła ale na kolana mnie nie rzuciła. Owszem, twarz nawilżyła, wygładziła jak wiele innych maseczek. Nie byłabym jednak sobą gdybym nie spróbowała jej ulepszać.




Wypróbowałam różne wersje maseczki. Zamiast wody dodawałam hydrolatów lub toniku, były wersje z olejami i bez nich, z kwasem hialuronowym, z miodem i z glinką. Z każdym z tych dodatków z osobna i z kilkoma jednocześnie. Po prostu wzbogacałam skład maseczki, a więc efekty pielęgnacyjne były lepsze. W sumie z maseczki jestem zadowolona. Potraktowałam ją jako podstawowy składnik np. jak glinkę i dodając inne składniki uzyskuję naprawdę dobre efekty.
I jeszcze jedna sprawa, a mianowicie zapach. Maseczka nie pachnie tak, jak bukiet świeżych róż. Nie zapominajmy, że składa się ona ze sproszkowanych, suszonych, płatków róż. Kwiaty suszone na ogół nie pachną tak jak świeże. Ten zapach określiłabym jako zapach suszu właśnie. Coś jakby zioła z lekko wyczuwalną nutą różaną. Zapach nawet przyjemny.
Puder różany można używać nie tylko do pielęgnacji twarzy. Można dodawać go do kąpieli, można zrobić z niego maskę do włosów (z dodatkiem mleczka kokosowego i soku z limonki) czy też dodawać go do peelingów własnej roboty. Ja używałam jej tylko do twarzy ale maseczka jest produktem wydajnym i jeszcze trochę jej mam. Możliwe, iż pokuszę się o zrobienie peelingu do ciała z jej dodatkiem. Może być ciekawy efekt. Myślę też, że nie poprzestanę na tym jednym opakowaniu różanego pudru.
Znacie tę maseczkę? A może miałyście inne maski Hesh? Czy je polubiłyście?
         
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...