środa, 29 października 2014

DIY - pokrzywowy peeling do ciała




              Pokrzywę traktujemy najczęściej jak niepotrzebny chwast, do tego niesympatyczny gdyż przy dotknięciu parzy. Jednak pokrzywa to jednocześnie bardzo pożyteczna roślina lecznicza. Surowcem zielarskim są najczęściej liście pokrzywy, czasem korzenie i kłącza. Również w kosmetyce pokrzywa znajduje zastosowanie. Najczęściej spotykamy ją w kosmetykach do pielęgnacji włosów. Jednak cennym surowcem zielarskim i kosmetycznym są również owoce (nasiona) pokrzywy. Spotkałyście się kiedyś z kosmetykiem z owocami pokrzywy? Ja się nie spotkałam i dlatego postanowiłam sama zrobić peeling do ciała z owocami pokrzywy.




Owoce (nasiona) pokrzywy zawierają ok. 30% oleju bogatego w kwas linolowy, kwas linolenowy, tokoferol, karotenoidy, polisacharydy, śluzy. Olej ten ma działanie przeciwzapalne, tonizujące i odżywcze. Jest wręcz stworzony do pielęgnacji ludzkiej skóry. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.
W jaki sposób możemy zaopatrzyć się w nasiona pokrzywy? W handlu, niestety, spotykane są bardzo rzadko. Jedyny sposób to samemu nazbierać pokrzyw, ususzyć i oddzielić nasionka od reszty rośliny. Należy tylko pamiętać, żeby zbierać pokrzywy w miejscach odległych od miasta i ruchliwych dróg. Mamy więc cenny surowiec całkiem za darmo. 




Ja właśnie tak zrobiłam. Nazbierałam pokrzyw, rozłożyłam je na arkuszu papieru i ususzyłam. Ususzyły się bardzo szybko. Nasiona oddzieliłam od łodyg, liście również oddzieliłam i popijam herbatkę pokrzywową. Będę musiała pomyśleć nad jakąś płukanką pokrzywową do włosów. I jeszcze jedno. Zbierając pokrzywy nie ścinamy całych roślin tylko obcinamy łodygę mniej więcej 30 cm od jej czubka.




Nasiona pokrzywy mają ciemnozielony kolor. W rzeczywistości są one ciemniejsze niż widać na zdjęciu. Są bardzo drobne, drobniejsze niż ziarna maku.

Jak zrobiłam peeling? Zaczęłam od zmielenia nasion pokrzywy. Odmierzyłam 50 ml ziarenek i zmieliłam je w młynku do kawy. Przesypałam do miseczki i skropiłam spirytusem. Alkohol powoduje, że wszystkie dobroczynne składniki oleju pokrzywowego lepiej zostaną wyekstrahowane z ziarenek do peelingu.
Następny etap to przygotowanie olejów. W kąpieli wodnej roztopiłam masło karite i olej kokosowy. Gdy te dwa tłuszcze były już płynne dolałam olej migdałowy i trochę oliwy z oliwek. 

 
Mieszankę olejów przelałam do wysokiej miski i odstawiłam do przestygnięcia, a gdy była już tylko lekko ciepła dodałam do niej zmielone nasiona pokrzywy i wstawiłam do lodówki. Gdy tłuszcz zaczął tężeć zmiksowałam wszystko używając kuchennego miksera z końcówką do ubijania piany z białek. Potem znów wstawiłam miskę do lodówki, a po kilku minutach ponowiłam miksowanie dodając jednocześni cukier trzcinowy. Użyłam cukru trzcinowego gdyż akurat go mam. Gdybym nie miała, z powodzeniem zastąpiłby go zwykły, biały cukier. Zamiast cukru można użyć soli lub i cukru i soli. Jeżeli uznamy, że cukier ma zbyt duże kryształki, należy go zmielić w młynku od kawy na taką grubość, jaka nam odpowiada. Mój cukier jest bardzo drobny, nie wymagał więc mielenia. Dodawałam go stopniowo cały czas miksując. W trakcie miksowania dodałam też swoje ulubione olejki eteryczne uzyskując w ten sposób ładny zapach peelingu. I to już wszystko. Peeling gotowy.




Peeling ma bardzo ładny, seledynowy kolor czego. niestety, nie udało mi się uchwycić na zdjęciach. Wygląda tak apetycznie, że chciałoby się go zjeść. Ma konsystencję delikatnego, puszystego kremu. Tę puszystość i lekkość uzyskuje się właśnie dzięki miksowaniu. Miksując wprowadzamy do kremu dużo powietrza i stąd taka delikatna konsystencja.
Kosmetyk spisuje się bardzo dobrze. Jest dosyć mocnym zdzierakiem i dobrze oczyszcza skórę z martwych komórek. Całe ciało myję mydłem, spłukuję pianę i masuję skórę peelingiem. Po spłukaniu peelingu i delikatnym osuszeniu ciała ręcznikiem skóra jest wystarczająco nawilżona i natłuszczona. Nie muszę już używać balsamu czy kremu do ciała. Krótko mówiąc bardzo fajny kosmetyk i, co ważne, wiem z czego się składa.
Inspirację do ukręcenia tego peelingu znalazłam tutaj. Polecam Wam ten blog. Można znaleźć tam wiele cennych informacji i dużo się nauczyć.
Nasiona pokrzywy, podobnie jak cała roślina, są jadalne. Czasem mielę trochę tych nasion i dodaję do jogurtu. Można też zmielone ziarenka dodawać do sałatek i surówek. Samo zdrowie, polecam.

sobota, 25 października 2014

AUBREY Natural Spa Sea Wonders Bogate kremowe mydło do mycia ciała



            Pisałam już niejeden raz, że do mycia ciała i twarzy używam wyłącznie naturalnych mydeł w kostkach. Jednak czasem zdarza mi się robić od tego "wyłącznie" wyjątek. Ot tak, dla urozmaicenia, a także z chęci wypróbowania innych ciekawych kosmetyków. Tym razem wyjątkiem takim jest Bogate kremowe mydło do mycia ciała Natural Spa Sea Wonders marki AUBREY  ORGANICS.



To mydło kusiło mnie już od dłuższego czasu, a chęć jego zakupu podsycały takiego rodzaju opisy:

"Kremowe mydło do mycia ciała Aubrey Organics zawiera wyciągi z ziół, w tym z mięty pieprzowej. Odpowiednie dla każdego rodzaju skóry, również bardzo wrażliwej. Doskonale oczyszcza i pielęgnuje skórę nie pozostawiając tłustej warstwy. Bardzo wygodne w użyciu podczas kąpieli w wannie i pod prysznicem. Ma w 100% naturalny zapach. Nie zawiera parabenów, glikolu, sztucznych barwników, silikonu, phenoxyethanolu, PEG, SLS, składników GMO. Jest hipoalergiczne."




Skład mydła (INCI): Aqua, Sodium Palmate (Palm Soap), Sodium Cocoate (Coconut Soap), Coco Glicoside (Coconut and Corn Soap), Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Laminaria Digitata Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Extract, Prunus Amygdalus Amara (Almond) Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Oil, Alcohol Denat. (38b, Lavender*), Tocopheryl Acetate (Vitamin E), Hamamelis Virginiana (with hazel) Leaf Extract, Ascorbic Acid (Vitamin C), Glycine Soya (Soybean) Oil, Daucus Carota Sativa (Carrot) Root Extract, Beta-Carotene.
* składniki organiczne.




Mydło Natural Spa Sea Wonders otrzymujemy w przezroczystym, plastikowym słoiczku o pojemności 355 ml. Ma ono barwę białą ale nie śnieżnobiałą tylko taką lekko kremową. Konsystencja też jest dziwna. Niby kremowa ale też trochę żelowa. Nie jest to też puszysty krem. Konsystencja tego mydła jest dosyć zwarta i trzeba jednak palce trochę w nie wbijać. Natomiast jeśli idzie o zapach, to jest on słaby, lekko wyczuwalny, taki trochę olejowo - mydlany z miętową nutą.




Piana wytwarzana przez to mydełko jest gęsta i aksamitna. Nie jest może bardzo obfita ale wystarczająca do porządnego umycia ciała. Najwięcej piany uzyskuję nakładając trochę mydła na gąbkę i masując nią skórę. Mydło jest delikatne. Myję nim całe ciało i twarz. Sprawdza się też dobrze w higienie intymnej.
Mydło ma bardzo ciekawy skład. Mimo iż zawiera masło shea, olej migdałowy i sojowy, to nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. Skóra jest dobrze oczyszczona, miękka i aksamitna. Jest taka, jak po wmasowaniu w nią kremu czy balsamu, który już zdążył się wchłonąć. Osoby cieszące się skórą normalną z pewnością nie będą musiały już stosować balsamu. Być może jest to efekt działania alg, które też znajdziemy w składzie mydła. Jest tam ekstrakt z listownicy palczastej (Laminaria Digitata), jednej z brunatnic i z morszczynu pęcherzykowatego (Fucus Vesiculosus), a wiadomo, że algi wygładzają, nawilżają i odżywiają skórę.
Krótko mówiąc jestem zachwycona mydłem Natural Spa Sea Wonders i z pewnością jeszcze niejeden raz zagości ono w mojej łazience. Mydełko kupiłam tutaj. Warto dodać, że nie jest ono testowane na zwierzętach i jest produktem wegańskim.

Znacie może to mydło? Jeśli tak, to co o nim sądzicie?


 

wtorek, 21 października 2014

DABUR Vatika Olej do włosów z czosnkiem




           Pisałam niedawno o mydle Chandrika (klik), które otrzymałam do przetestowania od ZIELONEGO SKLEPU. Razem z tym mydełkiem dostałam też Olej do włosów z czosnkiem Vatika  marki DABUR



O oleju tym możemy przeczytać:
"Olej do włosów z dodatkiem czosnku, cytryny i rozmarynu to nowość firmy Dabur. W swoim unikalnym połączeniu składniki te pomagają poprawić kondycję szczególnie zniszczonych i osłabionych włosów. Wnikając we włókna włosa olej Vatika wzmacnia, rewitalizuje i odbudowuje strukturę włosa przywracając włosom piękno i zdrowy blask. Olejek stosowany regularnie co najmniej 2 razy w tygodniu sprawi, iż włosy na długo pozostawać będą piękne i zdrowe." 




Skład oleju: Paraffinum Liquidum, Elaeis Guineensis Oil, Phenyl Trimethicone, Parfum (Amyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Lilial. Coumarin, Hydroxycitronellol, Linalool, Limonene), Butyl Methoxydibenzoylmethane, Eruca Sativa Seed Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Citrus Medica Limonum Oil, Tocopheryl Acetate, Allium Sativum Bulb Extract, BHT, D&C Yellow No 11 (CI 47000)




Skład raczej kontrowersyjny jak na kosmetyk aspirujący do miana produktu naturalnego. Na pierwszym miejscu mamy parafinę, nieco dalej silikon (Phenyl Trimethicone), a nawet filtr przeciwsłoneczny ( Butyl Methoxydibenzoylmethane). Po co filtr w oleju do włosów? Przecież z naolejowanymi włosami z domu nie wychodzimy. Otóż filtr dodaje się dlatego, że kosmetyk stojąc przez dłuższy czas na półce sklepowej lub na nasłonecznionej witrynie mógłby, pod wpływem promieni słonecznych, zmienić kolor, a być może i właściwości, a zabezpiecza przed tym właśnie filtr przeciwsłoneczny.

Zanim zdecydowałam się na testowanie tego oleju zapoznałam się z jego składem, a więc moja decyzja o testowaniu była w pełni świadoma. Dlaczego się zdecydowałam? Otóż kilka lat temu miałam indyjski olej do włosów, o ten, w którym również na pierwszym miejscu w składzie była parafina. Olej nie tylko poprawił kondycję moich włosów ale spowodował ogromny wysyp baby hairs. Nie wiedziałam, oczywiście, czy ten wysyp jest zasługą parafiny czy też ziół wchodzących w skład oleju. Potem przetestowałam wiele różnych olejów np. kokosowy, arganowy, migdałowy i inne. Jedne z nich działały na moje włosy lepiej, inne gorzej ale żaden nie spowodował wysypu małych włosków. Dlatego postanowiłam wypróbować po raz drugi olej z parafiną.


 
Olej Vatika zamknięto w plastikowej, przezroczystej butelce o pojemności 200 ml. To dużo jak na olej używany tylko do włosów. Ma on żółtą barwę. Wydawałoby się, że skoro olej jest z czosnkiem, to ma zapach czosnku, a włosy nim potraktowane również pachną czosnkiem. Nic podobnego. Olej ma bardzo ładny i wyraźny zapach nie mający nic wspólnego z wonią czosnku.
Stosuję go 2-3 razy w tygodniu. Niezależnie od tego jakiego oleju używam do olejowania włosów, robię to zawsze wieczorem i olej zmywam dopiero rano. Tak samo jest w przypadku oleju Vatika. A jak działa na moje włosy? Bardzo dobrze. Włosy po jego użyciu są gładkie i błyszczące, wyglądają na dobrze odżywione. Jednak najbardziej ucieszyło mnie to, że olej Vatika spowodował ogromny wysyp baby hairs. Na głowie sterczy mi śmieszny jeżyk złożony z dużej ilości króciutkich włosków. I dobrze, niech rosną i niech ich będzie jak najwięcej.

Nie potrafię wyjaśnić i w ogóle zrozumieć dlaczego akurat oleje z parafiną wywołują u mnie wzrost nowych włosów. Myślę, iż jest to zasługa parafiny, a nie czosnku gdyż ten ostatni plasuje się na samym końcu składu, a więc jest go w oleju bardzo niewiele. Jak widać można mieć czasem pożytek z kosmetyku z nie do końca naturalnym składem. Uważam, że jeśli taki kosmetyk nam służy, to nie ma nic złego w używaniu go. Dlatego od czasu do czasu będę kupowała jeden z indyjskich olejów z parafiną w celu poprawienia stanu moich włosów nie tylko pod względem jakościowym ale również ilościowym. W końcu im więcej włosów na głowie tym lepiej.


   


środa, 15 października 2014

ITALCHILE Krem Ultraodżywczy Cicabaume



     
           Poznałam już kilka marek włoskich kosmetyków naturalnych i na żadnym z tych produktów się nie zawiodłam. Dzisiaj napiszę o drugim już kosmetyku marki ITALCHILE. Pierwszym był peeling do twarzy, o którym pisałam tutaj, a teraz przyszła pora na Krem Ultraodżywczy Cicabaume.




Krem kupiłam w poprzednim sklepie Ecosme podczas jego likwidacji. Skusił mnie opis tego kosmetyku:
"Niezwykłe połączenie dwóch substancji czynnych: nagietka oraz olejku z dzikiej róży. Prawdziwy koncentrat naturalnych substancji aktywnych. Synergiczne działanie wyciągu z organicznych kwiatów nagietka (50%), organicznego olejku z dzikiej róży (27%) i witaminy E, doskonałe dla skóry wrażliwej i podrażnionej. Jego natychmiastowe działanie kojące i regenerujące dopełniają właściwości lecznicze preparatu. Mikstura składająca się z olejków eterycznych oraz ekstraktów porostów i grejpfruta sprzyja stymulowaniu i oczyszczaniu skóry. Skóra natychmiast staje się odżywiona, elastyczna i promienna. Niezastąpiony krem dla całej rodziny. Bardzo przydatny w podróży. 98,60% składników roślinnych pochodzenia organicznego."


 

Krem zamknięto w małym, plastikowym słoiczku o pojemności 30 ml. Ma barwę kremową. Natomiast jeśli idzie o zapach, to nie bardzo wiem jak określić go słowami. Wyczuwam typowo olejową woń z dodatkiem ziołowo - kwiatowej świeżości. Zapach nie jest intensywny i krótko utrzymuje się na skórze.
Używam tego kremu wyłącznie na noc. Jest bardzo tłusty i ciężki ale również bardzo odżywczy. Trochę przeszkadzała mi ta tłustość kremu i dlatego dodaję do niego niewielką ilość żelu regenerującego Santaverde (klik). Dzięki temu kremik staje się odrobinę lżejszy. Po aplikacji takiej mieszanki skóra następnego ranka jest świetnie odżywiona i nawilżona. Myślę, że do tego celu równie dobrze by się nadał kwas hialuronowy w żelu. Wersji z kwasem hialuronowym nie przetestowałam gdyż akurat nie mam takowego na stanie.

Ciekawy jest skład tego kremu. Zobaczmy:




Skład kremu jest krótki co uważam za plus. Wszystkie składniki są mi znane gdyż spotkać je można w wielu innych kosmetykach. Wszystkie oprócz jednego. O ile pamięć mnie nie myli, to po raz pierwszy widzę składnik o nazwie Usnea Barbata Extract. Usnea Barbata po polsku nazywana jest brodaczką i jest zaliczana do grzybów. Rośnie na drzewach i w lasach. Jest zwisającą plechą bardzo wrażliwą na niewielkie nawet zanieczyszczenia powietrza. Wygląda tak:



 Zdjęcie (klik)
Dlaczego brodaczka zasługuje na uwagę? Otóż okazało się, że ekstrakt z niej uzyskany zawiera tzw. kwas usninowy bardzo przydatny w kosmetyce. Wykazuje on właściwości antybakteryjne w stosunku do bakterii, które odpowiadają za nieprzyjemny zapach ciała, a jednocześnie nie niszczy naturalnej flory bakteryjnej skóry. Może więc mieć zastosowanie w dezodorantach i kosmetykach do higieny jamy ustnej. Ze względu na właściwości przeciwzapalne, antyoksydacyjne i przyspieszające gojenie, kwas usninowy ma zastosowanie w leczeniu chorób skórnych. Zapewne to miał na myśli producent pisząc o leczniczych właściwościach kremu Cicabaume. Ja, niestety, nie mogłam stwierdzić czy krem rzeczywiście te właściwości posiada gdyż aktualnie moja skóra na twarzy i na ciele nie wymaga żadnego leczenia.





Krem Cicabaume marki ITALCHILE jest bardzo ciekawym kosmetykiem i cieszę się, że mogłam go poznać. W istniejącym obecnie sklepie Ecosme są kosmetyki tej marki ale Cicabaume nie ma. Warto dodać, że kosmetyk ten posiada certyfikat Cosmebio, co potwierdza jego naturalność.

Ciekawa jestem, czy któraś z Was zna ten krem, a jeśli tak, to co o nim sądzicie?

sobota, 11 października 2014

CHANDRIKA Ajurwedyjskie mydło z imbirem i limonką



           
             Zapewne pamiętacie, że uwielbiam mydła naturalne w kostkach. Używam ich do mycia twarzy i całego ciała. Rzadko mi się zdarza używać mydła w płynie czy żelu pod prysznic. Przetestowałam już mnóstwo mydełek z różnych stron świata ale dawno nie miałam mydła pochodzącego z Indii, zdecydowałam się więc na przetestowanie Ajurwedyjskiego mydła z imbirem i limonką CHANDRIKA.




Mydła Chandrika produkowane są ręcznie i cieszą się powodzeniem już od 70 lat. Zalecane są przy problemach dermatologicznych np. przy egzemie czy łuszczycy. Mają też zmniejszać przebarwienia skóry, blizny i zmarszczki.

Mydełko otrzymujemy w kolorowym kartoniku, a po jego otwarciu okazało się, że mydlana kostka zapakowana jest dodatkowo w małą torebkę pergaminową.



Mydełko jest malutkie, waży tylko 70 g ale w sprzedaży są również większe kostki tego mydła o wadze 125 g,
Po wyjęciu mydełka z opakowania okazuje się, że kostka ma kształt owalny i kolor ciemnozielony ale jest to zieleń w odcieniu morskim. Wygląda tak: 



Słyszałam, a właściwie czytałam o mydełkach CHANDRIKA, że bardzo ładnie pachną. I rzeczywiście, moje mydełko ma przyjemny zapach ziołowy z domieszką aromatu kwiatowego. Jest to zapach intensywny i świeży, pachnie nim cała łazienka. Na skórze też dosyć długo się utrzymuje. Używam tego mydełka do mycia twarzy i całego ciała. Wytwarza ono obfitą, gęstą pianę, która bardzo dobrze oczyszcza skórę. Po umyciu jest ona bardziej "tępa" niż po innych mydłach naturalnych. Ważne jest to, że skóry nie wysusza.
Skład mydła jest taki:




Muszę przyznać, że ten skład nie do końca mi się podoba. Są tu składniki naturalne jak olej kokosowy i kashayam. Kashayam są to wodne wyciągi ziołowe stosowane w Ajurwedzie do leczenia chorób. Są różne rodzaje kashayam stosowane przy różnych schorzeniach. Tutaj w skład kashayam wchodzi dziki imbir i limonka i ten właśnie składnik mydełka ma leczyć przypadłości skórne. W składzie znajdujemy też Wax czyli wosk. Producent nie precyzuje czy jest to wosk pszczeli, czy po prostu utwardzona parafina. Myślę, że raczej parafina. Poszukałam w internecie informacji o mydłach tej marki i przy niektórych były określenia Paraffin Wax. Drugim takim składnikiem jest Talc. Moim zdaniem w naturalnym mydle nie powinno być tych dwóch składników. Wiele osób ich nie toleruje ale równie dużo uważa je za naturalne i pożyteczne. Zdania są podzielone. Ja też bym wolała żeby w mydle nie było parafiny i talku ale nie popadajmy w skrajność. To mydełko jest tak dobre, że z przyjemnością je używam, a właściwie to mogę powiedzieć, że zużyłam gdyż z kostki bardzo niewiele już pozostało. Z pewnością pokuszę się również o wypróbowanie innych mydeł tej marki.




Mydło CHANDRIKA otrzymałam do przetestowania od sklepu o nazwie ZIELONY SKLEP. Można tam kupić wiele indyjskich kosmetyków, suplementy diety, a także książki poświęcone Ajurwedzie.  


 

poniedziałek, 6 października 2014

Rozdanie z ECOBELLE - wyniki...nie wszystkie wesołe...



           Rozdanie zakończone i już wiem kto wygrał. Wiem, że na ten wynik czekacie, a więc zobaczcie:



Gratuluję Monice N i proszę o przesłanie danych do wysyłki na adres:

sandrablogspot@wp.pl


Na dane czekam do środy włącznie. Jeśli ich nie dostanę to w czwartek wylosuję inną osobę. 

Droga Laureatko, będzie miło jeśli zechcesz pochwalić się nagrodą na swoim blogu i/lub zrecenzować otrzymane kosmetyki po ich przetestowaniu. Nie traktuj jednak tego jako obowiązek, jest to tylko prośba, a właściwie sugestia. 


Rozdanie, oprócz imienia laureatki, przyniosło też inne, mniej przyjemne wyniki. Już wyjaśniam o co chodzi. Osoby zgłaszające swój udział w rozdaniu miały do spełnienia następujące warunki: zapisać się na newslettera sponsora nagrody czyli sklepu ECOBELLE, być obserwatorem mojego bloga i podać swój adres mailowy. Udział w rozdaniu zgłosiły 43 osoby. Dwie spośród nich nie podały swojego adresu mailowego, a więc nie uwzględniłam ich w losowaniu. Losowałam więc zwycięzcę spośród 41 osób. Po wylosowaniu zwycięzcy wysłałam do ECOBELLE zapytanie czy ta osoba zapisała się na newslettera. Okazało się, że nie. Wylosowałam drugą osobę ale ta też nie zapisała się na newslettera, trzecia też nie. Własnym oczom nie wierzyłam ale to jeszcze nie wszystko. Wysłałam więc do sklepu listę wszystkich uczestniczek z adresami mailowymi w celu weryfikacji. Okazało się, że na newslettera zapisały się tylko 23 osoby. Byłam w szoku, że tak wiele uczestniczek rozdania postąpiło nieuczciwie. Dziewczyny, naprawdę myślałyście, że to się nie da sprawdzić???  
W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego jak losować zwycięzcę spośród tych 23 osób. I tak zrobiłam. 

Dziękuję wszystkim za udział w rozdaniu. Przykro tylko, że tak dużo dziewczyn grało nie fair.

  

niedziela, 5 października 2014

LAVERA Puder Sypki Transparentny - Trend Sensitiv



                LAVERA  to jedna z najpopularniejszych marek kosmetyków naturalnych. Czytałam niezliczoną ilość recenzji tych produktów i większość z nich stanowiły recenzje pozytywne, często wręcz entuzjastyczne. Ja jednak do tej pory nie miałam żadnego kosmetyku Lavery. Nie dlatego że nie chciałam ich poznać. Po prostu zawsze, robiąc kosmetyczne zakupy, kusiły mnie kosmetyki innych marek więc je zamawiałam, a Laverę odkładałam na później. W końcu postanowiłam to zmienić i zaczęłam od Pudru Sypkiego Transparentnego - Trend Sensitiv.


Nie robię codziennie pełnego makijażu, zostawiam to na większe okazje. Na codzień matowię twarz pudrem sypkim, usta pociągam pomadką i gotowe. Czasem używam też podkładu ale głównie zimą jako dodatkową ochronę przed zimnem.
Bardzo lubię pudry sypkie, nie przepadam natomiast za prasowanymi. Mimo to posiadam zawsze jeden puder prasowany i przeznaczam go do torebki.



O pudrze można przeczytać:
"Ten drobnoziarnisty puder mineralny zawiera ekologiczne składniki i starannie dobrane minerały w celu nadania skórze naturalnego, pięknego wykończenia. Daje matowe wykończenie i utrwala makijaż. Odpowiedni dla wszystkich rodzajów skóry. Dermatologicznie i oftalmologicznie przetestowany. Odpowiedni dla osób noszących szkła kontaktowe."

Nigdy dotychczas nie używałam pudru naturalnego. Miałam swój ulubiony puder, któremu byłam wierna od lat ale nie był to kosmetyk naturalny. Tym bardziej byłam ciekawa jak spisze się ten naturalny. Na wszelki wypadek kupiłam mniejszy słoiczek pudru zawierający go tylko 8 g. W sprzedaży są również trochę większe (10 g).



Puder rzeczywiście jest bardzo drobny o kolorze jasnego różu wpadającego w beż. Ma piękny zapach który bym nazwała kwiatowo - pudrowym.
Jakoś nie przyzwyczaiłam się do nakładania pudru pędzlem i najczęściej służy mi do tego celu puszek dołączony do opakowania. Puder jest bardzo delikatny. Daje skórze matowe wykończenie, a sam pozostaje zupełnie niewidoczny. Bardzo mi to odpowiada gdyż nie sprawia wrażenia maski, a przecież o to chodzi żeby twarz wyglądała naturalnie. Efekt zmatowienia utrzymuje się przez kilka godzin, skóra jest delikatna i miła w dotyku.

Słoiczek zawiera tylko 8 g pudru, a więc siłą rzeczy musi mieć niewielki rozmiar. Dotychczas przyzwyczajona byłam do znacznie większych pojemników z pudrem i nabieranie pudru z tego maleństwa było dla mnie niewygodne. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się i teraz jest już dobrze. Mały rozmiar pojemniczka ma też pewne plusy. Bez problemu zmieści się w torebce i nic się nie wysypie gdyż wieczko jest zakręcane. 



Jestem z tego pudru bardzo zadowolona i z pewnością będę do niego wracać ale inne naturalne pudry też będę chciała przetestować. Warto dodać, że puder LAVERY  posiada certyfikaty NaTrue i Vegan Society.

Składniki pudru: mika, puder z ryżu*, krzemian magnezu, tlenek cynku, dwutlenek tytanu, stearynian magnezu, gliceryna roślinna, krzem mineralny, tlenochlorek bizmutowy, tlenek żelaza, roślinny kwas stearynowy, tlenek aluminium, olej arganowy*, olej z rokitnika zwyczajnego*, witamina E, bio-masło kwiatowe, olej z lnicznika, bio-liposomy roślinne, olej słonecznikowy, ekstrakt z korzenia lukrecji, 
witamina C, tlenek srebra, mieszanka olejków eterycznych.
* składniki pochodzące z upraw ekologicznych.



   
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...