poniedziałek, 21 lipca 2014

DIY - naturalny dezodorant... czyli alternatywa dla ałunu



       
             Kilka lat temu, chyba już prawie pięć, zrezygnowałam z antyperspirantów na rzecz ałunu lub dezodorantów produkowanych na bazie ałunu. Z ich działania jestem zadowolona i nie zamierzałam zamieniać tych dezodorantów na inne. Do czasu... Niedawno dowiedziałam się o innej, naturalnej możliwości likwidowania przykrego zapachu potu, a tą inną możliwością jest olejek magnezowy zwany też oliwą magnezową.
Magnez jest pierwiastkiem niezbędnym dla utrzymania w zdrowiu ludzkiego organizmu. Ma wpływ na mnóstwo procesów zachodzących w naszym ciele i na utrzymaniu w zdrowiu wielu narządów w tym również serca.







Oliwę magnezową możemy używać w charakterze naturalnego dezodorantu. Działa jak ałun, a więc nie hamuje wydzielania potu ale likwiduje jego nieprzyjemny zapach gdyż wchodzący w jej skład chlorek magnezu ma silne działanie antybakteryjne. Dodatkową korzyścią jest to, że jednocześnie dostarczamy naszemu organizmowi magnez przez skórę. Oliwę można kupić gotową ale nie jest to produkt tani. Natomiast bardzo tanio można zrobić ja samemu. Jest to proste jak przysłowiowa konstrukcja cepa.
Do zrobienia oliwy potrzebne są tylko dwa składniki:
  1. Chlorek magnezu sześciowodny - czysty do analizy (CZDA),
  2. Woda destylowana. 







Wykonanie:
Najczęściej spotyka się przepisy proponujące użycie chlorku magnezu i wody w stosunku 1:1. Należy więc odmierzyć np. 100 gram chlorku i 100 gram, czyli ml wody. Chlorek wsypać do miseczki lub innego pojemnika. Ja użyłam tym razem po 50 gram składników.
Wodę podgrzewamy tak, żeby była dobrze ciepła, wlewamy do naczynia z chlorkiem i czekamy aż chlorek rozpuści się w wodzie. Żeby było szybciej zamieszałam plastikową łyżeczką. I to wszystko, oliwa gotowa. Prawda, że proste?





 Z początku nasz roztwór będzie mętny ale jeśli damy mu trochę czasu to ustoi się i będzie wyglądał jak woda. Oliwa magnezowa tak naprawdę nie jest oliwą ani jakimkolwiek olejem. Otrzymała taką nazwę dlatego, że podczas wcierania jej w skórę mamy wrażenie tłustości podobne do tego, jakie jest przy wcieraniu olejów. Jest całkowicie bezzapachowa. Jeśli wolimy pachnący dezodorant, można do niej dodać ulubionego olejku eterycznego. Możemy też zamiast wody użyć do rozpuszczenia chlorku dowolnego hydrolatu lub naparu ziołowego. Gotową oliwę przelewamy do buteleczki, najlepiej takiej z atomizerem i spryskujemy skórę pod pachami. Ponieważ nie posiadam butelki z atomizerem, przelewam swoją oliwkę do butelki z pompką. Spryskuję oliwą palce i wcieram w skórę pod pachami. Chcąc zwiększyć suplementację magnezu, możemy oprócz pach wmasować oliwę w każdą inną część ciała. Ja na przykład wcieram ją w skórę nóg. I jeszcze jedna ważna rzecz. Oliwy magnezowej nie należy stosować na skórę podrażnioną czy mającą zadrapania lub inne uszkodzenia np. po depilacji. W takiej sytuacji oliwa będzie solidnie piekła.
Jeśli robimy oliwę po raz pierwszy lepiej jest zrobić ją o połowę słabszą czyli użyć 1 części chlorku i 2 części wody, np. 50g chlorku i 100ml wody. Chodzi o to, żeby skóra miała możliwość przyzwyczaić się do działania oliwy. Skóra nieprzyzwyczajona może, choć nie musi, zareagować np. pieczeniem czy swędzeniem.






 

Na początku postu napisałam, ze niedawno dowiedziałam się o tym, jak samodzielnie zrobić oliwę magnezową. Skąd się dowiedziałam?  Stąd.  Bardzo ciekawa stronka, warto poczytać.

Chlorek magnezu CZDA można kupić na Allegro i w niektórych sklepach internetowych. Ja kupiłam go tutaj. Wodę destylowaną można kupić na stacji benzynowej. Za litrową butelkę zapłaciłam coś około 2 zł. Można też kupić wodę w aptece ale jest tam kilkakrotnie droższa. 

Jestem bardzo ciekawa czy zdecydujecie się na zrobienie i wypróbowanie oliwy magnezowej.

piątek, 18 lipca 2014

O mydle aleppo raz jeszcze



  
          Mydło aleppo zna każda blogerka kosmetyczna, a jeśli nawet nie zna, to przynajmniej o nim słyszała lub czytała. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak aleppo to najstarsze z mydeł i niemal podstawa naturalnej kosmetyki. Ja również pisałam już o tym mydle ale dzisiaj chciałabym pokazać Wam jeszcze jedną alepową kostkę.



Jest to klasyczny alep z 16-procentową zawartością oleju laurowego. Jego skład możecie zobaczyć tu:




Nie ma w tym mydle nic szczególnego poza tym, że leżało sobie u mnie w domu aż trzy lata. Kupiłam je w lipcu 2011 roku. Pamiętam jak dziś, że byłam na Dworcu Centralnym w Warszawie (wracałam z mojej ówczesnej pracy), a ponieważ miałam jeszcze trochę czasu do mojego pociągu więc spacerowałam po podziemnych korytarzach dworca oglądając wystawy znajdujących się tam licznych sklepów. W ten sposób trafiłam na mały sklepik z pamiątkami z egzotycznych krajów, a do szyby wystawowej tego sklepu była przyklejona napisana ręcznie, a raczej nabazgrana długopisem kartka informująca, że sklep prowadzi sprzedaż mydeł aleppo. Oczywiście weszłam do środka i kupiłam  mydełko. Nie miałam zamiaru przetrzymywać go aż trzy lata ale wiecie jak to jest. Ciągle są jakieś mydlane nowości, które chce się wypróbować i napisać o nich na blogu, a to mydełko sobie leżało i czekało na swoją kolej. Wreszcie się doczekało. Trochę się obawiałam czy tak długie leżakowanie mu nie zaszkodziło. Po wyjęciu z opakowania ujrzałam taką kostkę:




 
.Mydło miało bardzo ciemny, brunatny kolor, ciemniejszy niż widać to na zdjęciach. Nie wiem, czy takie było od nowości, czy ciemniało z upływem czasu gdyż nie otwierałam wcześniej opakowania.



Mydełko bardzo dobrze się pieni. Używam je, jak każdego alepowego mydła, do mycia twarzy, ciała oraz do higieny intymnej. Jednak pewna rzecz zaczęła mnie niepokoić. Zużyłam już wiele kostek mydła aleppo i zawsze dosyć szybko ukazywał się charakterystyczny dla tego mydła kolor zielony. Tym razem mydło długo pozostawało brunatne. Już zaczęłam obawiać się czy nie jest to podróbka alepu gdy po 2,5 tygodnia używania zaczęła pojawiać się piękna, ciemna zieleń.



Właściwie to jest logiczne. Wiadomo, że świeżo wyprodukowane mydła aleppo mają kolor ciemnozielony. Podczas długiego, najczęściej dziewięciomiesięcznego, leżakowania na powierzchni mydlanych kostek zachodzi proces utleniania w wyniku czego zmieniają one barwę na różne odcienie beżu aż do brunatnego. Skoro moje mydło leżało u mnie trzy lata, to przez cały ten czas miało miejsce utlenianie i brunatna warstwa była coraz grubsza. Dlatego tak długo trwało zanim można było ujrzeć zieleń.
Tak oto, całkiem przypadkowo przekonałam się naocznie, jak długo może leżeć mydło aleppo. Podejrzewam, że gdyby poleżało jeszcze rok czy dwa, to też nic by mu się nie stało. Jeśli więc w jakimś sklepie trafimy na interesującą promocję mydeł aleppo możemy śmiało kupić kilka kostek nie obawiając się o to, że mogą się nam przeterminować i zepsuć zanim zdążymy je zużyć. Nic złego im się nie stanie.  

sobota, 12 lipca 2014

Moje najnowsze nabytki



     Na samym początku muszę się pochwalić. Nie wiem czy pamiętacie, że w marcu przyrzekłam sobie iż w kwietniu nie kupię żadnych kosmetyków. Słowa dotrzymałam ale to jeszcze nie wszystko. W maju i w czerwcu również nie wydałam na kosmetyki nawet złotówki. Wytrzymałam aż trzy miesiące bez kosmetycznych zakupów! W tym miesiącu powiedziałam sobie, że dosyć tej "ascezy" i pozwoliłam sobie na zakupy ale niezbyt duże. Zobaczcie co kupiłam:




Maseczka do twarzy z płatków róży HESH. Od dawna miałam na nią ochotę i teraz wreszcie mam okazję ją wypróbować. Drugi nabytek to Maska do włosów Intensiv - Seide ANNEMARIE BORLIND. Jest to mój pierwszy kosmetyk tej marki, z przyjemnością go wypróbuję. Również po raz pierwszy goszczą w mojej kosmetyczce "przedstawiciele" marki LAVERA. Są to: Puder sypki transparentny - Trend Sensitiv 2014 oraz Szminka do ust - Trend Sensitiv. Jeśli idzie o tę szminkę, to już wiem, że nie będę miała z niej pożytku, nie trafiłam z kolorem. Pozostałych produktów jeszcze nie używałam. Zakupy te zrobiłam w sklepie Skarbiec Natury.

Po kolejne zakupy wybrałam się do sklepu  Blisko Natury.




W największym pojemniku znajduje się masło shea nierafinowane. Małe pojemniczki skrywają wosk pszczeli, masło aloesowe i masło kakaowe łupane. Nie ukrywam, że produkty te posłużą mi do ukręcenia kremiku. Jaki to będzie krem? Tego Wam teraz nie zdradzę. Pochwalę się dopiero po zrobieniu kremu i to pod warunkiem, że będzie to produkt udany. Do koszyka dorzuciłam jeszcze olej malinowy tzn. z pestek malin. Naczytałam się tyle dobrego o tym oleju, że musiałam go kupić. Zobaczymy jak się sprawdzi na mojej skórze i włosach.
I to już wszystkie lipcowe zakupy, więcej w tym miesiącu nie będzie. Być może w sierpniu skuszę się na jakieś nowości ale do sierpnia mamy jeszcze trochę czasu.  

niedziela, 6 lipca 2014

SANTAVERDE Aloe Vera Żel Regenerujący




               Żel Regenerujący Aloe Vera to ostatni kosmetyk z zestawu otrzymanego od firmy SANTAVERDE. Trzy produkty już Wam przedstawiłam (tutu, i tu), a dzisiaj przyszedł czas na ten żel.




Producent tak pisze o żelu:
"Delikatny żel na bazie czystego soku aloesowego i hydrolatu z kwiatu czarnego bzu wzbogacony olejkami z wiesiołka i masłem z mango intensywnie regeneruje skórę i przywraca właściwy poziom nawilżenia. W sposób widoczny wygładza skórę, wzmacnia jej strukturę i przywraca naturalną elastyczność. może być stosowany samodzielnie, jako podstawowa pielęgnacja młodej cery ze skłonnością do przetłuszczania lub jako serum uzupełniające działanie kremu pielęgnacyjnego." 




Skład żelu: Sok z Aloe Vera*, alkohol*, betaina roślinna, mleczan sodu, wyciąg z czarnego bzu*, olej z wiesiołka*, olej ze słodkich migdałów*, wyciąg z lawendy*, kwas hialuronowy, guma ksantanowa, masło z mango, mech irlandzki, witamina E, olej słonecznikowy, witamina C palmitat, roślinny fitynian sodu, glukoza, roslinne estry gliceryny i kwasów tłuszczowych, roślinny kwas lewulinowy, siarczan srebra, olejki eteryczne.

* składniki pochodzące z certyfikowanych upraw organicznych.   



Żel Regenerujący Aloe Vera zamknięty jest w małej, miękkiej tubce o pojemności 30 ml. Wylot tubki, podobnie jak w przypadku Kremu Medium Aloe Vera, zamknięty był sreberkiem, dzięki czemu możemy mieć pewność, że nikt przed nami z zawartości tej tubki nie korzystał.
Kosmetyk nosi nazwę żelu ale bardziej niż z żelem kojarzy mi się z gęstym i lekko lepkim płynem. Barwą przypomina rozwodnione mleko. Ma przyjemny, owocowy zapach.
Testowanie tego kosmetyku zostawiłam na koniec gdyż, prawdę powiedziawszy, byłam do niego trochę uprzedzona. Dziwne mi się wydawało wklepywanie żelu w twarz, jakoś mnie to nie przekonywało. W końcu ciekawość zwyciężyła i postanowiłam spróbować. Spróbowałam i...rozczarowałam się. Wklepywałam żel w oczyszczoną i spryskaną tonikiem skórę. Wchłaniał się dosyć szybko ale po wchłonięciu przez skórę miałam wrażenie jakbym niczego na nią nie położyła, jakbym umyła twarz, osuszyła i na tym poprzestała. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest to kosmetyk nie dla mnie ale przypomniałam sobie, że przecież producent zaleca go do pielęgnacji cery młodej i przetłuszczającej się, a mojej cery nie można uznać za tłustą, a tym bardziej, niestety, za młodą. Postanowiłam więc dać żelowi drugą szansę i potraktowałam go, zgodnie z sugestią producenta, jako serum czyli pod krem. I to był strzał w dziesiątkę! Teraz codziennie stosuję żel pod krem na noc, a rano cera jest wspaniale nawilżona i wygładzona. W charakterze serum żel spisuje się doskonale. Czasem dodaję go też do maseczek glinkowych dzięki czemu cera otrzymuje dodatkowe substancje odżywcze. Zrobiłam też eksperyment z maską do włosów. Glinkę rhassoul rozrobiłam z wodą, dodałam trochę żelu i kilka kropel eliksiru piękna (klik ). Tak przygotowaną maskę nałożyłam na umyte, mokre włosy. Trzymałam około 20 minut po czym maskę spłukałam i włosy ponownie umyłam szamponem. Po wyschnięciu miały piękny połysk, dobrze się układały i były uniesione u nasady czyli zwiększyły swoją objętość, a więc efekt był świetny.




 Żel Regenerujący Aloe Vera, podobnie jak wszystkie kosmetyki SANTAVERDE, posiada certyfikat NaTrue. Otrzymał również tytuł Doskonałości Roku 2013 w prestiżowym konkursie miesięcznika "Twój Styl", w kategorii kosmetyków naturalnych i organicznych.
Podsumowując moją przygodę z produktami SANTAVERDE muszę stwierdzić, że są to wspaniałe, luksusowe kosmetyki i bardzo się cieszę, że miałam przyjemność wypróbowania kilku spośród nich, bo testowanie tak dobrych produktów to rzeczywiście sama przyjemność. Podoba mi się ich jakość, wydajność, wszechstronność i działanie na skórę. Są to kosmetyki drogie ale, moim zdaniem, warto odłożyć sobie trochę pieniążków i od czasu do czasu zafundować sobie odrobinę luksusu.  

wtorek, 1 lipca 2014

Projekt DENKO - czerwiec 2014




          Czerwiec się skończył i polowa roku za nami. I pomyśleć, że tak niedawno był Sylwester i Nowy Rok... Wraz z końcem miesiąca przyszła pora na pokazanie tego, co udało mi się wykończyć. Moje czerwcowe denko nie jest może imponująco duże ale lepsze to niż nic. Zobaczcie:



1. BENTLEY ORGANIC Odżywka do wszystkich rodzajów włosów - o tej odżywce pisałam tutaj.. Niestety, moje włosy niezbyt ją lubiły i dlatego nie kupię jej ponownie.

2. SWAZI SECRETS  Olej marula peeling - klasyczny przykład dobrego kosmetyku spapranego przez tandetne opakowanie. Tubka zaopatrzona jest w dużą zakrętkę, a więc przeznaczona do stawiania na tej zakrętce. Niestety, niezależnie od tego czy tuba była postawiona czy leżała olej wyciekał na zewnątrz. W końcu musiałam przełożyć zawartość tuby do pojemniczka po innym kosmetyku. Recenzję znajdziecie tu. Do tego jeszcze ta łuszcząca się farba na tubie... Nie wiem jeszcze czy kupię ponownie ten peeling ale jeśli się skuszę, to przełożę go do innego pojemnika od razu po zakupie nie czekając aż większość oleju wycieknie.

3. PLANETA ORGANICA  Hammam Body Soap czyli Naturalne mydło tureckie do sauny i pod prysznic - mydła tego używałam do peelingu z rękawicą kessą tak, jak savon noir. Bardzo dobrze sprawdziło się w tej roli. Pojemnik o pojemności 450 ml starcza na długo tym bardziej, że mydło jest wydajne. Więcej na jego temat przeczytacie tu. Zasługuje na ponowny zakup.

4 i 5. COSMETIC GARDEN Mydło Świeżo ścięta trawa oraz Pomarańcza i bez. Zostały mi z tych mydełek nieduże kawałki, a więc nietrudno było je wykończyć. Polubiłam te mydełka, a zwłaszcza to o nazwie Pomarańcza i bez ze względu na piękny, delikatny zapach bzu. Recenzję mydełek znajdziecie tutaj. Jak najbardziej zasługują na ponowny zakup.

6. LA MAISON DU KARITE  Mydło z masłem karite i neem - kolejne naturalne mydełko o lekko peelingującym działaniu. Pisałam o nim tu. Bardzo dobre mydło i z pewnością kupię je ponownie, a także inne mydła tego producenta.

I to już wszystko, co udało mi się wykończyć w czerwcu. Kolejne denko za miesiąc. Czy będzie większe? Zobaczymy...


 

czwartek, 26 czerwca 2014

VERDESATIVA Szampon do włosów przetłuszczających się Konopia i Drzewo Herbaciane



          Ostatnio dosyć często zdarza mi się pisać o kosmetykach włoskich i przeważnie są to kosmetyki do włosów. Dzisiaj zaprezentuję Wam kolejny, a mianowicie Szampon do włosów przetłuszczających się Konopia i Drzewo Herbaciane włoskiej marki VERDESATIVA. Trafił on do mnie w ramach współpracy ze sklepem HomeoFit-Lab.




Firma VERDESATIVA  jest liderem w produkcji naturalnych kosmetyków na bazie oleju konopnego, zawierającego wiele cennych substancji biologicznie czynnych o właściwościach regenerujących, przeciwzapalnych, antyoksydacyjnych, antyseptycznych oraz fotoprotekcyjnych. Wpływa korzystnie na skórę i uznany jest za jeden z najlepszych olejów nawilżających. VERDESATIVA produkuje nie tylko szampony ale całą gamę innych kosmetyków. Zainteresowały mnie ich kremy do twarzy i pewnie kiedyś na któryś z nich się skuszę.
Wracajmy jednak do szamponu. Możemy o nim przeczytać:
 "Doskonale oczyszcza włosy i skórę głowy bez podrażniania ich dzięki synergicznemu działaniu olejku konopnego, olejku z drzewa herbacianego i delikatnych substancji myjących. Za pomocą kwasów tłuszczowych Omega - 3 i Omega - 6 i powyższych składników aktywnych szampon bilansuje stan skóry głowy. W ten sposób szampon przyczynia się do skutecznej eliminacji nadmiaru sebum, co sprawia, że włosy stają się pełne blasku i objętościowo większe."




Skład szamponu jest krótki, co, oczywiście, bardzo mi się podoba. Oto on:
INCI: Aqua, Disodium Coco-Glucoside, Caprylyl/Capryl Glucoside, Sorbitol, Glycerin, Hydrolyzed Wheat Protein, Sodium Lauroyl Glutamate, Lactic Acid, Cannabis Sativa, Melaleuca Alternifolia, Ascorbic Acid.

Szampon otrzymujemy w butelce z białego, sztywnego plastiku o pojemności 200 ml. Jest przeźroczysty jak woda ale, oczywiście, bardziej gęsty niż woda. Jest to konsystencja podobna do konsystencji większości szamponów. Trochę zdziwił mnie jego zapach. Jest ziołowy ale jednocześnie jakby trochę ziemisty. Nie zachwycił mnie ten zapach ale też mnie nie odrzuca. Na szczęście niezbyt długo utrzymuje się na włosach. 




Szampon dobrze się pieni i dokładnie oczyszcza włosy i skórę głowy. Jest delikatny i nie podrażnia mojego wrażliwego skalpu tzn. nie powoduje swędzenia. Włosy trochę się plączą przy rozczesywaniu ale użycie odżywki rozwiązuje ten problem. Po wyschnięciu włosy są miękkie, błyszczące i dobrze się układają. Szampon VERDESATIVA niezbyt dobrze radzi sobie ze zmywaniem oleju z włosów. Dopiero po trzecim namydleniu poczułam, że olej został całkowicie usunięty. Nie uważam tego za duży minus, tym bardziej, że zawsze mam w łazience szampon, który dobrze zmywa oleje. Nie zauważyłam też, żeby ten szampon zmniejszył przetłuszczanie się moich włosów. Być może zbyt krótko go używam, zużyłam trochę więcej niż pół butelki. Prawdę powiedziawszy nie bardzo wierzę w to, by jakiś szampon czy inny kosmetyk ograniczył wydzielanie sebum, przynajmniej ja na taki produkt jeszcze nie trafiłam. Nie było więc to dla mnie zaskoczeniem. Od szamponów oczekuję przede wszystkim dobrego oczyszczania włosów i skalpu bez podrażniania tego drugiego, a produkt VERDESATIVA spełnia te oczekiwania. Jestem więc z niego zadowolona. 




VERDESATIVA  jest pierwszą włoską firmą, która uzyskała certyfikat Co.Co.Nat. (Cosmesi Controllata Naturale). Jest to włoski instytut certyfikujący kontrolowane kosmetyki naturalne. Wszystkie kosmetyki tej marki produkuje się wyłącznie z surowców roślinnych, a więc są odpowiednie również dla wegan, a firma zarejestrowana jest w The Vegan Society. Jest też przeciwna testowaniu kosmetyków na zwierzętach.

Na koniec mam miłą niespodziankę dla Czytelników mojego bloga, a jest nią kod rabatowy na zakupy w sklepie HomeoFit-Lab.




Kod ważny jest do końca bieżącego roku i obejmuje wszystkie produkty z asortymentu sklepu. Sumuje się z innymi aktualnymi ofertami np. z Promocją Tygodnia. Wystarczy, składając zamówienie, wpisać kod naturaiuroda14. Zapraszam na zakupy!   

sobota, 21 czerwca 2014

WILD EARTH Peeling - maska Wake Up! z kawą



     Wiele razy pisałam, że bardzo lubię peelingi, zarówno te do ciała jak i te do twarzy. Dzisiaj chcę przedstawić Wam kolejny produkt tego rodzaju, a mianowicie Peeling - maska Wake Up! z kawą.



Peeling jest kosmetykiem egzotycznym, produkuje go firma WILD EARTH znajdująca się w dalekim Nepalu. Kosmetyki tej marki wytwarzają ręcznie nepalskie kobiety wykorzystując lokalne, naturalne surowce. Zobaczcie jak wygląda skład peelingu: łuska i ziarna ryżu, ciecierzyca, jęczmień, kawa arabska, żółta glinka, drewno sandałowe, słodkie migdały, ziarna sezamu, pestki pomarańczy, płatki róży damasceńskiej, czarny kardamon, olejek miętowy i cynamonowy. Same naturalne wspaniałości!




O peelingu możemy przeczytać:
"Peeling - maska zawiera tylko naturalne składniki, a jego stosowanie to prawdziwa przyjemność. Produkt posiada wyjątkowo drobną strukturę i delikatne elementy ścierne takie jak np. płatki różane, nasiona sezamu i bardzo drobną kawę....Peeling - maska doskonale wpływa na skórę wygładzając ją i łagodząc podrażnienia. Niweluje zmęczenie z twarzy i obrzęki pod oczami dzięki zawartości kofeiny oraz chłodzącego olejku miętowego."




Peeling zamknięty jest w małej, plastikowej buteleczce o pojemności 40 g. Buteleczka wypełniona jest dosłownie po brzegi. Gdy po raz pierwszy ją otworzyłam moim oczom ukazał się widok taki jak na powyższym zdjęciu. Proszek prawie się wysypywał! Tak, proszek, gdyż peeling ma właśnie postać proszku.




Peeling można stosować na dwa sposoby. Pierwszy jest bardzo prosty. Umytą i zwilżoną twarz masować niewielką ilością proszku, po czym spłukać ciepłą wodą. Natomiast jeśli chcemy mieć jednocześnie peeling i maseczkę musimy proszek wymieszać z ciepłą wodą lub olejkiem uzyskując konsystencję "błotka". "Błotko" nałożyć na twarz, a po 20 minutach pozostałością maseczki wykonać peeling i, oczywiście, spłukać.
Ja najczęściej wybieram ten drugi wariant trochę zmodyfikowany. Mieszam proszek z wodą i dodaję trochę oleju. Może to być dowolny, ulubiony olej. Uzyskaną masę nakładam na twarz, szyję i dekolt i od razu wykonuję peeling. Nie spłukuję go tylko wchodzę z tą maską do wanny i biorę kąpiel. Przez ten czas maseczka pozostaje na skórze, a po jej spłukaniu skóra jest gładziutka i odświeżona.
Peeling Wake Up jest produktem delikatnym. Elementy ścierające są bardzo drobne ale dobrze spełniają swoją rolę. Zapach określiłabym jako ziołowy z wyraźną nutą miętową. Ta mięta powoduje, że po nałożeniu maski na twarz mamy wrażenie delikatnego chłodzenia skóry. Krótko mówiąc jest to bardzo dobry i całkowicie naturalny kosmetyk. Z całą pewnością nie poprzestanę na jednym opakowaniu. Kupiłam go w sklepie Blisko Natury.


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...