poniedziałek, 1 września 2014

Projekt DENKO - lipiec i sierpień 2014



       Sierpień dobiegł końca i pora pokazać kolejne denko. Tym razem jest to denko dwumiesięczne, za lipiec i sierpień. Gdy skończył się lipiec miałam tylko dwa puste opakowania więc nie było sensu pisać. Teraz, po dwóch miesiącach, też nie ma ich zbyt dużo, bo tylko siedem plus kilka próbek i miniaturek. Oto one:



1. FENIQIA Mydło Vertus 7 Olei - o tym mydle pisałam tutaj. Dawno, prawda? Leżała sobie resztka tego mydła więc postanowiłam wreszcie ją wykończyć. Bardzo dobre naturalne mydełko i chętnie bym kupiła je ponownie ale to się nie uda gdyż jest ono już nieosiągalne.

2. LA SAPONARIA Bio Szampon do włosów Szałwia i Cytryna - jeden z lepszych szamponów jakie miałam. Bardzo delikatny, a jednocześnie skuteczny. Radził sobie nawet ze zmywaniem oleju z włosów. Recenzję znajdziecie tutaj. Jak najbardziej zasługuje na ponowny zakup.

3. LA SAPONARIA Bio Balsam do włosów Moringa i Masło Karite - byłam bardzo zadowolona z tego balsamu. Pisałam o nim tu. Podobnie jak szampon, balsam warto kupić ponownie. Obecnie balsam ten ma trochę zmieniony skład i podobno jest jeszcze lepszy od pierwowzoru. Prawdopodobnie kiedyś go kupię i wówczas przekonam się czy rzeczywiście jest lepszy.

4. ZECHSAL Balsam magnezowy na bazie masła karite - moim zdaniem jest to kosmetyk rewelacyjny. Więcej o nim przeczytacie tutaj. Balsam z pewnością zasługuje na ponowny zakup. Przeszkodą jednak jest jego wysoka cena i dlatego ukręciłam sobie własny krem magnezowy. Przeczytać o nim możecie tu.

5. SANTAVERDE  Aloe Vera Krem Medium - świetny krem. Półtłusty, a jednak lekki, i dobrze się wchłaniający. Tutaj znajdziecie recenzję. Warto kupić ponownie przy czym kosmetyki tej marki do tanich, niestety, nie należą. No cóż, wysoka jakość kosztuje.

6. NATURAL NOBLE SOAP Mydło Aleppo 16% - klasyczne mydło alep. Bardzo dobre naturalne mydło, które docenią wszyscy zwolennicy tego rodzaju mydeł. Pisałam o nim tutaj. Czy kupię ponownie? Obowiązkowo.

7. NAJEL Mydło Aleppo z różą damasceńską - kolejne alepowe mydło. Równie dobre jak klasyczne ale o zapachu złagodzonym aromatem różanym. Pisałam o nim w poprzednim poście czyli tu. Czy kupię ponownie? Jasne że tak. Bardzo lubię mydła aleppo, a więc i temu raczej nie odpuszczę.

I to już wszystkie pełnowymiarowe kosmetyki jakie udało mi się wykończyć w lipcu i sierpniu. Zużyłam też kilka próbek i miniaturek. Próbek ci u mnie dostatek więc też postanowiłam w końcu je zużywać. Zobaczymy, jak będzie za miesiąc. Muszę przyznać, że dzięki projektowi denko moje zasoby kosmetyczne wydatnie się zmniejszyły. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej... tak jakoś dziwnie pusto w łazienkowej szafce. Aż się prosi żeby ją czymś zapełnić :) No dobrze, żartowałam. Trzeba jednak kierować się zdrowym rozsądkiem i nie szaleć przesadnie z kosmetycznymi zakupami chociaż, muszę się przyznać, że pewne nowości już mam na oku :)


środa, 27 sierpnia 2014

NAJEL Mydło Aleppo z różą damasceńską




      Uwielbiam mydła naturalne w kostkach do tego stopnia, że sama siebie nazywam "mydłomaniaczką". Zawsze mam w domu solidny zapas mydlanych kostek chociaż ostatnio moje zasoby znacznie się skurczyły. Musiałam ich trochę zużyć choćby po to, żeby mieć miejsce (i pretekst oczywiście) do nowych mydlanych zakupów :) Jednak Mydło Aleppo z różą damasceńską NAJEL, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, nie jest nowym nabytkiem. Kupiłam je jeszcze w ubiegłym roku i tyle czasu czekało, biedne, na swoją kolejkę. W końcu się doczekało. Oto ono:



Przyzwyczaiłam się już do tego, że kostki mydlane są najczęściej prostokątne, czasem kwadratowe. Miewałam też kuliste. Natomiast to mydełko jest okrągłe, a takie mam, a właściwie miałam, bo już się skończyło, po raz pierwszy. Mydlany krążek, owinięty w pergamin, schowany jest w kartoniku o fantazyjnym kształcie.



Po wyjęciu mydełka z pergaminu ujrzałam urokliwą, okrągłą kostkę z wytłoczonym wzorkiem, który tak naprawdę nie jest wzorkiem jako takim ale napisem w języku arabskim, którego, oczywiście, nie potrafię odczytać. Nazywam go więc wzorkiem gdyż w moim mniemaniu stanowi ozdobę mydlanego krążka.


 
Zapewne interesuje Was zapach tego mydełka. Skoro jest to mydło z różą damasceńską, to logiczne jest, że powinno pachnieć różą. I rzeczywiście pachnie ale nie jest to czysty zapach różany, raczej taki mydlano - różany. Z całą pewnością pachnie dużo lepiej niż klasyczny alep. Jest to jakaś alternatywa dla osób, które chciałyby używać alepowych mydeł ale zapachu klasycznego alepu nie lubią.

Mydło Aleppo z różą damasceńską jest produktem naturalnym o prostym i krótkim składzie. Wygląda on tak: Sodium Olivate, Sodium Laurate, Rosa Damascena Flower Extract, (Citronellol, Alpha - Isomethyl Ionone, Geraniol, Linalool), Sodium Hydroxide.
Zawartość oleju laurowego w tym mydle wynosi 12%.

Mydełko pieni się podobnie do klasycznego alepu, a nawet może troszkę słabiej. Jest to jednak piana wystarczająca do porządnego umycia ciała. Delikatnie i dokładnie oczyszcza skórę ale jej nie podrażnia i nie wysusza. Nie powoduje niemiłego uczucia ściągnięcia. Myłam nim twarz i całe ciało, używałam też do higieny intymnej. Sprawdziło się bardzo dobrze. Kostka, a właściwie krążek, jest niewielki (100 g) i z łatwością mieści się w dłoni, a to oznacza, że jest wygodne w użyciu. Krótko mówiąc miałam przyjemność poznać jeszcze jedno naturalne mydło dobrej jakości. Polecam wszystkim miłośnikom mydeł z Aleppo, a to mydło rzeczywiście zostało wyprodukowane w Syrii, w mieście Aleppo. Taką informację znalazłam na kartoniku. Warto się skusić na to egzotyczne cudeńko.


 

środa, 20 sierpnia 2014

BIOFFICINA TOSCANA Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy



           Wspominałam już kilka razy, że bardzo lubię peelingi zarówno te do twarzy jak i te do ciała. Ciało najczęściej peelinguję przy pomocy czarnego mydła Savon Noir i rękawicy Kessy. Jednak czasem, dla odmiany, używam peelingów gotowych lub samorobionych np. z kawy. Tym razem skusiłam się na Peeling do ciała z masłem roślinnym i olejkiem z melisy marki BIOFFICINA TOSCANA. Już od dawna miałam chrapkę na ten peeling, a od zakupu powstrzymywała mnie jego wysoka cena. Nadarzyła się jednak okazja i peeling kupiłam w bardzo korzystnej cenie w likwidującym się (i już zlikwidowanym) sklepie Ecosme. Oto mój nabytek:



O peelingu można przeczytać:
" Naturalnie oczyszcza i odżywia skórę Twego ciała. Unikalne połączenie organicznych olejów, masła roślinnego i soli morskich. Dzięki zawartości naturalnej krzemionki wygładza skórę, usuwając martwy naskórek. Intensywnie odżywia pozostawiając skórę miękką. Olejek z melisy działa uspokajająco i relaksująco na umysł i całe ciało. Pachnie melisą, bergamotką i kwiatem gorzkiej pomarańczy."




Plastikowy słoiczek, w jakim otrzymujemy peeling, zawiera 250 g kosmetyku. Pod zakrętką słoiczka znajdziemy dodatkowe, papierowe wieczko dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami tego peelingu nie używał.
Po otwarciu słoiczka moim oczom ukazało się niemal białe mazidło o konsystencji kremu ale bardzo tłuste. Wzięłam trochę mazidła w palce i poczułam, oprócz tłuszczu, bardzo drobne ziarenka. Jest to drobno zmielona sól morska.


 
Ziarenka są tak drobne, że nie byłam przekonana, czy aby na pewno dobrze wygładzą skórę i oczyszczą ją z martwych komórek. W praktyce okazało się ,że moje obawy były niepotrzebne. Peeling bardzo dobrze wywiązuje się ze swojego zadania. Ponieważ jest to kosmetyk tłusty więc najpierw myję ciało mydłem, spłukuję mydlaną pianę i dopiero wówczas wykonuję peeling. Na koniec ponowne płukanie i gotowe. Delikatnie osuszam skórę ręcznikiem żeby nie usunąć z niej całego, pozostałego tłuszczu. Na skórze pozostaje cienka, tłusta warstewka, a dzięki takiemu natłuszczeniu nie trzeba już używać żadnego kremu czy balsamu. Nawet mojej, bardzo suchej skórze to natłuszczenie wystarcza.
Pozostaje jeszcze kwestia zapachu. Według producenta peeling pachnie melisą, bergamotką i kwiatem gorzkiej pomarańczy. Moim zdaniem wyczuwa się również nutę olejową. Zapach jest delikatny, ledwo wyczuwalny.
Pewnie nie wszystkim odpowiadają kosmetyki pozostawiające tłustą warstwę ale ja lubię takie tłuścioszki tym bardziej, że mam suchą skórę. Po tym peelingu  jest ona dobrze wygładzona, mięciutka i delikatnie natłuszczona. Używanie tego kosmetyku to dla mnie prawdziwa przyjemność.


 
Peeling do ciała BIOFFICINA TOSCANA  jest kosmetykiem certyfikowanym przez ICEA. Jest to jeden z najważniejszych organów certyfikujących produkty naturalne i organiczne we Włoszech i w Europie. Produkty posiadające ten certyfikat wytwarzane są z surowców naturalnych pochodzenia roślinnego. Rygorystyczne testy dermatologiczne gwarantują czystość składników odpowiednich dla skóry wrażliwej i alergicznej. Nie zawierają sztucznych barwników i substancji zapachowych, a także substancji pochodzących z roślin modyfikowanych genetycznie (GMO). Nie są też testowane na zwierzętach.

I jeszcze na koniec skład peelingu:





piątek, 15 sierpnia 2014

RECEPTURY BABUSZKI AGAFII - Balsam do włosów wzmacniający



           Dawno nie pisałam o rosyjskich kosmetykach. Wygląda na to, że największy szał na te produkty już minął. Widzę to nie tylko u siebie ale i u innych blogerek kosmetycznych. Czy to znaczy, że z kosmetyków rosyjskich rezygnuję? Z pewnością nie chciałabym rezygnować, tym bardziej, że można znaleźć wśród nich wiele bardzo dobrych produktów, których dodatkowym atutem są przystępne ceny. Jest jednak pewne "ale", które powoduje, że zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam pisać o tym kosmetyku. Chodzi mi, oczywiście, o wielką politykę, a konkretnie o to, jak Rosja postępuje w stosunku do Ukrainy. Czy w tej sytuacji powinno się kupować rosyjskie kosmetyki i inne produkty? Z jednej strony, jeśli zbojkotujemy rosyjskie kosmetyki, to może paść kilka polskich sklepów internetowych mających w swej ofercie głównie lub wyłącznie te produkty. Z drugiej strony kupując rosyjskie produkty wspieramy rosyjską gospodarkę, a czy powinno się wspierać agresora? Możemy, oczywiście, powiedzieć sobie "a co nas obchodzi Ukraina?". Tylko jaką mamy pewność, że Rosja zatrzyma się na Ukrainie, czy nie posunie się dalej na Zachód, a więc do Polski?  Balsam do włosów wzmacniający z serii Receptury babuszki Agafii  kupiłam na początku tego roku kiedy to sytuacja na Ukrainie nie była jeszcze aż tak dramatyczna, nie było zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego i innych szokujących wydarzeń. Postanowiłam, że skoro mam ten balsam i go używam, to jednak o nim napiszę. Jednak na zakup kolejnych rosyjskich kosmetyków zdecyduję się chyba dopiero wówczas, gdy Rosja zrezygnuje ze swojej awanturniczej polityki.







O balsamie przeczytamy:
"Zawarta w balsamie woda brzozowa jest efektywnym środkiem wzmacniającym korzenie włosów, a starannie dobrany zestaw syberyjskich ziół sprawia, że włosy przestają być łamliwe,  odzyskują siłę na całej swojej długości.
Dzięki zawartości olejów tłoczonych na zimno balsam posiada delikatną teksturę i wyśmienicie pielęgnuje włosy, regeneruje i przynosi ulgę w rozczesywaniu."

I rzeczywiście tych składników ziołowych jest w balsamie dużo. Poza wodą brzozową są to: łopian, róża daurska, sosna karłowa, pokrzywa, dziurawiec, melisa, krwawnik pospolity, prawoślaz, olej wrzosowy, korzeń tataraku, podbiał pospolity.

Całkowity skład balsamu: Aqua with infusion of Betula Alba Bud, enriched by oils: Arctium Lappa, Rosa Daurica, Primus Pumila, extracts: Urtica Dioica, Hypericum Perforatum, Melissa Officinalis, Achillea Millefolium, Althaea Officinalis, Caluna Vulgaris, Acorus Calamu, Tussilago Farfara, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Guar Gum, White Beeswax, Flower Wax, Tocopherol, Niacinamide, Glucosamine, Citric Acid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol.



t


350 ml balsamu zamknięto w prostokątnej, plastikowej butelce w kolorze oliwkowym. 350 ml to dosyć dużo. Plastik jest dosyć miękki, a więc balsam łatwo się z niej wydobywa tym bardziej, że ma on dosyć rzadką konsystencję. Z włosów jednak nie spływa i łatwo się po nich rozprowadza. Ma przyjemny, kwiatowy zapach, natomiast kolor jest zbliżony do koloru butelki.





 Balsam przeznaczony jest do wszystkich typów włosów. Po jego użyciu włosy rzeczywiście bardzo łatwo się rozczesują i nie plączą się. Po wyschnięciu ładnie się błyszczą i dobrze się układają. Czy rzeczywiście wzmacnia włosy? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Co prawda włosy masowo mi nie wypadają ale mam wrażenie, że wypada ich trochę więcej niż np. rok temu. Nie zauważyłam, żeby ten balsam poprawił sytuację. Zużyłam dotychczas jakieś 2/3 butelki tego kosmetyku, no, może trochę więcej. Być może jest to zbyt mało na wzmocnienie włosów, może trzeba zużyć 2-3 butelki żeby uzyskać efekt wzmocnienia? A może, po prostu, moje włosy potrzebują czegoś innego? Oceniam ten balsam jako przeciętną odżywkę ułatwiającą rozczesywanie, nadającą włosom połysk i przyjemną w użyciu.




Ciekawa jestem, co Wy myślicie o ewentualnym bojkocie rosyjskich kosmetyków? Czy, Waszym zdaniem, to dobry pomysł? 

wtorek, 12 sierpnia 2014

BIO LOGICAL Krem przeciwzmarszczkowy "Delicate skin - guard"



                Markę BIO LOGICAL  miałam już przyjemność poznać, a to za sprawą Morelowego kremu do ciała i do rąk. Pisałam o nim tutaj. Jestem z tego kremu bardzo zadowolona (tak, tak, "jestem", a nie "byłam". Opakowanie jest tak duże, że jeszcze go nie wykończyłam), a więc chętnie sięgnęłam po kolejny kosmetyk tej marki, a mianowicie Krem przeciwzmarszczkowy "Delicate skin - guard".



O kremie możemy przeczytać: "To krem młodości. Dzięki róży i malinie skóra będzie zdrowa i gładka w dzień i w nocy...Olej arganowy jest znany ze swoich odmładzających i przeciwzmarszczkowych właściwości. Masło karite odżywia i chroni skórę. Woda z gorzkiej pomarańczy nawilża, rozjaśnia, zmniejsza przebarwienia i łagodzi podrażnienia. Witamina C zawarta w malinach jest silnym antyoksydantem i opóźnia procesy starzenia się skóry. Polecamy krem dla skóry suchej, odwodnionej i dojrzałej, a także gdy pojawią się pierwsze oznaki starzenia się skóry."

Skład kremu (INCI): Aqua, Rose Flower Water*, Arganis Spinosa Kernel Oil*, Caprylic Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behenyl Alcohol, Coco Caprylate Caprate, Orange Flower Water*, Butyrospermum Parkii*, Raspberry Fruit Extract*, Cetearyl Glucoside, Plankton Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Microcrystalline Cellulose, Tocopherol, Cellulose Gum, Sodium Benzoate, Benzyl Alcohol, Parfum**, Citric Acid, Citronellol**, Limonene**, Eugenol**, Linalool**.

* - składniki pochodzące z upraw ekologicznych,
** - składniki pochodzące z olejków eterycznych.

99,1% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego,
17,5% wszystkich składników pochodzi z upraw ekologicznych.




Krem otrzymujemy w butelce z grubego, mrożonego szkła zapakowanej w kartonik. Podoba mi się szata graficzna tych opakowań, jest kolorowa i wesoła. Lubię też szklane opakowania kremów niezależnie od tego, czy jest to butelka, czy słoiczek.
Butelka zaopatrzona jest w działającą bez zarzutu pompkę zapewniającą właściwe dozowanie kosmetyku. Jest to krem o lekkiej konsystencji, a więc nadaje się również na lato. Zaskoczył mnie jego zapach. Spodziewałam się zapachu kwiatowego lub owocowego, a tymczasem pachnie on ziołowo z wyraźnie dominującą wonią rozmarynu.
Krem dobrze się wchłania, nadaje się więc pod makijaż. Używam go głównie na dzień chociaż czasem też na noc.
Nie jestem w stanie ocenić przeciwzmarszczkowego działania kremu ale moja skóra go polubiła. Nakładam go na całą twarz łącznie ze skórą pod oczami. Nie powoduje żadnych podrażnień. Dobrze nawilża i odżywia skórę, a o to przecież chodzi. Cera po jego aplikacji jest miękka i gładka, aż miło ją dotykać.


  
Kosmetyk ten jest certyfikowany przez Cosmebio i Ecocert. Jestem z niego zadowolona więc prawdopodobnie w przyszłości wypróbuję też inne produkty tej marki. Mam nadzieję, że też się na nich nie zawiodę.

Znacie kosmetyki tej marki? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

piątek, 8 sierpnia 2014

TERRACTIVE Islandzka maska błotna z wodorostami




           Kilka miesięcy temu przeczytałam na jednym z blogów, że w Rossmanie pojawią się wkrótce kosmetyki naturalne w saszetkach francuskiej marki TERRACTIVE. Bywam od czasu do czasu w Rossmanie i, niestety, kosmetyków tych nie widziałam. W końcu pojawiły się. Sześć produktów w saszetkach: dwie maski do twarzy, dwa peelingi i dwa kremy. Na początek skusiłam się na Islandzką maskę błotną z wodorostami.




Na odwrocie saszetki możemy przeczytać:





Skład maski: Aqua, Glycerin, Laminaria Digitata Powder, Sodium Magnesium Silicate, Kaolin, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Citric Acid, Laminaria Digita Extract, Citrus Aurantium (Orange) Dulcis Peel Oil, Disodium EDTA, Lavandula Angustifolia Oil, Dehydroacetic Acid, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, CI 77499 (Iron Oxides), Limonene, Linalool.

Saszetka, w której zamknięto maskę, zaopatrzona jest w zakrętkę, co ułatwia przechowywanie produktu. Zawartość saszetki to 16 g maski, co, według producenta, ma wystarczyć na dwie aplikacje. Mnie wystarczyło na trzy razy mimo iż mazidło nakładałam obficie na twarz, szyję i dekolt. Z saszetki wydobywamy niezbyt gęstą maź w kolorze szarozielonym.


 
Maska jest niezbyt gęsta ale z twarzy nie spływa. Wolałabym jednak żeby była bardziej gęsta. W składzie maski znajdują się algi ale maska nie ma nieprzyjemnego zapachu charakterystycznego dla alg. Wprost przeciwnie, ma bardzo ładny, lawendowy zapach. Glinka kaolinowa wchodząca w skład produktu powoduje iż maska lekko zasycha na skórze ale nie powoduje jej ściągania. Bez problemu zmywa się ją wodą, a skóra pozostaje nawilżona i odżywiona. Moim zdaniem jest to całkiem niezły kosmetyk ale na kolana mnie nie rzucił. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi samorobione maseczki glinkowe i glinkowo-algowe. Jednak od czasu można się na maskę TERRACTIVE skusić. Będę też chciała wypróbować inne kosmetyki tej marki. 

Ciekawa jestem czy znacie kosmetyki TERRACTIVE ? Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

sobota, 2 sierpnia 2014

DIY - Krem magnezowy



           
                  Pewnie myślicie, że na punkcie magnezu, a zwłaszcza jego suplementacji przez skórę, odbiło mi całkowicie. Niedawno pisałam o gotowym kremie magnezowym do ciała (klik ), potem o oliwie magnezowej (klik ), którą bardzo łatwo można zrobić samemu, a teraz znów samorobiony krem magnezowy. Nie dziwcie się mojej fascynacji tą formą suplementacji magnezu. Po prostu efekty jej stosowania przeszły moje najśmielsze oczekiwania, ale po kolei.
Pisząc recenzję Magnezowego kremu do ciała ZECHSAL (klik) pochwaliłam się, że stosując ten krem pozbyłam się uciążliwych i bolesnych nocnych skurczów mięśni nóg. Nie było to dla mnie zaskoczeniem gdyż na to liczyłam, tego oczekiwałam. Zaskoczył mnie natomiast zupełnie inny efekt. W ubiegłym roku zaczął dokuczać mi ból prawej pięty. Ponieważ ból nie tylko nie ustępował ale się nasilał poszłam do lekarza. Prześwietlenie wykazało, że w mojej pięcie utworzyły się tzw. ostrogi piętowe. Lekarz przepisał mi zastrzyki. Były one bardzo bolesne i dobrze, że były tylko trzy, bo gdyby było ich więcej, to pewnie już na czwarty bym nie poszła. Czy pomogły? W niewielkim stopniu i na krótko. Silny ból szybko powrócił i znów chodzenie było katorgą. Każdy krok oznaczał ból. I tu właśnie spotkała mnie wspaniała niespodzianka.
 Od napisania recenzji kremu ZECHSAL upłynęło może półtora tygodnia gdy pewnego ranka wstałam z łóżka i gdy tylko stanęłam na podłodze dotarło do mnie, że, po raz pierwszy od długiego czasu, nie boli mnie pięta! I tak jest do dzisiaj. Wreszcie mogę normalnie chodzić, a ból jest przeszłością. Takiego efektu się nie spodziewałam, było to dla mnie całkowite zaskoczenie. Nadal używałam kremu ZECHSAL ale, niestety, w tubie było już go niewiele. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie dałoby się samemu ukręcić kremu z magnezem. Poszperałam w internecie i tutaj znalazłam przepis na taki kremik. Znalazłam i zrobiłam.






 Nie trzymałam się ściśle przepisu, posłużył mi on raczej jako inspiracja. 

Składniki mojego kremu:
  • 150 ml chlorku magnezu,
  • 40-45 ml wody destylowanej,
  • 50 g wosku pszczelego,
  • 50 g masła aloesowego,
  • 50 ml oliwy z oliwek,
  • 170 g masła karite
Zaczęłam od rozpuszczenia chlorku magnezu w wodzie. Niestety, nie udało mi się rozpuścić 150 ml chlorku w 25 ml wody jak jest zalecane w przepisie. W tej sytuacji dolałam trochę wody, całość podgrzałam i chlorek pięknie się rozpuścił.
Następnie wszystkie tłuszcze umieściłam w małym rondelku i stopiłam w kąpieli wodnej.



 
Stopione tłuszcze odstawiłam do przestygnięcia, a roztwór chlorku magnezu podgrzałam. Gdy płyny były dobrze ciepłe, ale nie gorące, przelałam je do wysokiego, plastikowego pojemnika od blendera i miksowałam końcówką do ubijania piany z białek. Składniki bardzo szybko połączyły się i krem miał wygląd i konsystencję gęstego majonezu. 





Po 5 minutach miksowania krem był gotowy. Przełożyłam go do słoiczków i odstawiłam aby ostygł. Krem powinien stygnąć w cieple gdyż inaczej może się rozwarstwić. Wówczas należy go ponownie stopić i zmiksować. Wnioskuję z tego, że nie należy przechowywać go w lodówce. Mój stoi w łazienkowej szafce.

Jeśli chcemy żeby krem miał ładny zapach, możemy w trakcie miksowania dodać ulubionego olejku eterycznego. Masła i płynny olej też możemy dobierać według własnego upodobania. Mój krem po wystygnięciu uzyskał taką dosyć zbitą konsystencję. Myślę, że jest to zasługa wosku pszczelego. Być może należało dać go mniej lub nie dawać wcale. Następny kremik zrobię chyba bez wosku.

Kremu własnej produkcji używam już od kilku tygodni i stwierdzam, że działa nie gorzej niż krem ZECHSAL, a kosztuje znacznie mniej. Codziennie po kąpieli wmasowuję go w stopy, a czasem również w podudzia. Skurcze mięśniowe nie powróciły, ból pięty też się nie pokazuje. I właśnie o to mi chodzi i dlatego zachwycam się przezskórną metodą suplementacji magnezu i jej efektami.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...